poniedziałek, 27 grudnia 2010

Chodźcie, a zobaczycie

Skąd biorą się na naszej drodze ludzie i sytuacje,
które nas budzą, poruszają?
Co to jest?
Ciekawość, intuicja, Palec Boży? (M.T.)


Oni powiedzieli do Niego:
„Rabbi! – to znaczy Nauczycielu – gdzie mieszkasz?”
Odpowiedział im: „Chodźcie, a zobaczycie”
(J. 1:38n).


Jezus jest człowiekiem drogi.
Do swoich uczniów powiedział:
Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze.
W innym miejscu rzekł:
Bo wiem, skąd przyszedłem i dokąd idę.
Apostoł Jan, najdokładniejszy z ewangelistów, dodaje:
Od Boga wyszedł i do Boga idzie.
Trzy zdania, które zataczają koło
i malują motto życia uczniów Chrystusa.
Byle być w drodze do Boga.
Istota wszystkiego.
I dobrze tam iść z Jezusem,
tak jak uczniowie,
którzy podeszli do Niego kiedyś z pytaniem:
Rabbi! Gdzie mieszkasz?
Jezus zaprosił ich do swego życia.
Zaprosił ich do wspólnej wędrówki do Najwyższego.

Jezus zaprasza i dziś:
Chodźcie, a zobaczycie.
W Nim bierze początek nasze powołanie
i w Nim nasze powołanie się kończy.

Poszli więc i zobaczyli gdzie mieszka,
i tego dnia pozostali u Niego
– zanotował uczeń Jan.

Pytam o dom, o adres, o życie codzienne z Jezusem.
Nie tylko o ograniczone czasem pojedyncze spotkania.
Zamieniam moje mieszkanie na to,
w którym Gospodarzem jest Jezus,
a ja Jego domownikiem.

sobota, 25 grudnia 2010

aż dotąd pomagał nam Pan


W poniedziałek, jak co roku wybieram się na spotkanie
z młodszymi i starszymi przyjaciółmi,
by przy śpiewie, pochyleniu nad Bożym Słowem,
i spędzeniu razem dobrych chwil podziękować Bogu,
za przeżyty w Jego łasce, dobry rok.

Na spotkanie przyjedzie Paulina,
dziewczynka, która w ubiegłym roku nie dojechała na spotkania;
trafiając w stanie krytycznym do szpitala w walce o życie.
Po cudzie wybudzenia ze śpiączki,
odbudowania uszkodzonych dróg nerwowych
ku zdziwieniu lekarzy,
po cudzie wewnętrznej przemiany Paulinki
i przyjęciu Jezusa, jako swego Zbawiciela
z całą świadomością zaśpiewam, jak rok temu na koniec roku
„aż dotąd pomagał nam Pan i zwieńczył rok dobrocią”.

Już dziś śpiewam.

piątek, 24 grudnia 2010

niebo schyla się do ziemi

Wraz z nadchodzącymi świętami pamiątki
niepowtarzalnego cudu w dziejach ludzkości
i naszego osobistego życia życzę wszystkim
stałego doświadczania przemieniającej
obecności Chrystusa
by On w nas wzrastał, a my umniejszali.

Niebo schyla się do ziemi
i oto wreszcie Słowo ciałem
Obiecane wypełnienie całemu światu
całemu radość

Pan przychodzi
Zbawienie blisko
Zbawienie nasze

Teraz bliżej już niż blisko
do cudu cudów zmartwychwstania
Bóg wyciąga dłoń do ludzi
Nadzieję w Synu,
Nadzieję daje

Chwała Bogu na wysokościach!
Chwała Bogu na wysokościach!
Chwała Bogu na wysokościach!

A pokój tym, w których ma upodobanie

poniedziałek, 20 grudnia 2010

co głupie i małe...


A ty, Betlejem Efrata,
najmniejsze jesteś
wśród plemion judzkich!
Z ciebie mi wyjdzie Ten,
który będzie władał
w Izraelu,
a pochodzenie Jego
od początku,
od dni wieczności.
(Mi. 5:1)


Prorok Micheasz nazywa Betlejem najmniejszą miejscowością
na terenie pokolenia Judy.
Przypuszcza się, że miasteczko to nie miało więcej
niż 100 mieszkańców.
Zamieszkiwali je pasterze owiec i ubodzy wieśniacy.

Gdy Józef z Marią w dziewiątym miesiącu ciąży
(po przebyciu przez Marię 150 km po raz drugi w czasie ciąży!!!)
przybyli do Betlejem, mała osada, aż kipiała od tłumu,
który rozlokował się gdzie mógł, gdyż był to czas spisu ludności.

Narodziny Jezusa Chrystusa wyglądały inaczej
niż przedstawiają to na świątecznych kartkach.
Również współcześnie śpiewane kolędy typu „Cicha noc”
zdają się być ugrzecznioną wersją betlejemskich wydarzeń.
Opis Ewangelii jest surowy;
raczej nie mówi o matce świętej uśmiechniętej,
co zatrwożonej i umęczonej.
Przy narodzinach Jezusa również nie było sielankowo
jak malują to teksty sentymentalnych kolęd.

Ewangelista Łukasz notuje,
że nie było miejsca dla nich w gospodzie.
Nieraz nazwa ta wprowadza w błąd czytelnika,
który wyobraża sobie ową gospodę, jako mały hotelik
położony w prowincjonalnym miasteczku.
Natomiast ówczesna gospoda
to był niewielki plac pod gołym niebem,
otoczony dość wysokim murem.
W środku wśród jednego lub kilku boków muru ciągnął się ganek,
miejscami zamurowany, tworzący mniejsze
lub większe pomieszczenia dla podróżnych.
I to cała gospoda.
Ale nawet w takim miejscu nie znalazło się miejsca
dla Marii i Józefa.

Miejscem narodzin Jezusa stał się żłób,
czyli szopa, która była grotą lub małym schronem
wydrążonym w ścianach pagórka
w okolicach małej betlejemskiej osady,
zapewne częściowo zajęta przez zwierzęta,
ciemna i brudna od nawozu,
cuchnąca zwierzęcym łajnem.

W takim miejscu i w takich warunkach na świat przyszedł Król,
Syn Boży, Jezus Chrystus.
Największy Król, jaki narodził się na ziemi
nie urodził się na sali tronowej, a w stajence,
za tron miał żłób, za baldachim miał zwisającą ze stropu pajęczynę,
za kadzielnice – zapach gnoju,
a za cały orszak powitalny – dwoje ludzi bez domu.

Natomiast pierwszymi, którzy powitali Króla
nie byli magowie ze wschodu,
a pogardzeni przez ówczesną elitę religijną pasterze,
którzy nie dopuszczani do wpływowej społeczności faryzeuszy
weszli w najbliższą społeczność z nowonarodzonym Królem
z nie tego świata.

Kiedy królowa Elżbieta II złożyła wizytę w Stanach Zjednoczonych
spotykając się z panującym wówczas prezydentem Bushem
dziennikarze rozpisywali się o środkach,
jakie zostały w to zaangażowane.
„W jej bagażu ważącym tysiąc osiemset kilogramów znalazły się
dwa stroje na każdą okazję,
strój żałobny na wypadek, gdyby ktoś umarł,
dwadzieścia litrów osocza oraz nakrycie na deskę sedesową
z białej skóry koźlęcej. Przywiozła ze sobą własnego fryzjera,
dwie pokojówki i cały zastęp innych sług.
Krótka zagraniczna wizyta członka rodziny królewskiej
może z powodzeniem kosztować 20 mln dolarów”
– (notuje F.Yancey).

Jaki wielki kontrast do powyższych faktów stanowi wizyta
Bożego Syna na ziemi, po nieskończoność większego władcy
niż królowa Elżbieta II, która odbyła się w grocie skalnej,
beż żadnych nowoczesnych pieluch i łóżeczka,
gdzie zamiast sług były zwierzęta.
Małego Jezusa nie przywitała śmietanka ówczesnego świata,
nie przybyli na powitanie ani królowie,
ani duchowieństwo faryzejskie, tylko zwykli pasterze owiec.

To co małe i słabe wybiera Bóg,
aby w tym objawić swoją chwałę.
Najmniejsze z miast judzkich
stało się miejscem narodzin Syna Bożego.
W Betlejem zaś nawet nie uboga gospoda,
a grota skalna stała się świadkiem przyjścia Światłości na ten świat.
Wreszcie, nie wielcy tamtego świata przyszli powitać Króla,
a najmniej godni, pastuszkowie.

Ten, który błogosławi płaczących, cierpiących prześladowania,
niezrozumiałych, pokornych
i cichych wybrał taki właśnie porządek.

Dzisiaj, choć z zachwytem spoglądamy na te obietnice,
nie zbyt chętnie wybieramy drogę, która nie przyniesie
zbyt wielu radości i przywilejów.
A życie Jezusa takie właśnie było,
od narodzin po śmierć krzyżową.

Boże metoda działania pozostaje niezmienna.
To co małe wybiera Bóg.
To co głupie dla świata, mądrością jest dla Boga.

A dzisiaj, co wybierają Jego naśladowcy?

Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata,
aby zawstydzić mędrców, wybrał, co niemocne,
aby mocnych poniżyć; i to co nieszlachetnie urodzone według świata
oraz wzgardzone, i to, co w ogóle nie jest,
wyróżnił Bóg, by to co jest unicestwić,
tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga.
Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie,
który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością,
i uświęceniem, i odkupieniem.
(1 Kor. 1:27-30).

sobota, 18 grudnia 2010

dwustronna relacja


Wiara jest rzeczywista
tylko wtedy,
gdy pozostaje
relacją nie jednostronną,
ale dwustronną.
Człowiek może polegać na Bogu pod warunkiem,
że Bóg może polegać na człowieku.
Posiadać wiarę oznacza uzasadnić wiarę Boga w człowieka.
Wiara jest świadomością,
że Bóg jest najlepszym towarzyszem
i pragnie nam się we wszystkim odwzajemniać,
formą komunii między Bogiem a człowiekiem.

Abraham Jeshua Heschel

środa, 15 grudnia 2010

dlaczego Jezus?



Dwa kroki, by żyć.

Pierwszy wykonał Bóg:
Tak bowiem Bóg umiłował świat,
że Syna swego Jednorodzonego dał(...)


Drugi wykonać musi człowiek:
(...)aby każdy kto w Niego wierzy,
nie zginął, ale miał życie wieczne.


J.3:16

niedziela, 12 grudnia 2010

Pokój


Uznani za sprawiedliwych
na podstawie wiary,
mamy pokój z Bogiem
dzięki naszemu Panu,
Jezusowi Chrystusowi.
(Rzym. 5:1)


Tylko, że nieraz przechodzimy na stronę niepokoju,
gdy zaskakują nas wydarzenia nie po naszej myśli.
Kiedyś poruszył mnie praktyczny wydźwięk tych słów
w życiu pierwotnego kościoła.
W Dz.A. 9:1 czytamy, że w wyniku prześladowań
chrześcijanie ponoszą nawet śmierć.
Po cudownym nawróceniu Szawła,
prześladowcy jeszcze bardziej
usiłują zgładzić wyznawców Chrystusa.
Giną ludzie.
Łukasz jednak wzmiankuje, dodając ot tak:
A kościół cieszył się pokojem (!!!)...[Dz.A. 9:31].
Szok!
Potem czytamy o Piotrze,
który TUŻ PRZED wyrokiem śmierci
otoczony 16 żołnierzami,
skuty kajdanami śpi, jak gdyby nigdy nic (zob. Dz.A 12:1-6).
Niewyobrażalne, bo z fizjologicznego punktu widzenia adrenalina
i strach skutecznie blokują sen.
To jednak pokój o którym czytamy.
Nie związany z pokojem zewnętrznym;
związany z sercem.
Dziejopisarz Łukasz wspaniale maluje,
czym ów pokój praktycznie się objawia.

