sobota, 3 kwietnia 2010

usłyszeć i przyjąć


Niedziela. Wczesny poranek.
Jest jeszcze ciemno, przed wschodem słońca.

J. 20:11-18

11. Maria Magdalena stała przed grobem płacząc.
A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu
12. i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa - jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg.
13. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz?
Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem,
gdzie Go położono.
14. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa,
ale nie wiedziała, że to Jezus.
15. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz?
Kogo szukasz?
Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego:
Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi,
gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę.
16. Jezus rzekł do niej: Mario!
A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni,
to znaczy: Nauczycielu.
17. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie,
jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca.
Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im:
Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego
oraz do Boga mego i Boga waszego.
18. Poszła Maria Magdalena i oznajmiła uczniom:
„Widziałam Pana” i co jej powiedział.


Maria Magdalena stanęła przed grobem [Jezusa] płacząc.

Kiedy czytam zapis Ewangelisty Jana przypomina mi się dzień,
kiedy kilka lat po śmierci mojej babci Wandy
pojechaliśmy razem z kolegą na cmentarz.
On poszedł nad grób swojej babci,
ja nad grób mojej. Gdy wracaliśmy do domu, powiedział:
„Widziałem starszą panią, która płakała gdy patrzyła,
jak ja płaczę nad grobem babci”.
Maria płakała nad grobem Jezusa.
Być może, gdy Jezus patrzył na nią to wzruszył się w duchu
i rozrzewnił, tak jak nad płaczącą Marią z Betanii,
gdy zmarł jej brat, Łazarz.
Być może zapłakał, jak wspomniana pani nad płaczącym Rafałem.
Musiało wzruszyć Jezusa to, że Maria tak wcześnie rano,
jako pierwsza przychodzi pod Jego grób
i płacze tęskniąc za swoim Panem.

Dzień zmartwychwstania Pańskiego o dziwo
nie zaczyna się od radości, ale od łez.
Nie zaczyna się radosnym „Jezus zmartwychwstał”,
ale przepełnionym łzami zdaniem „gdzie jest mój Pan?”

Maria stoi przed grobem Jezusa i płacze, bo nie wie,
że jej Zbawiciel właśnie dzisiaj zmartwychwstał.

Ona żyje myślą, że straciła swego Mistrza, Przyjaciela, Nauczyciela,
Tego, który sprowadził ją ze złych dróg na nową drogę życia.
Opłakuje Tego, który wskazał jej drogę powrotną do Boga.
Nie ma już Pana i Oblubieńca jej serca.
Został przybity do krzyża i złożony do grobu.
Po trzech dniach pozostają Marii bolesne wspomnienia i łzy.

Opłakanie zmarłych jest ceną, którą płacimy za miłość!

Maria kochała Jezusa. Taka miłość powoduje łzy.
Jest już 3 dzień od śmierci Jezusa i Maria ciągle płacze.
Przez te 3 dni po śmierci Jezusa nie śpi po nocach,
opłakuje swego Mistrza.
Domyślam się, że od śmierci Jezusa na krzyżu Maria
ciągle myśli o Jezusie.
Nie śpi, a jedynie co drzemie i co chwilę się przebudza
i mówi tęskniąc: „Jezu”,
uświadamiając sobie jednak, że jej Pan nie żyje.

Miłość do Jezusa nie pozwala Marii spać.
Dlatego tak wcześnie o poranku,
kiedy było jeszcze ciemno zjawia się przed grobem Jezusa.

Maria stoi nad grobem i „wylewa” łzy. Jezus został zabity
i na dodatek tego, jak się okazuje zniknęło Jego ciało.
Na widok aniołów Maria z troską mówi:
Zabrano Pana mego i nie wiem gdzie Go położono.

Wreszcie za jej plecami staje Jezus. Maria odwraca się,
ale nie rozpoznaje Mistrza.
Jej rozpacz zakrywa słowa Mistrza
a trzeciego dnia zmartwychwstanę
,
a smutek nie pozwala rozpoznać głosu Jezusa.

Rozmawia z Nim, jak z ogrodnikiem:
„Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi,
gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę.
Powiedz mi gdzie Go położyłeś,
a ja Go namaszczę olejkiem, okryję
i z powrotem złożę do grobu”.

Jak ona musiała wypowiadać te słowa? Jak bardzo prosząco.
I co musiało dziać się w sercu Jezusa, gdy widział tą oddaną Mu
i kochającą Go kobietę.

Wreszcie Jezus mówi: Mario!
Ile razy Jezus musiał zwracał się tak do niej?

Po tych słowach Maria rozpoznaje.
Przechodzi z rozpaczy do radości, woła: Rabbuni.
Już widzi Jezusa, już wie, jej Pan zmartwychwstał!


Maria nie rozpoznaje od razu Jezusa. Nie rozpoznaje Go po wyglądzie,
ale rozpoznaje Go po głosie, kiedy wypowiada jej imię, pewnie
w charakterystyczny tylko dla Jezusa sposób – Mario!

W przypowieści o Dobrym Pasterzu Jezus mówi:
J. 10:1-4
1. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem.
2. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec.
3. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je.
4. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają.


W tej przypowieści Jezus siebie nazywa Dobrym Pasterzem,
który oddaje swoje życie za owce.

Po czym owcze poznają swego pasterza?
Po wyglądzie? Nie.
Poznają go po jego głosie,
kiedy pasterz po imieniu woła swoje owieczki.
Wówczas wiedzą, że to nie obcy pasterz,
bo tylko ich pasterz zna ich imiona
i tylko on tak troskliwe do nich woła.

I Maria rozpoznaje Jezusa – Dobrego Pasterza nie po wyglądzie,
ale po Jego głosie, kiedy Jezus woła do niej: Mario!

Dzień pamiątki zmartwychwstania Pańskiego nawołuje do zadania sobie pytań:
- Czy znamy głos Jezusa w swoim życiu?
- Czy słyszę ten głos?
- Czy domagam się tego, by Jezus do mnie przemawiał, tak, jak przemówił do Marii?
(Nie tylko słowem, które czytamy na kartach Ewangelii
na nabożeństwach, ale słowem codziennym).
- Czy proszę Jezusa, by kierował moim życiem?
- Czy pozwalam Jezusowi, by sprawował kontrolę nad moim życiem?
(Jest różnica prosić, a pozwalać by stało się to o co prosimy!
Można prosić, ale gdy Jezus przemówi
i czegoś zażąda nie posłuchać się Jego głosu,
bo często jest niewygodny dla naszej woli,
dla naszych pomysłów na życie i dla naszego buntowniczego „ja.”
Nieraz smutną prawdą jest to,
że swoim praktycznym postępowaniem mówimy,
że nie życzymy sobie, by Jezus ingerował
w nasze życie wbrew naszej woli).
- Czy obecność Jezusa kieruje moimi myślami
i czynami w codzienności?

To nie jest tak, że Jezus nie przemawia dzisiaj do ludzi.
Jezus Chrystus – wczoraj i dziś, ten sam także i na wieki
(Hebr. 13:8).

Jezus się nie zmienił.
Zmartwychwstał i przemawiał do Marii, do Pawła.
Pod Jego kontrolą było życie apostołów i życie Szczepana,
który kamieniowany widział Jezusa po prawicy Bożej.
I dzisiaj Jezus chce tak kierować naszym życiem.
Powiedział do nas: Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was (J.14:18).

I przychodzi, tyle że często nie pozwalamy Mu
zbliżyć się do naszego życia zbyt blisko.
Nie chcemy dążyć do takiego życia, o jakim mówił ap.Paweł:
Nie żyję ja, ale żyje we mnie Chrystus.

Dlaczego?