Nie raz pozdrawiam moich przyjaciół: „pokój”.
Nie raz mnie tak pozdrawiają.
Pozdrawiam, bo choć Jezus powiedział
pokój zostawiam wam życie wskazuje, że różnie z tym bywa.
Jak zachować pokój, kiedy jest się skuty w dyby,
otoczony nieżyczliwymi ludźmi,
ze świadomością, że zbliża się wyrok?
Piotr w takiej chwili zwyczajnie zasnął.

Analizuję swoje życie.
Dostrzegam braki.
Zdarza się, że jestem daleko od wymarzonego shalom.

Choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami,
przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich:
Pokój wam!
(J.20:19).


Pokój Wam!

środa, 8 grudnia 2010

nieprzerywalny dialog


Etty Hillesum,
młoda żydówka,
która prowadziła
pamiętnik
z czasów pobytu
w Auschwitz,
napisała
o „nieprzerwanym dialogu”
z Bogiem.
Doświadczała epifanii nawet w miejscu moralnie jałowym.
„Czasami, gdy stoję w jakimś kącie obozu,
moje stopy spoczywają na Twojej ziemi,
moje oczu wznoszą się ku Twojemu niebu,
łzy biegną po policzkach,
łzy głębokiego wzruszenie i wdzięczności”.
Poznała grozę.
„I chcę być tutaj, w samym środku tego,
co ludzie nazywają grozą, i nadal móc powiedzieć:
życie jest piękne.
Tak, leżę tutaj, w kącie, chce mi się pić,
kręci mi się w głowie, mam gorączkę i nie mogę nic robić.
A jednak jestem także z jaśminem i kawałkiem nieba za moim oknem”.
Na koniec Hillesum pisze:
„Kiedy człowiek już zacznie iść z Bogiem,
nie może się zatrzymać,
a jego całe życie stanie się jedną długą wędrówką.
Cudowne uczucie”.
Czytam słowa jej wyzywającej wiary
i zastanawiam się, co sam napisałbym w swoim pamiętniku,
gdybym każdego dnia wdychał popioły z pieców,
ofiar całopalnych narodu „wybranego”,
składanych przez Hitlera.
Tak, droga z Bogiem sprawia,
że życie staje się długim spacerem
– jednak dla ilu i jak często jest to cudowne uczucie?

(za P.Yancey)

sobota, 4 grudnia 2010

szczęśliwa sobota

Dzisiaj o 12 zadzwonił do mnie Sławek z radosną nowiną,
że Bogusia godzinę wcześniej urodziła córeczkę;
że przez narodziny ich dziecka Bóg odbiera sobie chwałę.

Nie znam lepszych słów na wyrażenie radości
w takiej chwili niż
CHWAŁA BOGU!!!

Modliłem się o bezkomplikacyjny poród Bogusi.
Modliłem się, by odczuwała Bożą opiekę w tym czasie,
dotyk Jezusowych rąk, przynoszących pokój.
Modliłem się o to czego chce dla każdego z ludzi Bóg:
Abyśmy doświadczali Jego miłości.
Kiedy wstawiam się moimi przyjaciółmi,
jestem wówczas przekonany, że proszę o to,
czego Bóg pragnie jeszcze bardziej dla nich, niż ja.

Prosiłem usilnie,
tym bardziej, że nasze dwie przyjaciółki,
poroniły niedawno,
a córeczka siostry Bogusi,
mała Lenka trafiła dwa tygodnie temu do szpitala,
z powodu bezdechu nocnego.
Dzięki Bogu, rodzice przebudzili się w nocy,
kiedy Lena była na bezdechu i szybko zareagowali.
Dzisiaj Lena jest już w domku.

Dzisiaj, gdy zadzwonił Sławek
dziękuję Bogu za cud narodzin
oraz za to,
że Bóg tak sprawił, że kiedy Bogusia rodziła,
ja spędzałem czas na modlitwie za nią.
To dla mnie oznaka, że Ducha Pański żyje
i pobudza do modlitwy we właściwym czasie.
Dziękuję, że Bóg daje łaskę nie wymuszonej radości
z przeżywanych chwil radości moich bliskich.

Hellelujah!!!

Posłuchajcie szczęśliwej mamy synka i córeczki.
Błogosławieństwa prosto z góry błogosławieństw.

środa, 1 grudnia 2010

laszon hara - zła mowa


Śmiercią jest
laszon hara - zła mowa
(dosł. „zły język”),
m.in. tak bardzo popularna
dzisiaj obmowa i plotka,
najpopularniejsze rozmowy
o innych
w negatywnym świetle.

Ciekawe, że w katalogach występków
(por.1Kor.6:9n; 2Kor.12:20; 2Tym.3:1-5),
apostoł Paweł najwięcej skupia się na
grzechach języka właśnie;
używa aż 5 odmiennych określeń:
1) loidoros
– obmówca, lżący, złorzeczący, znieważający,
2) katalalia
– potwarz, obmowa, zła mowa, oczernianie, zniesławienie,
3) psithyrismos
– obmawianie szeptem, skryte obmawianie, plotkowanie, szemranie,
4) blastfemos
– źle mówiący o kimś, oszczercy, krzywdząco mówiący,
5) diabolos
– oczerniający, obmawiający, oszczercy.

O takich mówi:
Tacy Królestwa Bożego nie odziedziczą!!!

Powyższe słowa ap.Paweł
pisał bezpośrednio do braci w Chrystusie w Koryncie
(których nazywał Kościołem Bożym, uświęconym w Chrystusie),
a ostatni fragment traktuje o czasach,
w których przyszło nam żyć
i dotyczy nas, chrześcijan.

To jest prawda, o której zapominamy.
Czytając te słowa, kojarzymy je raczej,
że są one napisane do niewierzących,
albo do ludzi z innego kościoła.
A prawidłowe podejście do tych słów,
wyraża się w stwierdzeniu:
„napisane są one do mnie”.

Wystarczy trochę uczciwości,
by zobaczyć, że nie pomylił się Paweł,
że źle nie prorokował.

Życie i śmierć w mocy języka,
którzy się w nim lubują, spożyją jego owoc
(Przys.18:21).


Panie, strzeż od żmii języka,
zadającego śmierć innym i nam samym.

niedziela, 28 listopada 2010

nawet usta dzieci Go chwalą

O Panie, nasz Boże,
jak przedziwne Twe imię po wszystkiej ziemi!
Tyś swój majestat wyniósł ponad niebiosa.
Sprawiłeś, że nawet usta dzieci i niemowląt oddają Ci chwałę,
na przekór Twym przeciwnikom,
aby poskromić nieprzyjaciela i wroga.

Ps. 8:2n

sobota, 27 listopada 2010

alternatywa dla hipokryzji

Alternatywą dla hipokryzji
może być tylko doskonałość lub uczciwość.
Ponieważ nigdy nie spotkałem osoby,
która kocha Pana Boga naszego
z całego serca, z całej duszy swojej
i z całej myśli swojej,
a swego bliźniego kocha jak siebie samego,
nie traktuję doskonałości jako opcji realistycznej.
Pozostaje nam więc uczciwość.


P. Yancey

wtorek, 23 listopada 2010

co chcesz, abym ci uczynił?


Jezus przystanął i rzekł:
„Zawołajcie go”.
I przywołali niewidomego,
mówiąc mu:
„Bądź dobrej myśli,
wstań, woła cię”.
On zrzucił z siebie płaszcz,
zerwał się na nogi
i przyszedł do Jezusa.
A Jezus przemówił
do niego:
„Co chcesz, abym ci uczynił?”
Powiedział Mu niewidomy:
„Rabbuni, żebym przejrzał”.
Jezus mu rzekł:
„Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”.
Natychmiast przejrzał
i szedł za Nim drogą
(Mar. 10:49-52).


Mimo, iż Jezus doskonale wiedział,
czego chce ślepy Bartymeusz, jednak zapytał:
Co chcesz, abym ci uczynił?
Dziwne pytanie.
Cóż innego może chcieć ślepiec, jeśli nie przejrzenia?
Jezus jednak pyta. Zawsze pyta.
Bartymeusz odpowiada, wie, o co prosi.
Musimy i my wiedzieć.
Proszących bowiem Jezus pyta:
Co chcesz, abym ci uczynił?
Poznanie swego grzechu jest jedyną drogą do pokuty
i do stawania się coraz bliższym Bogu.
Pokuta ma napędzać nasze chrześcijańskie życie,
bowiem grzeszymy i musimy pokutować.

A my często pokutujemy, nie pokutując.
Mówimy: „Przepraszam za moje grzechy, za uchybienia,
jeśli miały one miejsce czy to w myśli, mowie, czy w czynie”,
czy „przepraszam za cokolwiek, w czym przeciw Tobie zawiniłem”.
Bóg nie lubi sloganów, oklepanych zwrotów,
które już dawno straciły na swej autentyczności.
Czy wypowiadając takie słowa, znamy swój grzech?
Czy te słowa „jeśli miały” nie zasłaniają go?
Dobrze jest nazywać przed sobą i przed Bogiem konkretny grzech.
Nazwać z imienia swoją upadłość.
Świadczy to, że myślimy o tym, co robimy źle
i faktycznie chcemy pokuty.

Wypowiadając słowa „przepraszam za to, czymkolwiek zgrzeszyłem”,
nie wiemy tak naprawdę, za co przepraszamy. Są to słowa puste.
Bez znaczenia. Dlatego mówiąc słowo grzech,
miej na myśli konkretny grzech.
Nazwij go przed Bogiem,
by jeszcze mocniej się zawstydzić przed Panem
i poczuć potrzebę zmiany.

Wyznaję przed Bogiem, jakie są moje priorytety.
Mogę bowiem być nieszczery względem siebie i Boga.
Mogę mówić „Bóg jest najważniejszy”,
a inwestować tylko w siebie.
Mogę szukać tłumaczeń w dążeniu do swoich pragnień,
mówiąc, że coś jest niezbędne dla mego życia.
A często tak nie jest.
Mogę szukać wymówek zamiast wyrzeczeń.
Wreszcie mogę wszystko zasłonić słowami
„wszystko oddaję Bogu”,
a dobrze jak oddałbym chociaż dziesięcinę z mojego życia.
Poprzez piękne słowa mogę zamydlać obraz samego siebie.
Mogę polubić bycie ślepym. Ślepota może być moją wygodą.

sobota, 20 listopada 2010

wołanie


A słysząc,
że to Jezus z Nazaretu,
zaczął wołać:
Jezusie, Synu Dawida,
ulituj się nade mną!
Wielu nastawało na niego,
żeby umilkł.
Lecz on jeszcze głośniej wołał:
Synu Dawida, ulituj się nade mną!
(Mar. 10:47n)


Bartymeusz woła głośno:
Jezu, ulituj się nad mną!
Ucisza go tłum.

I my siedzimy prze drodze,
jak żebrak Bartymeusz ubodzy i biedni;
żebrzemy jak on.
Żebrzemy, bo żyjemy z łaski.
Ale nic się nie zmieni w naszym życiu,
jeżeli nie zawołamy jak ślepiec.
A kiedy zapragniemy innego życia,
zdecydujemy i zaryzykujemy zawołać,
będą nas uciszać.
Kto?
Ucisza nas brak czasu.
Ucisza zmęczenie, praca, pęd za tym, by „mieć”.
Niekiedy po prostu nie chcemy wołać albo wołamy,
nie chcąc przejrzeć.
Bez głębszej refleksji,
wyuczonymi „świętymi” zwrotami mówimy:
„Jezu, potrzebuję Ciebie”,
ale jednocześnie związujemy Mu ręce,
odmawiając poddania swej woli.
Wołamy, ale to nic nie zmienia.
Dlaczego?
Nie wołamy jak wołał Bartymeusz.
Wołanie Bartymeusza to wysiłek przebicia się przez tłum.
Nasze wołanie jest często krótkotrwałym,
połowicznym wysiłkiem.
Czy my w ogóle chcemy przejrzeć?
Jezus nie dotyka ludzi niezdecydowanych,
którzy nie decydują się na serio,
całym sobą Jemu się oddać, zaufać.

Żyjemy w pędzącym świecie,
nasze umysły zajmowane są do granic możliwości.
Wszystko po to, byśmy nie zawołali.
A jak zawołamy, to abyśmy przestali.
Nie podejmując decyzji,
by przebić się przez oślepiający i zagłuszający tłum,
podejmujesz decyzję bycia ślepcem.
Brak decyzji jest decyzją.

Warunkiem uzdrowienia jest zawołać/wołać jak Bartymeusz.
Z gotowością, by przejrzeć!

niedziela, 14 listopada 2010

Ślepota


Gdy wraz z uczniami
i sporym tłumem
wychodził z Jerycha,
niewidomy żebrak,
Bartymeusz, syn Tymeusza,
siedział przy drodze
(Mar. 10:46).


Ślepota jest zamknięciem się
na prawdę o sobie i życiem w iluzji.
Jest brakiem zgody na swoje
słabości, błędy, grzechy.
To tworzenie nierealistycznego obrazu siebie.
Szczególnie dostrzegalna wtedy, gdy ktoś mówi nam,
że coś źle zrobiliśmy. Ciężko jest przyjąć krytykę.
Mówimy w większym natężeniu decybeli: „ja?, nie, mylisz się!!!”
albo jak ktoś mówi podczas rozmowy, w której się uniesiemy:
„Nie denerwuj się”, naszą reakcją jest wówczas:
„Przecież się nie denerwuję!!!”
Łatwo zachorować na tę chorobę, kiedy ktoś wykazuje nasz błąd.

Na ślepotę jest tylko jedno lekarstwo.
Uczyć się patrzeć oczyma Boga, z wysokości trzeciego nieba.
Tej umiejętności nie nabędę sam.
Nauczyć mnie tego może, tylko Chrystus.

Wśród Żydów krąży opowieść:
„Gdy rabin Jochanan ben Zakkai umierał,
jego uczniowie zgromadzili się wokół łoża chorego
i poprosili o błogosławieństwo.
Rabin powiedział wówczas:
‘Oby wasz lęk przed Bogiem był tak silny,
jak wasz strach przed ludźmi!’
‘To wszystko?’
– zapytali uczniowie –
rozczarowani skromnością błogosławieństwa”.


To dziwne, ale obawa przed reakcją ludzi
na nasze zachowanie jest nieraz większa niż obawa,
jak na to wszystko spojrzy Bóg.
Czy poszedłbyś do kościoła, gdybyś wiedział,
że będą tam pokazywać film o tym,
w jaki sposób zachowywałeś się przez ostatni tydzień?
Ludzki wzrok jest o wiele boleśniejszy do zniesienia niż Boży.
Można mieć większy respekt przed ludźmi niż przed Bogiem.
I nieraz trzeba przyjąć gorzką pigułkę:
„Jestem pozorantem i oszustem”.
Ślepota na Boga – choroba tego świata.
Czy ty też chorujesz? Ja, bywa, że tak.

sobota, 13 listopada 2010

błogosławieństwo franciszkańskie

Niech Bóg ci błogosławi niezadowoleniem
z łatwych odpowiedzi, półprawd i płytkich relacji,
abyś mógł żyć z głębi swego serca.

Nich Bóg ci błogosławi gniewem
na niesprawiedliwość, ucisk i wyzysk człowieka,
abyś mógł pracować dla sprawiedliwości, wolności i pokoju.

Nich Bóg ci błogosławi łzami,
byś je wylewał nad znoszącymi ból, odrzucenie, głód i wojnę,
abyś wyciągnął swą dłoń, pocieszył ich
i zmienił ten ból w radość.

I niech Bóg ci błogosławi odrobiną głupoty,
abyś uwierzył, że można zmienić świat,
i robił to, co inni uważają za niemożliwe,
niosąc sprawiedliwość i dobro wszystkim dzieciom i ubogim.

piątek, 12 listopada 2010

co u Lidzi?

Ojcze, dziękuję, że jesteś,
kiedy idę do Ciebie
ale i kiedy tracę Cię z oczu.
Dziękuje, że to nie ja
– jak nieraz zuchwale mi się wydaję –
walczę o Ciebie,
ale że to Ty walczysz o mnie.
Dziękuję, że kiedy odchodzę, tęsknisz za mną
i dajesz Siebie w najlepszy dla mnie sposób.



Odwiedziłem dzisiaj Lidzię, o której, kiedyś już wspominałem
w jaki sposób Bóg sprawił, żeśmy się poznali.
Od tamtej pory poszczę i modlę się za nią.

Lidzia została już wypisana ze szpitala;
dobiła do 37 kg wagi.
Obecnie jest u siebie w domku.
Niestety nabawiła się ostatnio wirusa żołądkowego
i schudła do 35 kg.

Przed przyjazdem do niej modliłem się,
by Bóg pobłogosławił ten czas.
By przeszedł przez nas do nas.
I taki był ten dzień, niezwykły...
rozmowy, modlitwy, śpiew
przyniosły nam radość
ze spotkania z Ojcem.


Lidzia wygląda zdecydowanie lepiej niż ostatnio.
Chce walczyć, choć organizm buntuje się
w przyjmowaniu posiłków.

Straciła już paru przyjaciół,
którzy przegrali walkę z anoreksją.
One chce walczyć i wygrać.


Dzięki Ojcze,
że choć trochę, mogę walczyć z nią.
Dziękuję, że
tak szybko zabliźniasz
ludzi z ludźmi.
Dzięki, że stworzyłeś uczucia, więzi, przyjaźnie;
na przekór wszystkim, którzy nie wierzą w ich szczerość.


Kochani, kto wierzy,
że Jezus Chrystus może pomóc Lidzi
w walce z anoreksją, proszę o modlitwę.

poniedziałek, 8 listopada 2010

wytrwałość

Łuk. 18:1-8

1. Powiedział im też przypowieść o tym,
że zawsze powinni modlić się i nie ustawać:
2. W pewnym mieście żył sędzia,
który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi.
3. W tym samym mieście żyła wdowa,
która przychodziła do niego z prośbą:
Obroń mnie przed moim przeciwnikiem.
4. Przez pewien czas nie chciał;
lecz potem rzekł do siebie:
Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę,
5. to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa,
wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca
i nie zadręczała mnie.
6. I Pan dodał: Słuchajcie,
co ten niesprawiedliwy sędzia mówi.
7. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych,
którzy dniem i nocą wołają do Niego,
i czy będzie zwlekał w ich sprawie?
8. Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę.
Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi,
gdy przyjdzie?


Jezus wypowiedział tą przypowieść
w kontekście wytrwałej modlitwy, dniem i nocą.
Natrętną wdowę wysłuchaną przez bezdusznego sędziego
przyrównał do ludzi wiary, których Bóg bierze w swą obronę,
kiedy Ci zwracają się do Niego;
zwracają WYTRWALE.

Jeden warunek: WYTRWAŁOŚĆ.

Jeżeli nieprzychylny kobiecie sędzia wysłuchuje ją wreszcie
ze względu na jej natarczywość,
to o ileż chętniej zareaguje Bóg na twój upór w modlitwie.

„Ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa,
wezmę ją w obronę…”


Wyrażenie „naprzykrzać” może być tłumaczone różnie,
ale dosłowna jego tłumaczenie to
„przyprawiać o sińce przed oczyma”.

Kiedy modlimy się możemy nieraz czuć się, jak wdowa:
bezsilni, zapomniani, niezrozumiali,
cierpiący niesprawiedliwość,
niepewni odpowiedzi w wołaniu o pomoc,
bo dowodów (prócz wiary), że Bóg odpowie, nie ma.

Rzeczywistość jest jednak inna.
Mamy w niebie „arcykapłana wielkiego,
który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego”

który umożliwia nam bezpośredni kontakt
z kochającym nas Ojcem, który inaczej niż niewrażliwy sędzia
z przypowieści, troskliwie pochyla się nad naszą osobą.

I choć być może nie otrzymamy odpowiedzi
w oczekiwanym przez nas czasie,
mamy zapewnienie Bożej pomocy!!!
Nie zawsze według naszych wyobrażeń,
ale za to według wyobrażeń Boga, zawsze lepszych.

Jeżeli wdowa otrzymała pozytywną odpowiedź
od niesprawiedliwego sędziego
to czyż „Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych,
którzy dniem i nocą wołają do Niego?”

Jedynym warunkiem jest WYTRWAŁOŚĆ,
w której nie tylko chodzi o sprawdzian naszej wiary,
ale o przemianę nas samych – o ufność w Boże obietnice,
ufność Ojcu, który w najlepszy dla nas sposób troszczy się o nas.

Nie wiem dlaczego Bóg odpowiada w różnym czasie!
Nie wiem dlaczego nieraz odpowiada, tak, jakby nie odpowiadał.

Wierzę jednak, że w swej wszechwiedzy decyduje najdoskonalej.
Wierzę, że w swej suwerenności przewidział
miejsce dla naszych modlitw.

Wierzę, że ZAWSZE wysłuchuje.


W piątek dostałem wiadomość od przyjaciółki:
„Mama chce wziąć chrzest w wodzie.
Jeszcze trudno mi w to uwierzyć,
że to dzieję się naprawdę.
Jak tylko wrócę do domu, pozwolę sobie płakać.
10 lat modlitw i Bóg wysłuchał.
Jest cudowny.
Czekam na więcej moich bliskich.
Przydaj mi wiary Panie”.

10 lat modlitw.
Codziennie te same prośby.
„Boże, ulecz moją mamę!”
Łatwiej pisać o 10 latach modlitw,
niż je przeżyć;
niż przez tak długi czas
rozpychać się w sali sądowej by spotkać się z sędzią;
bezustannie wierzyć, że jednak wysłucha.