Bo takie zobowiązania tak naprawdę komplikują nasze życie.
Nie chcemy tego i boimy się tego, bo to za dużo nas kosztuje,
wymaga od nas wielu wyrzeczeń.
Życie w słuchaniu i posłuszeństwie głosu Jezusa na co dzień
wymaga rezygnacji z wielu naszych przyzwyczajeń,
kiedy Jezus zacznie do nas mówić:
„dosyć, zbyt dużo czasu spędzasz przed telewizorem (komputerem)!”,
albo
„wybacz, tak, jak ja tobie wybaczyłem”, „nie gniewaj się”,
„ jeżeli Ja jestem w tobie prawdą, to czemu się dąsasz?”

Największą barierą by usłyszeć i PRZYJĄĆ głos Jezusa w swoim życiu
jest nasze „ja.”
Najtrudniej jest poddać się Jezusowi, wtedy kiedy
np. ktoś zalezie nam za skórę i nasze „ja” domaga się sądu!
Niestety – często wymierzamy ten sąd w naszych myślach
i chorujemy na wewnętrzny trąd,
który zanieczyszcza nasze stosunki z braćmi, bliźnimi.
W takich chwilach Jezusa często woła do nas,
jak do Marii, ale my nie słyszymy,
albo nie chcemy słyszeć.
Zagłuszamy Go głosem naszego „ja.”

I możemy twierdzić, że Jezus jest Panem naszego życia,
jednak prawdą jest, że często panem naszego życia jest nasze „ego.”
Ono często związuje ręce Jezusowi i odmawia Mu oddania naszej woli.

Tak samo, jak do Marii Jezus mówi do mnie: „Radosław!” Tak samo mówi i do was. Nieraz ciężko jest słuchać Jego głosu, bo wymaga uniżenia się,
zrezygnowania ze swoich racji, ze swoich pomysłów,
ze swoich wyuczonych zachowań, uzależnień.

Ale to jest istotą bycia chrześcijaninem nie tylko z nazwy.

Panie Jezu,
daj nam słuch, byśmy słyszeli
i przyjmowali Twój głos.
By docierał nie tylko do uszu,
nie tylko do rozumu,
ale nade wszystko do serca!
Chcemy słyszeć.
Chcę słyszeć!

16 komentarzy:

  1. kilka dni temu napisałam piosenkę:

    do życia znów budzisz mnie
    za oknem tysiąc kropli łez
    lawina bólu krwawiący pot
    Twój krzyż i ja cierpienie

    Wyzwoliłeś mnie Twa śmierć mą śmiercią jest
    znów umieram dziś chcę nowe życie wieść
    znów umieram dziś Twa moc zwycięża mnie
    znów umieram dziś by żyć by kochać

    gdy ziarno obumrze wyda plon
    inaczej pojedynczym zostanie ziarnem
    umieram znów by żyć
    na krzyżu konam by zmartwychwstać

    Wyzwoliłeś mnie Twa śmierć mą śmiercią jest
    znów umieram dziś chcę nowe życie wieść
    znów umieram dziś Twój Duch ożywia
    znów umieram dziś by żyć, by kochać

    zabijaj mnie Panie, bym mogła z Tobą zmartwychwstać

    pozdrowienia ze Szczecina, rumianek

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz rację, że On często wymaga rezygnacji. Jednak zwykle jest to prośba o rezygnację z naszego lenistwa, przyzwyczajenia czy wręcz uzależnienia. Coś, co zwykle wychodzi nam na dobre.

    I nie jest tak, że podążanie za Nim to wyłącznie rezygnacja. On ma dla nas plan i to wcale nie tylko tam, po śmierci. Życie wieczne zaczyna się tu, na ziemi. A ten plan to też nie droga wyłącznie umartwiania się i postów. Jego plan jest zgodny z najgłębszymi naszymi potrzebami i pragnieniami - z istotą każdego z nas.

    Martwi mnie zawsze takie pokazywanie chrześcijaństwa jako pokornej rezygnacji z siebie. Ja wierzę, że Bóg powołał nas do szczęścia. Do kochania i bycia kochanym, dawania i bycia obdarowywanym, do radości i spełnienia. Trzeba Mu tylko zaufać i dać się prowadzić...