W tych 10 latach rzeczywistość nie przynosiła zbytniej nadziei.
Alkoholizm, marskość wątroby, zaćma Teresy.

Nadzieję można znaleźć TYLKO w Bogu!!!


Bóg nie zawiódł,
Bo On NIE ma zwyczaju zawodzić.

Tylko, ta nasza wytrwałość…
sprawia, że to my zawodzimy.

Dlatego Jezus kończy swoją lekcję kłopotliwym pytaniem:
Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi,
gdy przyjdzie?

piątek, 5 listopada 2010

Otwórz nasze oczy

Panie, otwórz nasze oczy,
abyśmy w naszych braciach i siostrach
Ciebie rozpoznali.

Panie, otwórz nasze uszy,
abyśmy usłyszeli płacz i wołanie głodnych,
zmarzniętych, przerażonych
i zgnębionych.

Panie, otwórz nasze serca,
abyśmy potrafili kochać siebie
tak jak Ty nas kochasz.

O Boże, daj nam, proszę,
dar z wszystkich, jakie znamy, najcenniejszy:
serce przepełnione miłością do Chrystusa.
Amen.

(Matka Teresa)

wtorek, 2 listopada 2010

zatrzymaj się

W niedzielny poranek pomyślałem,
że być może tak właśnie wyglądał
obłok, który prowadził Izrael po pustyni.


Niebiosa głoszą chwałę Boga,
Dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza (Ps.19:2).


Wczoraj z poranka na spacerze po lesie z przyjaciółmi
kolorowe gile zalatywały nam drogę.



Do Pana należy ziemia i to, co ją napełnia,
świat i jego mieszkańcy (Ps.24:1).


Dzisiaj w pochyleniu nad psalmem...

Zatrzymajcie się i wiedźcie, że Ja jestem Bogiem,
jestem ponad narodami, jestem ponad ziemią (Ps.46:11)


…zrodziła się refleksja.

Musimy się zatrzymać!

To nie jest łatwe we współczesnym świecie,
który promuje i nagradza szybkość i efektywność.
Szybciej i intensywniej to hasło tego świata.

Świat występuje przeciwko Bożemu słowu: Zatrzymaj się!
Skwapliwie zabiera wszelkie okazje,
by się zatrzymać i zobaczyć Boga w artyzmie Jego stworzenia.

Wszystko po to, by nie uznać drugiej części słów Najwyższego:
Ja jestem Bogiem,
jestem ponad narodami,
jestem ponad ziemią.


Natomiast, aby zobaczyć Boga w Jego dziele, aby Go uwielbić,
trzeba się zatrzymać się w codziennym biegu,
uwrażliwić pięknem od Niego dla nas stworzonym i dostrzec je.
To tak naprawdę czyni człowieka wolnym i szczęśliwym.

sobota, 30 października 2010

odkrycie

- Pomóż nam znaleźć Boga.

- Nikt nie może wam w tym pomóc.

- Dlaczego?

- Dlatego, że nikt nie może pomóc rybie w odnalezieniu oceanu.

A. de Mello

środa, 27 października 2010

Co uczyniłem...


Wszystko, co uczyniliście
jednemu z tych braci moich najmniejszych,
Mnieście uczynili (Mat. 25:40).


W październiku 2007r. spędziłem razem z przyjaciółmi
dwa tygodnie na Bałkanach w górach,
przepięknym masywie Riły i Pirynu
(zdjęcia możecie zobaczyć na facebooku).
Bez wygód, śpiąc pod namiotem,
po części praktykując żydowskie Święto Szałasów.
Po tygodniu pieszej wędrówki zeszliśmy w kotlinę,
w której skrywał się czternastowieczny Monastyr Rilski
– ozdobiony olbrzymią ilością fresków i ikon,
dziś zabytek UNESCO.
Historia jednej z nich mówi,
że kiedy ikonograf Teofan namalował ikonę Zbawiciela
o twarzy jednego z żebraków,
jeden z przełożonych zirytowany krzyknął:
„Co ty robisz? To prawie bluźnierstwo!”
Teofan starł wówczas farby z twarzy żebraka
i spod ich warstwy ukazało się piękne,
uwielbione oblicze Jezusa.
„Tak jest w Ewangelii i tak jest w życiu!”
– skomentował swoją ikonę Teofan.

Ile razy musi uczyć mnie dobry Ojciec,
bym nie przechodził obojętnie obok ludzi
– niejednokrotnie swoim milczeniem wołających o pomoc?
Ile razy w moim zagonieniu nie słyszę Chrystusa
w braciach moich najmniejszych?

W Ewangelii nie chodzi o piękne słowa,
nie chodzi o „miłość ludzkości”,
ale o miłość człowieka, który stoi przede mną.
A jak duży jest nieraz dysonans pomiędzy słowem a czynem.

Znakiem Ewangelii jest miłość, a w niej najubożsi,
chorzy i kalecy, głodni i spragnieni są Bożymi odbiorcami
naszych uczuć względem Boga.
Nie mogę inaczej, jak przez „najmniejszych” właśnie
wyrazić swej miłości względem Chrystusa,
bo właśnie w nich On się skrywa.
Jeżeli nie potrafię ich kochać,
to mało co zrozumiałem z Ewangelii Jezusa.
Nauka Jezusa jest bolesna:
To niewiele, albo wcale nie poznałem Chrystusa.

A ja właśnie zbyt często jestem gadatliwy
i w tym potoku słów nieraz brak praktycznego
świadectwa życia z Chrystusem.

Boże, obym trafiał w Twój zamysł trafiania do ludzi.
Ucz mnie wrażliwości.
Daj mi odwagę słuchać głosu Jezusa,
który woła – do ludzi – do siebie.
Wypełnij mój dzban miłością tak, by się przelewał.

Ubłogosław Swą pociechą i leczniczym dotykiem Twych rąk tych,
którymi opiekuję się, rehabilituję i rozmawiam co dzień.
Amen!

niedziela, 24 października 2010

myśl z Kempis

Jezus zawsze ma wielu uczniów,
którzy kochają Jego królestwo niebieskie,
lecz niewielu tych, którzy niosą Jego krzyż.
Wielu jest tych, którzy pragną pocieszenia,
lecz mało tych, których przechodzą próby.
Zawsze znajdzie takich, którzy chętnie dzielą się swym stołem,
lecz mało tych, którzy wezmą udział w Jego poście.
Wszyscy chcą być z Nim szczęśliwi,
lecz mało kto chce cierpieć cokolwiek dla Niego.
Wielu idzie za Nim na łamanie chleba,
lecz nieliczni, aby napić się z kielicha Jego cierpienia.
Tak dużo osób wielbi Jego cuda,
a tak mało zbliża się do wstydu Krzyża.
Liczni kochają Go tak długo, dopóki nie spotykają ich trudności,
wielu chwali Go i błogosławi, dopóki otrzymują od Niego pociechę,
lecz niech się tylko na chwilę ukryje i pozostawi ich na moment!
Od razu popadają w narzekanie albo w głębokie odrzucenie.
Z kolei ci, którzy kochają Go dla Niego samego,
nie za pociechę dla siebie,
błogosławią Go zarówno w uciskach i cierpieniu serca,
jak i w blasku pocieszenia.
Nawet jeśli nigdy nie otrzymaliby od Niego pociechy,
zawsze będą chwalić Go i chętnie Mu dziękować.
Jakaż jest moc w czystej miłości do Jezusa,
miłości, która jest wolna od interesu własnego
i miłości własnej!

Tomasz z Kempis

wtorek, 19 października 2010

pojednanie

Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz
i tam sobie przypomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie,
zostaw tam dar swój przez ołtarzem,
a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim.
Potem przyjdź i dar swój ofiaruj (Mat. 5:23n).


Mam pojednać się z bliźnim,
zanim przyjdę w modlitwie do Boga – to wiem.
Ale Jezus mówi o czymś więcej.
Mam pojednać się z tymi, o których wiem,
że mają wobec mnie urazy, pretensje, żale.
Nawet te przeze mnie niezawinione.

Rozumiem, że jeżeli wyrządzę zło w stosunku do kogoś,
to trzeba przeprosić i ponieść swego czynu konsekwencje.
To ogólna zasada tzw. kultury osobistej.
Ale pojednać się z tym, kto ma do mnie żal nie wiadomo o co,
w sytuacji, której ja w ogóle albo mało co jestem winien?
Jezus nie mówi, że mam przepraszać, ale że mam się pojednać,
tzn. szukać porozumienia, zakopać dół niezrozumienia,
który powstał między nami. Pierwszy krok ma należeć do mnie!

Boże, ile razy przychodziłem do Ciebie
niepojednany z drugim człowiekiem?
Ile razy przychodziłem niepojednany przez moją winę?
O sytuacji, o której mówi Jezus, nawet już nie wspomnę.
Wiem, Boże, że podobają ci się ludzie,
którzy odkrywając pewne prawdy dotyczące swego życia,
ochoczo mówią jak Dawid: „Będę dążył do tego i to osiągnę!”
Potem realizują.
I ja ochoczo tak mówię.
Po latach porównasz moją ochoczość
z praktycznym urzeczywistnieniem Twych słów.

środa, 13 października 2010

Dobry Pasterz


Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę,
ale wdziera się inną drogą,
ten jest złodziejem i rozbójnikiem.
Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec.
Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu;
woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je.
A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele,
a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają
(J. 10:1-4).


Jezus jest Dobrym Pasterzem, który oddaje życie za owce.
Po czym owce poznają swego Pasterza? Po wyglądzie? Nie.
Poznają go po jego głosie,
kiedy Pasterz po imieniu woła swoje owieczki.
Wówczas wiedzą, że to nie obcy pasterz,
bo tylko ich Pasterz zna ich imiona
i tylko on tak troskliwie je woła.
Czy ja rozpoznaję głos mego Pasterza? Czy znam ten głos?
To nie jest tak, że Jezus nie przemawia dzisiaj do ludzi.
Jezus Chrystus – wczoraj i dziś, ten sam także i na wieki (Hebr.13:8).
Jezus się nie zmienił.
Zmartwychwstał i przemawiał do Marii,
do Pawła, do Ananiasza z Damaszku.
Oni znali głos swego Pasterza
i szli tam, gdzie ich prowadził.
I dzisiaj Jezus chce tak kierować mną. Mówi do mnie i do Ciebie:
Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was (J.14:18).
I przychodzi, tyle że często nie pozwalamy Mu
zbliżyć się do naszego życia zbyt blisko.
Nie chcemy dążyć do takiego życia, o jakim mówił Apostoł:
Teraz już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus (Gal.2:20).
Dlaczego?
Bo takie zobowiązania tak naprawdę komplikują nasze życie.
Nie chcemy i boimy się tego,
bo to za dużo nas kosztuje, wymaga od nas wyrzeczeń.
Życie w słuchaniu i posłuszeństwie głosowi Jezusa
na co dzień wymaga rezygnacji z wyuczonych przyzwyczajeń,
kiedy Jezus zacznie mówić:
„jeżeli Ja żyję w tobie, to czemu się dąsasz?”
Największą barierą, by usłyszeć
i PRZYJĄĆ głos Jezusa w swoim życiu jest nasze „ja”.

Mogę twierdzić, że Jezus jest Panem mojego życia,
jednak prawdą jest, że często panem mojego życia jest moje „ja”.
Ono często związuje ręce Jezusowi i odmawia Mu oddania mojej woli.

Tak samo jak kiedyś do Marii i Pawła, dzisiaj Jezus mówi do mnie.
Nieraz ciężko jest słuchać Jego głosu,
bo wymaga uniżenia się, zrezygnowania ze swoich racji,
ze swoich pomysłów, ze swoich wyuczonych zachowań, uzależnień.

Ale to jest istotą bycia chrześcijaninem nie tylko z nazwy.

poniedziałek, 11 października 2010

Przekonany realista, jeśli jest niewierzący,
zawsze znajdzie wystarczająco dużo siły,
by nie wierzyć w cuda,
a nawet jeśli spotka się z cudem
jako niezbitym faktem,
to raczej nie będzie dowierzał własnym zmysłom,
niż uzna ten fakt.

Wiara nie [...] wypływa z cudu, lecz cud z wiary.

F.Dostojewski

czwartek, 7 października 2010

koncert Syloe

W sobotę o godz. 18 w Krakowie,
w NCK-u, w sali 203 (mała sala koncertowa)
odbędzie się koncert zespołu Syloe;
śpiewamy repertuar: "Czy znasz Jezusa?"

Syloe to nazwa sadzawki w Jerozolimie
z czasów Jezusa, której woda miała
niesamowitą moc uzdrawiania.
Słowo Syloe zapożyczyliśmy z historii
Nowego Przymierza, aby nazwać nasz zespół,
z nadzieją, że ta społeczność,
na wzór tamtej wody, będzie miała podobną moc.
Będzie odrywała nas od rzeczywistości,
tworzyła przyjaźnie, rozwijała ducha...

I zaiste tak jest.
Śpiewamy już 5 lat.
Oprócz utworzonych przyjaźni,
tworzą się małżeństwa,
rodzą się dzieci;
zespół się zmienia.
W tym roku zespół mocno się odmłodził.
Posłuchajcie sami.

Zapraszam!

Poniżej umieszczam
naszą wizytówkową pieśń, Syloe,
którą zaśpiewamy w sobotę.


środa, 6 października 2010

zachęcający miłością

Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością (Mar.10:21).

Nigdzie nie zobaczymy Jezusa,
jak ciągnie kogoś za ucho i mówi: „chodź za Mną!”
Przeciwnie. Widzimy Jezusa,
jak przedstawiając konsekwencję wyboru
mówi: „decyzję podejmij sam”.

Jezus zwerbowałby dla Ojca
o wiele więcej posłusznie wierzących ludzi,
gdyby użył swej mocy,
uderzając piorunem z nieba w paru niegodziwców.
Ale nie o posłuszeństwo w Ewangelii chodzi.
Chodzi o miłość. Miłość człowieka do Boga.

A tylko otrzymując miłość, można odpowiedzieć miłością.
Przymus nie jest środkiem podboju ludzkich serc.

Dlatego Bóg proponuje, nie zmusza:
„Zbliżcie się do Mnie, a ja zbliżę się do was”. (por. Jak.4:8)
Nie sposób jest zrozumieć kogoś, kogo nie zechce się poznać.

Bóg nie wybrał ekonomicznej drogi zbawienia świata.
Spoglądając z miłością na człowieka, ryzykuje tym,
że stanie się bezsilny, gdy obdarowana miłością osoba
postanowi tym uczuciem wzgardzić.

Bóg w całej swojej mocy nie może zrobić tylko jednej rzeczy;
zmusić kogoś do miłości.

sobota, 2 października 2010

chrzest

Mat. 3:13-17
Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana,
żeby przyjąć od niego chrzest.
Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc:
To ja potrzebuję chrztu od Ciebie,
a Ty przychodzisz do mnie?
Jezus mu odpowiedział:
Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko,
co sprawiedliwe. Wtedy Mu ustąpił.
A gdy Jezus został ochrzczony,
natychmiast wyszedł z wody.
A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego
zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego.
A głos z nieba mówił:
Ten jest mój Syn umiłowany,
w którym mam upodobanie.


Ewangeliści Marek i Mateusz relacjonują,
że Jan Chrzciciel nawoływał żydów do
chrztu nawrócenia na odpuszczenie grzechów (Mar.1:4).
I zapisują, że z prośbą o udzielenie takiego chrztu
przychodzi do Jana sam Pan Jezus.
Jezus jednak nie popełnił żadnego grzechu,
z którego miałby pokutować;
przychodzi jednak do Jana Chrzciciela i prosi,
aby ten zanurzył Go w wodzie.
Co robi Jan Chrzciciel? Zachowuje się zrozumiale.
Mówi: „Panie, przecież Ty nie potrzebujesz chrztu pokuty, jak inni.
Nie potrzebujesz odpuszczenia grzechów,
ponieważ nie zgrzeszyłeś. Dlaczego więc prosisz o to,
żebym to ja Cię ochrzcił.
To ja, Panie, potrzebuję chrztu od Ciebie”.

Jan powstrzymuje Jezusa od tego co chce zrobić.
Jezus dobrze Go rozumie i nie odpowiada, jak Piotrowi:
„Idź precz szatanie”, kiedy ten powstrzymywał Go
od myślenia o śmierci i mówił, że nie może umrzeć.

Jezus do Jana zwraca się w innych słowach, niż do Piotra:
Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić
wszystko, co sprawiedliwe.


Jezus nie został ochrzczony na dowód tego,
że pokutował z grzechów, gdyż ich nie miał
i nie miał za co pokutować. Został ochrzczony,
by wypełnić wszystko, co sprawiedliwe.
Jezus dając się zanurzyć w wodach Jordanu utożsamił się
z nami grzesznikami. Chociaż nie miał grzechu,
dał się ochrzcić, by pokazać nam drogę naszego oczyszczenia.

Jezus samym sobą daje przykład,
że my powinniśmy postąpić tak samo, jak On.
Ap. Piotr zapisał, że Jezus
„dał nam przykład, abyśmy wstępowali w Jego ślady (1P.2:21).”

Jezus nie musiał przyjmować chrztu,
ale przyjął go, bo był posłuszny Bogu
i przez to wypełnił wszystko, co sprawiedliwe.
Jeżeli Jezus przyjął chrzest,
to tym bardziej powinniśmy zrobić to my.
Przyjąć chrzest w imię Jezusa Chrystusa.

W tym miejscu chcę podkreślić.

Wolą Bożą dla naszego życia jest to,
abyśmy świadomie, z własnej woli, przyjęli chrzest.

To jest wola Boża wobec tych wierzących,
którzy nie zdecydowali się jeszcze tego zrobić.
Bóg ma plan dla naszego życia i chce go zrealizować.
Tylko my sami możemy Mu w tym przeszkodzić.

Łukasz ewangelista zanotował
(mowa tu o chrzcie Jana, ale dzisiaj nie ma już takowego chrztu
i słowa te tyczą się chrztu w imię Jezusa):
Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie
udaremnili zamiar Boży względem siebie,
nie przyjmując chrztu od Jana (Łuk.7:30).


To jest wola Boża względem nas. „Przyjmijcie chrzest”.
Dlatego, pierwsze do czego wzywa ap.Piotr,
kiedy przemawia do ludu w dniu Pięćdziesiątnicy
jest wezwanie do nawrócenia się i przyjęcia chrztu.

Nawróćcie się i niech każdy z was
przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa
na odpuszczenie grzechów waszych,
a otrzymacie w darze Ducha Świętego (Dz.A.2:38).


Wolą Boża dla naszego życia jest nie tylko chrzest,
ale również podczas chrztu przyjęcie w darze Ducha Świętego
(o ile chrzest wodny łączy się z chrztem serca).
Bóg chce mieć ze swymi dziećmi łączność,
a tą łączność możemy mieć z nim tylko przez Jego Ducha.

Dlatego ap.Paweł napisał do Galatów:
Na dowód tego, że jesteście synami,
Bóg zesłał do serca naszych Ducha Syna swego,
który woła Abba, Ojcze! (Gal.4:6).


Bóg chce, aby Duch Święty pobudzał naszego ducha w wołaniu,
„Abba, Ojcze!”
Ojciec dał nam Ducha Świętego,
abyśmy mogli utrzymywać bliską z Nim więź.

Sprawiedliwy z wiary żyć będzie (Rzym.1:17)
– pisze ap.Paweł. Aby być tego uczestnikiem,
trzeba przyjąć to słowo przez wiarę,
przez wiarę dać się ochrzcić
i przez wiarę przyjąć Świętego Ducha.

Chrzest jest początkiem drogi chrześcijanina.
Nauczanie apostolskie mówi o dwóch warunkach,
by się ochrzcić:
nawrócić się
i uwierzyć w Syna Bożego, Jezusa Chrystusa
jako swego osobistego Zbawiciela.
Jeżeli uwierzyłeś, że Jezus jest Twoim Panem,
Bóg – Ojciec wzywa Cię do identyfikacji ze swoim Synem
zarówno w podobieństwo Jego śmierci (zanurzenie w wodzie),
jak i w podobieństwo Jego zmartwychwstania (wynurzenie z wody)
[por. Rzym. 6:1-14].

środa, 29 września 2010

chrzest Pauliny

W sobotę przeglądałem zapiski na blogu, które pisałem o Paulinie.
W jednej, krótkiej chwili przeleciałem przez okres 9 miesięcy,
odkąd Paulina znalazła się w stanie krytycznym
w szpitalu po wypadku samochodowym.
Wspomniałem uczucia towarzyszące mi w tym czasie.
Wspomniałem modlitwy, te „tam gdzie dwóch lub trzech”
i te sam przed Bogiem.
Wspomniałem radość moich przyjaciół,
gdy przynosiłem wiadomości o poprawie zdrowia Pauliny.
Chociaż jej nie znali,
modlili się gorliwie i cieszyli się jak dzieci,
kiedy Bóg poświadczał swoją moc w jej chorym ciele.
Wspomniałem jak Paulina powoli budziła się ze śpiączki;
jak otworzyła po raz pierwszy oczy,
gdy modliłem się nad nią.
Potem jak zaczęła skupiać swój wzrok na odwiedzających,
i zaczynała ruszać paluszkami,
najpierw u rąk, potem u stóp,
wreszcie jak zaczęła stopniowo próbować mówić,
z czasem coraz wyraźniej.
Wspomniałem jak po raz pierwszy usiadła na łóżku,
jak wstała; jak zaczęła próbować chodzić
- ciężko było na początku.
Wraz z rehabilitacją co raz lepiej.
Dziś przy chodziku potrafi już
prawie samodzielnie się przemieszczać.
Wspomniałem, jak po wybudzeniu pamiętała jedynie swoja mamę.
Bóg uczył, jak wilka jest miłość
dziecka do matki i matki do dziecka.
A ona jest i tak marnym obrazem (!!!)tego,
jak bardzo On nas kocha.