    OdpowiedzUsuń
  3. Kamila, no to zaśpiewasz ją w maju:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Liam, wydaje mi się, że nie głoszę
    ascetycznego chrześcijaństwa
    rezygnacji ze wszystkiego.

    Raczej staram się pisać od rezygnacji
    z naszego buntowniczego „ja”, które często
    stanowi barierę chodzenia z Panem.

    Rezygnując z niektórych rzeczy
    Bóg nigdy nie pozostawia po nich pustki,
    ale otwiera nas na drogę swoich błogosławieństw,
    które dla nas przygotował,
    w których bliskość z Nim jest największa.

    Wreszcie umiejętność rezygnacji z tego
    co „ja” chcę
    stanowi odpowiedź, czy jestem wolny,
    bo w rzeczywistości człowiek,
    który robi co chce,
    w istocie jest niewolnikiem swych pożądliwości.
    Człowiek, który umie nie robić tego,
    co chciałby,
    jest prawdziwie wolny.

    To jest ta wolność, o której ap.Paweł pisał:
    „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus (Gal.5:1).”

    I ona wcale nie zabiera nam radości i szczęścia,
    wręcz przeciwnie, daje je w pełni!

    Dzięki za uwagi.

    Radosław

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem jeszcze jakie chrześcijaństwo głosisz, to wcale nie był zarzut. Przepraszam, jeśli tak to zabrzmiało. Po prostu czytam co piszesz i dzielę się własnymi myślami, to wszystko.

    Mój blog nazywa się "W drodze" bo tam właśnie jestem - szukam, odkrywam, poznaję ludzi, dowiaduję się co myślą i uczę się od nich.

    I wiesz co? Możliwe, że wcale nie ma tu między nami sprzeczności. Kwestia pewnie w definicjach, bo może chodzi nam o to samo, tylko inaczej to wyrażamy?

    A może nie, bo ja się jednak często przeciw Niemu buntuję. Tyle że nie odchodzę, a jakoś tam po swojemu walczę z Nim. I nie mam poczucia że On tego nie chce. Może po prostu jesteśmy inni? To jest dla mnie fascynujące: odkrywanie dróg innych ludzi do Boga.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Liam, nie potraktowałem
    Twojej wypowiedzi, jako zarzutu:),
    tylko się do niej odniosłem.

    Ja też lubię spoglądać,
    na ludzi idących za Bogiem,
    tych co robią to szczerze
    i z miłości,
    i lubię naszą różnorodność,
    nawet tą "międzywyznaniową",
    o ile nie prowadzi do walki
    mieczem doktryny, teologii,
    i "tylko ja mam rację,"
    a do wspólnego szukania
    „jak się rzeczy mają.”

    Lubię konstruktywne rozmowy,
    więc potraktuj moją wypowiedź,
    jak część między nami rozmowy.

    Serdeczny uścisk dłoni:)

    OdpowiedzUsuń
  7. "Pnie, prosiłam Cię o moc,
    do osiągnięcia powodzenia,
    a uczyniłeś mnie słabą,
    abym nauczyła się
    pokornego posłuszeństwa.
    Prosiłam o zdrowie
    dla dokonania wielkich czynów,
    a dałeś mi kalectwo,
    żebym czyniła lepsze rzeczy.
    Prosiłam o bogactwo,
    abym była szczęśliwa,
    a dałeś mi ubóstwo,
    żebym była rozumna.
    Prosiłam o władzę,
    żeby mnie ludzie cenili,
    a dałeś mi niemoc,
    abym odczuwała
    potrzebę Ciebie,
    Kochającego Ojca,
    a zarazem brata.
    Prosiłam o radość,
    a otrzymałam... Życie,
    by móc się cieszyć każdym drobiazgiem,
    ot, po prostu wszystkim.
    Prosiłam o towarzysza, aby nie żyć samotnie,
    a dałeś mi serce, aby mogło pokochać
    wszystkich napotkanych ludzi.
    Niczego nie otrzymałam, o co prosiłam,
    ale dostałam wszystko to, czego się spodziewałam."