Wreszcie wspomniałem rozmowę z Hanią, mamą Pauliny,
kiedy pocieszałem ją mówiąc z wiarą,
że Bóg któremu uwierzyliśmy,
jest Bogiem dla którego nie istnieje słowo nie możliwe;
że On nie patrzy na diagnozy lekarzy, bo sam jest Lekarzem
i kiedy chce, zadziwia świat medycyny.
Powiedziałem wówczas, że zasiądziemy
kiedyś z Pauliną w Hebdowie
wszyscy razem przy stole, by śpiewać i radować się w Panu,
z tego, że Paulina jest z nami.

Modliłem się o to co dzień.

W niedzielę Bóg błogosławieństwa i obietnicy
uczynił o wiele więcej.
Spotkaliśmy się razem,
śpiewaliśmy pieśni, modliliśmy się
dziękując Bogu nie tylko za to, że Paulina jest z nami,
że uzdrowił ją fizycznie,
ale również, że nasz Ojciec dotknął jej serca,
wypełnił ją pragnieniem przyjęcia chrztu,
pragnieniem wstąpienia do Bożej rodziny.

Wiele Ty uczyniłeś swych cudów, Panie, Boże mój,
a w zamysłach Twych wobec nas nikt Ci nie dorówna.
I gdybym chciał je wyrazić i opowiedzieć,
będzie ich więcej, niżby można zliczyć. (Ps.40:6)



Całe niebo się radowało.
Myśmy się radowali.
W 4 dniu świata Sukkot – święta radości,
w pierwszym dniu po osiemnastych urodzinach Pauliny,
w dniu pamiątki zmartwychwstania Pańskiego,
po 9 miesiącach od wypadku
- Paulina narodziła się na nowo, z wody i z Ducha.

Wznosząc ręce do góry wielbiąc Boga
wypełniała mnie radością, gdy patrzyłem jej w oczy.

Bóg, o którym czytamy w Biblii, Bóg, który czynił cuda,
Bóg który może wszystko
jest Bogiem, który się nie zmienia;
jak 2 tysiące lat temu czynił cuda,
tak czyni je dzisiaj.

Być może gdyby ktoś spisywał dzieje współczesnych chrześcijan
wspomniałby Boży cud wskrzeszenia do życia Pauliny,
zaznaczając, że „kościół się modlił.”

Jakby w przyszłości czytano te słowa?
Czy, jako wydarzenie z dawnych czasów,
kiedy Bóg objawiał swoją moc w marnych ciałach ludzkich
z komentarzem, że dzisiaj te czasy już przeminęły,
czy może jednak, jako historię która pobudza,
by wyjść Bogu naprzeciw,
i tak jak On objął nas ramionami swej łaski,
tak objąć Go swymi i zaufać
wierząc w pełni.
pokonując kajdany racjonalizmu i logiki.

Dobrze jest dziękować Panu
i śpiewać imieniu Twemu, o Najwyższy;
głosić z rana Twą łaskawość,
a wierność Twoją podczas nocy,
na harfie dziesięciostrunnej i lirze,
i pieśnią przy dźwiękach cytry.
Bo rozradowałeś mnie, Panie, Twoimi czynami,
cieszę się dziełami rąk Twoich.
Jakże wielkie są dzieła Twoje, Panie,
jak niezgłębione Twe zamysły!
(Ps.92:2-6)


wtorek, 28 września 2010

kropla


To, co możesz
uczynić
jest tylko kroplą
w ogrodzie oceanu,
ale właśnie tym,
co nadaje znaczenie
twojemu życiu.

A.Schweitzer

piątek, 24 września 2010

wolność

Duch Pański spoczywa na Mnie,
ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie,
abym ubogim niósł dobrą nowinę,
więźniom głosił wolność,
a niewidomym przejrzenie
(Łuk. 4:18).


Umiejętność rezygnacji z tego,
co „ja” chcę, stanowi odpowiedź na pytanie:
czy jestem wolny?,
bo w rzeczywistości człowiek,
który robi co chce, jest niewolnikiem swych pożądliwości.
Człowiek, który umie nie robić tego,
co chciałby, jest prawdziwie wolny.

Przypomina mi się warszawska scenka,
kiedy jakiś mężczyzna wyszedł z bloku
z niemałym psem na spacer (wydawało się!).
Po chwili okazało się,
że to pies wyszedł na spacer ze swym panem.
Tak nieraz jest z naszymi popędami, wszelkiej maści.
Nieraz to one prowadzą nas na smyczy, zamiast my je.
Niby człowiek robi, co chce, niby nazywa się wolnym,
ale tak naprawdę zamknięty jest w klatce swych namiętności.
Dopiero gdy my prowadzimy je na smyczy,
stają się źródłem wewnętrznej siły w nas
i dopiero wówczas zaczynamy mówić o wolności,
do której to wyswobodził nas Chrystus (Gal. 5:1).
I wcale nie zabiera ona radości i szczęścia,
a wręcz przeciwne, daje je w pełni!

Kiedy Izrael dopiero co smakował wolności,
uwolniony cudownie od ciemięzców egipskich,
Bóg obdarował swój lud dwiema tablicami z dziesięcioma słowami.
Rozpoczynają się one i kończą ideą wolności.
Pierwsze słowa Dekalogu:
Ja jestem Pan, Bóg twój,
który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli (Wj. 20:2)

– przypominają, że zewnętrzną wolnością obdarował nas Bóg.
Ostatnie słowa Dekalogu:
Nie będziesz pożądał (Wj. 20:17)
– ukazują, że o wewnętrzną wolność walczyć musimy sami.

Zewnętrznie jestem wolny.
Nikt mnie do niczego nie zmusza.
Decyzję podejmuję sam.
Od wewnątrz stara się
zniewolić mnie świat,
coraz bardziej perfidnie
odbierając kontrolę nad czasem.
Wrzucony w pędzący pociąg,
który bynajmniej
nie ma zamiaru zwolnić,
staram się wysiąść
z przygotowanego
dla mnie exclusive przedziału.

środa, 22 września 2010

Sukkot


Dzisiaj wraz z zachodem słońca
rozpoczęło się
święto Sukkot
(Namiotów, Kuczek);
święto radości,
wskazujące na Boże błogosławieństwo
naszej codzienności
(wszystko co mamy jest Bożym darem)
oraz
zapowiadające czas,
kiedy Ci, którzy umiłowali Pana
żyć będą pod namiotem wiecznej Bożej obecności,
gdzie miastu
nie będzie „trzeba słońca ni księżyca,
by mu świeciły,
bo chwała Boga je oświetli,
a jego lampą – Baranek” (Obj.21:23).

Radości w Panu wszystkim:)


(O Sukkot można przeczytać m.in. w:
Wj.23:16; 24:12 - tu nazwane świętem Zbiorów;
Kpł.23:33-44; Pwt.16:13-15).

wtorek, 21 września 2010

prowadzenie Duchem

Pan Bóg cały czas poświadcza we mnie przekonanie,
że jak przemawiał Duchem Świętym w pierwszym kościele,
tak przemawia i dzisiaj.
To błogosławieństwo się nie zmieniło.
Jedynie co, to może myśmy się zmienili,
nieraz zagłuszając ten głos w sobie.
Świadectwa Dziejów Apostolskich:
"rzekł Duch Święty"
"postanowiliśmy, Duch Święty i my"
"zapewnia mnie Duch Święty"
"Duch Święty powiedział"
"prowadzi Duch Święty"
nadal są żywe.

Dwa tygodnie temu byłem w Wiśle.
Do 20.00 miałem być na chrześcijańskiej konferencji.
Po jej zakończeniu miałem plan noclegu w Wiśle.
Miałem plan na ten weekend. Swój plan.

O godzinie 17, z przekonaniem piszę, Duch Święty rzekł
(kiedy mówię „rzekł” mam na myśli nie słyszalny fizycznie,
ale wewnętrznie odczuwalny głos spoza mnie;
nie potrafię wyjaśnić, jak Bóg to robi, że potrafi tak przemawiać,
ale kiedy to robi wiadomo, że to On),
że mam pojechać do Bielska.
Nie wiedziałem jeszcze po co;
nie wiedziałem, że wracam właśnie dlatego,
by spotkać się wieczorem w szpitalu z chorą
od 10 lat na anoreksję Lidzią.
Nie znałem jej wcześniej. Słyszałem tylko o jej walce o życie.
Zanim trafiła kolejny raz do szpitala ważyła 30 kg,
nie mając sił podnieść się samodzielnie z łóżka.
Była w stanie agonalnym.
W ostatniej chwili trafiła do szpitala,
w którym, jako pielęgniarka pracuje moja przyjaciółka.
Odwiedziłem Lidzię razem z nią.
Rozmawialiśmy…
Przeczytaliśmy słowo Boże dla niej…
Na koniec wspólnie modliliśmy się…
Łzy spłynęły jej z oczu.
Przeszło przez nas ciepło Bożej obecności.

…a miałem zostać w Wiśle.
Nie wiedziałem, dlaczego mam jechać w sobotę do Bielska.
Przekonałem się dopiero, gdy postanowiłem zmienić swój plan;
zareagować na to, co mówi Pan.

Uczę się wsłuchiwać w Boży głos,
którego niejednokrotnie nie rozumiem
(niestety i nie zawsze realizuję),
ale któremu poddając się,
pozwalam, by Bóg dokonywał
pociechy i błogosławieństwa ludzi;
by czynił to, co chce czynić przeze mnie.

---

W ubiegły weekend spotkałem się natomiast
z moją przyjaciółką ze studiów i jej 4-miesięczną Elusią.

Po naszym spotkaniu wpatrując się w niebo,
czułem się szczęśliwy z tego,
że Aga jest szczęśliwa.

Jedna z tych dobrych rzeczy,
które mogą się nam przytrafić w życiu
to spotykać pięknych, szczęśliwych, ufnych Panu ludzi.

To zawsze zaraża :)

poniedziałek, 20 września 2010

miernik posłuszeństwa


Świadomość,
że nie jesteśmy
w stanie osiągnąć
idealnej doskonałości,
stanowi miernik
naszego posłuszeństwa
nakazom Chrystusa.
Nie sposób zobaczyć,
jak bardzo zbliżyliśmy się
do tego ideału.
Widzimy tylko nasze braki.

L.Tołstoj

sobota, 18 września 2010

o naszym życiu


Kostki brukowe
leżą równo ułożone na paletach.
Czyste, zabezpieczone folią
przed niedoskonałością transportu.

Chodnik, po latach poplamiony,
wykoślawiony, poprzerastany trawą
i sadzawkami deszczówki -
mieszkanie stworzeń malutkich.

Różnica pomiędzy życiem jakiego chcemy
i jakie jest.

M.Targosz
(z tomiku "Liśćmi w niebie, korzeniami w ziemi")

czwartek, 16 września 2010

nie ma rzeczy niemożliwych


Śpiewać i opowiadać o Bogu recydywistom, stu złym ludziom,
którzy siedzą przed tobą – to bardzo ciężka praca.
Inaczej jest jednak, gdy patrzysz na nich nie jak na ludzi złych,
a raczej jak na ludzi chorych. Złe są ich uczynki, nie oni sami.
„Odróżnij grzech od człowieka” – z tym, że praktyka
jest o wiele trudniejsza niż słowa.

Więzień, to chory człowiek, który potrzebuje uzdrowienia,
a o tym nie wie. My też nosimy w sobie choroby,
o których – prócz Boga i nas – nikt nie wie.
Czasami wręcz wie o nich tylko Bóg,
bo sami jesteśmy na nie ślepi
lub po prostu nie chcemy o nich wiedzieć.
Więc słowo „recydywa” odnosi się nie tylko do tych,
którzy po raz któryś trafiają za kraty.
Recydywistą jestem ja sam, powracając do grzechu,
którego tak bardzo w sobie nie chcę.
Może to dla wielu z was niesłuszne porównanie.
Jednak grzech jest grzechem,
choć może przestępstwo osadzonych
jest większego kalibru niż nasze,
popełnione w umyśle czy poza osądem innych.

Z takim nastawieniem łatwiej było
mi przemówić do więźniów w Wołowie.
Łatwiej zrozumieć.
Bo i nam ciężko jest się pozbyć złych przyzwyczajeń,
które są pozostałością z dzieciństwa, młodości.
Nawyków, które pielęgnowaliśmy, a teraz tak bardzo
i tak szybko chcielibyśmy się ich pozbyć… Niestety.
Ten proces nie przebiega szybko.
Potrzeba czasu, samodyscypliny i wytrwałości.
Konsekwencji i rzetelności w myśleniu o zmianie tego,
co chcemy zmienić w sobie.
Słabości naszego charakteru rodziły się długo,
niekiedy za naszym przyzwoleniem
i dlatego długo trzeba je zwalczać.
Na szczęście pomaga nam w tym Bóg.
Osadzonym nikt nie pomaga.
Dlatego pojechaliśmy do Wołowa.

Ja znam historię moich słabości,
pamiętam nawet początek niektórych z nich.
Czasami myślę, że jakbym z tym rozumem cofnął się
paręnaście lat wstecz,
byłoby mi teraz łatwiej.
Ale nie ma życia wstecz. Jest tylko do przodu.
Znam historię mojego ciała, tego, które dąży w stronę zła.
„Wstecz” nie istnieje, więc poddaję się kuracji.
I chciałbym żyć tak, aby Ojciec był ze mnie dumny.
A moja kuracja zaczęła się,
kiedy zdecydowałem się powierzyć leczenie Bogu.

Chłopaki z Wołowa w większości jeszcze
takiej decyzji nie podjęli.
Może nawet nigdy nie się zdecydują.
Znam historię narodzin moich osobistych grzechów,
ale nie znam przyczyn błądzenia osadzonych.
Dlatego nieraz nie chcę ich oceniać. Nie znam dzieciństwa,
patologii rodzinnych czy motywów,
przez które znaleźli się w zakładzie karnym.

Poznałem chłopaka, może w moim wieku,
który przy ostatniej mojej wizycie w ZK powiedział:
„Łatwo wam się mówi.
Mieliście normalnych rodziców, normalne dzieciństwo.
Ja tego nie miałem. Życie zmusiło mnie do tego,
że jestem tu, w Wołowie”.
Gdy tym razem wstałem,
by zachęcać słuchających do walki o zmianę jakości życia,
te słowa dodały mi pokory.

Trudno głosić Ewangelię osadzonym.
W ogóle, aby skutecznie ją głosić,
co daj Boże, trzeba ludzi poznać.
Poznać kim są. Dlaczego tacy są. Wejść w ich świat.
Dla więźniów stać się więźniem.
Dla bezdomnego stać się bezdomnym.
Nie z pomysłami osoby, która ma zapewniony spokojny byt…
To trudne. To nie przychodzi samo.
Tego nie można wyczytać w książkach.
Tego trzeba się uczyć, klęczeć na kolanach i prosić.
Musi nam na kimś prawdziwie zależeć.

Pan Bóg, jak wierzę, potrzebuje ludzi,
przez których będzie mógł leczyć.
I nie ma tu żadnej naszej zasługi.
Do tego nas stworzył i przeznaczył.
I mnie pociągnął do siebie Bóg przy pomocy innych ludzi.
Wiara (…) jest ze słuchania (Rz. 10:17).

Dlatego Wołów, gdzie dla każdego z nas było daleko.
Powód – Jarek. Jarek zdecydował się na kurację.
Wszedł do wody w Wołowie. Pragnie być zdrowym…
Cieszył się, jak dziecko gdy nas zobaczył.
Ja się cieszyłem, bo, odkąd go poznałem,
rozumiem apostoła tęskniącego za tymi,
wśród których zostawił Ewangelię.
Jego zainteresowanie, modlitwy za nich.
Pojąłem to, kiedy poznałem Jarka.
I wiem, że mogę mu pomóc.
Mogę poprosić Pana Boga, aby przeze mnie mu pomógł.
A najbardziej, jak już wyjdzie z Wołowa.
Pomoc = odpowiedzialność. Może dlatego tak trudno jest pomagać.

I mam świadomość, że to wszystko może być nieszczere, udawane,
idące w stronę szeroko pojętego zysku.
Nie znam serca ludzkiego.
Mogę się pomylić i,
przyjąwszy kogoś do siebie, mocno na tym ucierpieć.
Ale tutaj kryją się te prześladowania i cierpienia dla Chrystusa,
o których mówimy, że już nie ma takich jak były dawniej.

Moje przeczucie mówi, że Jarek idzie w dobrą stronę,
na wąską prostą.
Kierunek – góra. Cuda się zdarzają. I także tu, w Wołowie,
co niemożliwe dla człowieka, jest możliwe dla Boga.



To refleksja z wizyty w ZK w Wołowie sprzed paru lat.


Przez najbliższe pół roku możecie zobaczyć na własnych oczach,
w jaki sposób Jezusa zmienia ludzi,
w jaki sposób uzdrawia chore serca,
rozrywa kajdany grzechu
i zdobywa - poprzez miłość - człowieka.
Ten sam Chrystus, który zajaśniał oślepiającym światłem przed Szawłem,
jaśnieje w życiu współczesnych ludzi.
Nawet tam, gdzie wydawałoby się, że już na zawsze ciemno.

Zobaczcie sami, w każdy czwartek,
cykl filmów dokumentalnych "Byłem gangsterem"
o 22.15 w TVP1.

Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem,
zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej
na obliczu Jezusa Chrystusa (2Kor.4:6).

Jezus jest tu

poniedziałek, 13 września 2010

ponadwyznaniowo


Kto bowiem nie jest
przeciwko nam,
ten jest z nami
(Mar.9:40).


Pan Jezus przyznaje się
do każdego człowieka,
bez względu
na przynależność wyznaniową.
Każdemu podaje rękę. Kto pragnie – z tym rozmawia.
Dwa tysiące lat temu zburzył mur ludzkiej niechęci
spowodowanej odmiennością religijną.
Obie części ludzkości uczynił jednością,
bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość (Efez.2:14).

To co wydawało się niewyobrażalnie trudne
– pojednanie odmiennych grup ludzi:
Żydów i pogan – dokonało się w Jezusie Chrystusie.
Ale „nowonarodzony” człowiek bardzo szybko zaczął
znowu tworzyć mur między sobą a swoim bratem.
Mur ten rósł już od czasów apostołów (1Kor.1:10-13).
Jest i dzisiaj. Najtragiczniejsze jest to,
że dobrze nam w tej separacji.

Różnica w rozumieniu słowa Bożego
nie może zakrywać jedności,
która wyraża się w Chrystusie.
Człowiek jednak od najdawniejszych czasów zwalcza
w drugim człowieku odmienność.
Patrzy z niechęcią na tego,
kto robi rzecz identyczną jak on,
tylko ubrany w inną szatę kościelną.
Tak trudno znieść odmienność.
Nie uniknęli tego i apostołowie.
Kiedy zobaczyli w Kafarnaum człowieka,
który wypędzał z ludzi złe duchy,
a nie chodził z nimi – zabronili mu tego.
Pobiegli szybko z ową nowiną do Jezusa myśląc,
że spotka ich za ten czyn pochwała.
Nie spodobało im się to,
że ktoś robi coś poza ich społecznością
– społecznością dwunastu apostołów.
Czy w tej historii nie kryje się lekcja dla nas?
Czy i my nieraz tak nie postępujemy?
Czy i my nieraz nie popadamy w taki apostolski osąd?
Pan Jezus gani ich ku ich zdziwieniu.
Być może gani także niektórych z nas.

Uchylając drzwiczki pozadenominacyjnego spoglądania na świat,
można spotkać całkiem sporo miłych ludzi;
znam trochę takich, dalej poznaję;
kochają Jezusa awyznaniowo.
Nie łączy nas grupa wyznaniowa – łączy nas Chrystus.
W usystematyzowanych, „ładnie” poukładanych
poglądowo czy charyzmatycznie kościółkach dumnych,
że to "my najwierniejsi", niestety jest samotno.

Kształtujmy w sobie serce wierne Bogu,
nie religii, przepisom i obrzędom.
Serce wierne Bogu – nie o mentalności denominacyjnej,
działające dla interesu danego wyznania,
uprawiające wobec innych waśnie i spory.
Serce wierne Bogu – działające dla Królestwa Bożego.

piątek, 10 września 2010

list od Pauliny


Obecnie Paulina przebywa
w szpitalu dziecięcym w Radziszowie.
Powoli, ale zauważalnie jej funkcjonalność wzrasta.
Przykurz lewej stopy został znacznie zniesiony.
Niestety stopa prawa wymaga jeszcze przy lokomocji ortezy,
bo jej ustawienie końsko – szpotawe utrudnia chód.
Jednak na dzisiaj Paulina potrafi
już samodzielnie chodzić przy chodziku.
Poprawia się sprawność manualna kończyn górnych.
Ustępuje również afazja, co daje Paulinie
co raz większą swobodę wypowiedzi.

Przed Pauliną jeszcze sporo pracy,
ale z błogosławieństwem Bożym pięknie patrzyć,
w jaki sposób dochodzi do coraz większej samodzielności.

No i Paulina co raz więcej mówi :)
We wtorek przywitała mnie potokiem dobrych słów.

Bardzo chciała napisać list do tych,
którzy w modlitwie byli i są jej bliscy.

Poniżej parę słów od niej.

„Kochani, bardzo się bałam gdy zostałam
wybudzona ze śpiączki,
co ze mną będzie. Bałam się,
że już nigdy nie będę chodziła i mówiła.
Teraz się cieszę, że powoli zaczynam chodzić i mówię.
Cieszę się, że Pan Bóg mnie uzdrowił.
Często śnił mi się mój Bóg, kiedy leżałam w łóżku.
Jestem Mu bardzo wdzięczna,
że tak wielu ludzi modli się za mną każdego dnia.
Cieszę się, że jesteście. Jesteście kochani.
Bardzo, bardzo modlę się do Pana Boga dziękując Mu za Was
i za wszystko co ze mną zrobił. Dokonał we mnie przemiany.
Chcę podziękować Wam, że pamiętacie o mnie.
Bardzo, bardzo dziękuję i kocham Was.
Za wszystko Wam dziękuję.”

Przychodzi mi na myśl, dziękczynny, Psalm 40.

Złożyłem w Panu całą nadzieję;
On pochylił się nade mną
i wysłuchał mego wołania.
Wydobył mnie z dołu zagłady
i z kałuży błota,
a stopy moje postawił na skale
i umocnił moje kroki.
I włożył w moje usta śpiew nowy,
pieśń dla naszego Boga.
Wielu zobaczy i przejmie ich trwoga,
i położą swą ufność w Panu.
Szczęśliwy mąż, który złożył
swą nadzieję w Panu,
a nie idzie za pyszałkami
i za zwolennikami kłamstwa.
Wiele Ty uczyniłeś
swych cudów, Panie, Boże mój,
a w zamysłach Twych wobec nas
nikt Ci nie dorówna.
I gdybym chciał je wyrazić i opowiedzieć ,
będzie ich więcej, niżby można zliczyć.

poniedziałek, 6 września 2010

WIARA

Dzisiaj chciałbym zaproponować Wam
inną niż dotychczas formę refleksji;
zachęcam Was do poświęcenia
troszkę więcej czasu
i wysłuchania
nauczania nt. wiary,
które wygłosiłem
w dalekiej (dla mnie) północy,
w miejscu mego nawrócenia.



czwartek, 2 września 2010

Alpy Retyckie

Miał znakomite wyczucie stary rabin,
by wybrać się w Alpy szwajcarskie:)

Dziś, tuż po powrocie,
- przed kolejnym wyjazdem -
wrzucam parę fotek.

Urocze miesteczko Bondo (Pd.-wsch. Szwajcaria).

Piz Badile (3308m n.p.m.)-na granicy włosko-szwajcarskiej.
Jednen z najbardziej atrakcyjnych szczytów wspinaczkowych
w całych Alpach. Podziwialiśmy "z dołu."

U stóp Piz Julier (3380m n.p.m.)
Rozbiliśmy namiot w słonecznej pogodzie.

Obudziliśmy się w śniegu.
Przez noc spadło ok 40 cm białego puchu.

Widok z Piz Julier na dolinkę Corn Survetta.

Alpy są idealnym miejscem dla kochających
góry, chłód i ciszę świstaków.
Dawały koncert swoim świstaniem.
Tuż, tuż przed długim, zimowym snem;
trwającym od września, aż do końca kwietnia.

[ Więcej zdjęć możecie zobaczyć pod adresem:
http://www.facebook.com/album.php?aid=2050033&id=1340544354 ]

Dobry Bóg pobłogosławił nasze wędrowanie
słońcem (moja opalona twarz emanuje ciepłem od paru dni
- czuję się, jak Mojżesz po zejściu z Synaju),
mocnym wiatrem, śniegiem, też deszczem.
Co dzień odsłaniał coraz więcej ze swego wspaniałego dzieła.
Wszystko stworzone w sposób idealny, piękny,
dzieło największego Artysty.

Dziś wróciłem ze swego tygodniowego święta Sukkot(Namiotów)
do wygodnych, ciepłych, domowych warunków.
I, jak zawsze po powrocie
mocniej doceniam i uświadamiam sobie
Boże błogosławieństwo w rzeczach codziennych
- od wygodnego łóżka po zwykły,
codziennie proszony chleb powszedni.
Wszystko jest darem Najwyższego.

Dziękuję Tato.

czwartek, 26 sierpnia 2010

niebo

W nocy szczególnie lubię patrzeć w niebo.
Ulubionym miejscem są góry.
Tam najwięcej widać gwiazd.
Wówczas staję przed potęgą Twego zamysłu.
Nie znam liczby gwiazd na niebie.
Podobno jest ich miliard trylionów.
Nie potrafię nawet wyobrazić sobie tej liczby.
A ona nawet w znikomości nie wyobraża Twej wielkości.
A Ty… znasz dokładną ich liczbę i wołasz do nich po imieniu.
Wśród tych miliardów trylionów gwiazd wszechświata
unosi się mały obłoczek, który tworzy nasza Galaktyka.
Jedną z tych gwiazd jest Słońce,
wokół którego krąży dziewięć małych punkcików,
a jednym z nich jest Ziemia.
Na tym małym punkciku leżę na karimacie,
w ciepłym śpiworze, jeden z ponad sześciu miliardów ludzi.

Gdy patrzę na Twe niebo,
dzieło Twych palców,
księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził:
czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
i czym - syn człowieczy, że się nim zajmujesz?


Ale to jednak człowieka stworzyłeś,
jako koronę Swego stworzenia.
Stworzyłeś, jako obraz swój,
cudowne i piękne dzieło – poemat.
Pofatygowałeś się przy tym policzyć
nawet włosy na mojej głowie,
bo jestem Twoim dzieckiem.
Abba, Ojcze, Skało moja,
dziękuję!



(Od greckiego "dzieło" - "poiema", pochodzi słowo poemat.
Ap. Paweł w liście do Efezjan pisze:
„Jesteśmy bowiem Jego poiema, stworzeni w Chrystusie Jezusie...”)

środa, 25 sierpnia 2010

owoce


Jedynie ty, Panie, wiesz,
jak w twardej skorupie orzecha
mija czas,
czy Twoja w nim radość dojrzewa,
czy złości kwas.
Ty wiesz, czy jak kłos się pochylę,
kiedy żniwa nadejdzie dzień,
czy łagodnie ducha rozmotylę
czy też padnie nań gniewu cień.
Wiesz, czy z drobnych uczynków ziaren
da się upiec bochen dobroci,
wierność – pleśni przyjmie barwy szare,
czy jak liść jesienny się wyzłoci...
I wiesz, Panie, czy spod serca płynie
rwący nurt, czy rzeka pokoju...
Jedynie Ty, Panie, wiesz,
w jakim owoc rodzi się znoju.

M.Filipek (z tomiku "Liśćmi w niebie, korzeniami w ziemi")

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

wylanie Ducha


Wszyscy oni trwali jednomyślnie
na modlitwie… (Dz.A.1:14).


Wniebowstąpienie Jezusa miało miejsce
40 dnia po Jego zmartwychwstaniu.
Wylanie Ducha Świętego
50 dnia po zmartwychwstaniu Chrystusa.

Co robili uczniowie Jezusa przez 10 dni,
zanim wypełniło się w nich słowo Boga
„wyleję Ducha mego na wszystkie ciało (Dz.A.2:17)?”

120 osób w wieczorniku przez 10 dni
trwało jednomyślnie na modlitwie.

Po 10 dniach modlitw Bóg wylał swego Ducha.

Po czym ap.Piotr przemówił,
może 10, może nawet 20 minut;
w każdym bądź razie niedługa była to przemowa.

Kiedy skończył, ci co
„to usłyszeli, przejęli się do głębi serca:
Cóż mamy czynić bracia?”


Piotr powiedział:
„Nawróćcie się i niech każdy z was
przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa
na odpuszczenie grzechów waszych,
a otrzymacie w darze Ducha Świętego.”


Nawraca się ok. 3 tys. osób.

5 minut kazania = 3 tys. nawróceń.

5 minut kazania = 10 dniom modlitw.

Dzisiaj proporcje się zmieniły.
Potrafimy głosić kazania, wykłady, nauczać
modląc się w ciągu dnia tyle, ile Piotrowi
wystarczyło do zasiania na stałe Chrystusa u 3 tys. osób.

To o czymś świadczy w związku
z naszym życiem
i aktywną gotowością przyjęcia obfitości Bożego Ducha.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

plan B


Jeżeli nie mogę
pokonać ich siłą,
to przyłączę się do nich.
Wstąpię w ich szeregi
przebrany za anioła światłości
(2Kor.11:14).
Potem powoli naciągnę zasłonę nad tym czego chce od nich Bóg.
Wreszcie znieczulę ich serca.
Niech rozmawiając o Bogu oddalają się od Boga.
Zawładnę ich czasem. Czas jest czynnikiem zasadniczym.
Bez czasu nie nawiążę relacji z Jezusem.
Oderwani od codziennej relacji z Nim,
będą upajali się pustymi słowami,
i będą tak samo moi,
jak ci którzy z Bogiem nie mają nic wspólnego.
Stworzę świat w którym nie dam im złapać tchu
w gonitwie za „mieć”.
Uczynię to wszystko by nie usłyszeli
cichego głosu Jezusa
przemawiającego do ich serc.
By w ogóle zapomnieli, że taki głos jest
i w ogóle go nie znali.
Wprowadzę się do ich domów przez telewizję i internet.
Przez seriale, filmy i programy „talk show” sprawię,
że zło stanie się dla nich normalnością.
Otoczę ich złem, tak, że spojrzą na nie,
jako zwykłą alternatywę i nie będą z nim walczyć.
Sprawię, że będą wywyższać się nad innych
zamiast nieść im pomoc.
Pycha jest moją domeną.
Nabiorą się na nią w imieniu zachowywania czystości religijnej.
Przez nią nie zbliżą się do Boga,
a zbliżą się do mnie!
A w kościele wciągnę ich w plotki i spory.
Wmówię im, że o prawdę trzeba walczyć każdym środkiem
– najlepiej gniewem, obmową, pogardą, uczuciem wyższości.
Pozbawię ich umiejętności rozmowy.
Słowa „brat,” i „siostra” będę tylko tytułami,
jakimi będą się określać.
Nie będzie w nich uczuć miłości i przyjaźni.
Zamienię te słowa w puste frazesy.
Poróżnię ich przez doktrynę.
Idealne warunki pozostawił mi sam Bóg sprawiając,
że poznanie jest tylko cząstkowe
i nikt nie ma pełnego poznania prawdy.
Teraz wystarczy tylko to mądrze wykorzystać.
Podzielę ich ich prawdą.
Zadziałam subtelnie,
ale efekty będą zdumiewające.
Ich serca staną się poligonem walki
i wzajemnych oczerniań.
A świątynia Ducha?
No cóż – by mnie nie rozpoznali,
pozwolę się im modlić.
Ale życie o którym mówił im Jezus nazwę mleczkiem,
czymś nad czym nie warto się zastanawiać,
o które nie muszą zabiegać dorosłe dzieci.
Moim dziełem będzie to,
że chrześcijanie zaczną się uczyć o Chrystusie,
zamiast uczyć się Chrystusa,
będą mówić o Duchu Świętym
zamiast pozwolić prowadzić się Duchem Świętym.
Będę godził się na pobożność tych,
których omamię,
ale tylko na jej pozór.
Zgodzę się na wizyty ludzi w kościołach,
ale bez pragnień życie „poza tym światem.”
Stworzę chrześcijaństwo na swoich zasadach
- bierności, braku aktywności,
wyuczonych na pamięć pacierzy,
zamiast przeżytej modlitwy,
religijnych form i rytuałów,
zamiast żywej łączności z żywym Bogiem.
Zamienię wieź z Bogiem na wieź z obyczajami i obrzędami.
Życie w obfitości Bożej zamienię
w życie w obfitości mojej.
Aktywność zamienię w bierność,
a światłość którą mają świecić zgaszę,
budząc w nich samozadowolenie.

Mamy mało czasu,
więc do zwycięstwa!
Do zwycięstwa!
Towarzysze demony – walczmy!
Zwycięstwo jest nasze!
Jest blisko!
Zwyciężymy!