    Nie zawsze to co wydaje się nam dla nas najlepsze, takowe jest...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię te słowa
    Anonima z tablicy
    w Instytucie Rehabilitacji
    w Nowym Jorku
    (choć te chyba trochę zmienione)

    I z puentą się zgadzam:)

    Przypomina mi ona rozmowę
    na krakowskich plantach z Kingą.
    Już kiedyś ją wspominałem.

    http://haszamajim.blogspot.com/2009/07/boze-podpowiedzi.html

    pozdrowionka Eluta

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak są zmienione.
    Tak naprawdę sama zorientowałam się dopiero jak odnalazłam dokładnie te same, które kilka dni temu poruszyły mnie na Konwencji w Gdańsku. Zapamiętałam tylko kilka słów, wpisałam w wyszukiwarkę i odnalazłam którąś z wersji.
    Najważniejsze, że sens jest ten sam :)
    Autora również nie znałam... teraz już wiem.
    pozdrawiam raz jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
  10. A jak napiszesz jeszcze
    coś o sobie sobie
    to będę rad:)

    Może być na mailu:)

    Witam ciepło wśród rozmówców:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Alleluja!
    Zmartwychwstanie to, jak napisał pewien chrześcijański pisarz - najlepszy i najbardziej prawdziwy dowód historyczny na świecie :)
    Budda, Mahomet, Arystoteles - zostali w ziemi.
    A Chrystus żyje!
    Przeciwnicy chrześcijaństwa co ciekawe nie zastanawiają się nad jednym faktem - skoro jest nieprawdą, to dlaczego już w latach 30 I wieku naszej ery żydowscy przywódcy lub rzymscy nie pokazali wprost ciała Jezusa? Przecież w ten sposób łatwo by zniszczyli tę małą, żydowską "sektę".
    A jednak tak się nie stało! I chwała Panu, bo to oznacza, że nasza wiara nie jest ślepa.
    Pozdrawiam Radku :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Żydowscy przywódcy byli przebiegli.
    Zabezpieczyli się bowiem na taką ewentualność,
    o której mało kto by pomyślał
    - że ciało Jezusa może zostać skradzione,
    bo trzech dniach.
    Pamiętali na słowa Jezusa -
    "a trzeciego dnia zmartwychwstanę."
    Co ciekawe,
    uczniowie nie pamiętali.

    Przywidzieli oni,
    że nawet żołnierze,
    których najęli by pilnowali groby,
    mogą zostać przekupienie przez uczniów
    i ciało Jezusa zostanie wykradzione.
    Skoro dwaj ich koledzy,
    Nikodem i Józef z Arymatei
    mieli odwagę, by pochować ukrzyżowanego,
    to pewnie stać by ich było na przekupienie
    żołnierzy, by obwołać fałszywą wieść,
    że Jezus z grobu powstał.
    Dokładnie tak, jak Sanhedryn
    przekupił Judasza.

    Dlatego członkowie Sanhedrynu
    zabezpieczyli grób kładąc na okrągłym głazie
    swoje pieczęcie przytwierdzając w ten sposób
    ruchomy kamień do skały.

    W taki sposób nikt nie mógł dostać się do wnętrza nie zrywając ich pieczęci,
    których pilnowali jeszcze żołnierze.

    Plan był w ich mniemaniu doskonały.

    A jednak.

    Czemu nie szukano ciała?

    Żołnierzy przekupiono,
    a sami faryzeusze
    - możliwe, że -
    uwierzyli
    wiarą, którą nie uczyniła z nich
    przyjaciół Jezusa
    a zrodziła jeszcze
    większa nienawiść.

    Powód:
    twardy kark,
    oporne serca i uszy.

    Ich tragedią nie było to,
    że ukrzyżowali Jezusa,
    ale że nie uwierzyli w Jezusa,
    jako Syna Bożego po Jego zmartwychwstaniu,
    gdy zadrżała ziemia i co niektórzy święci
    zostali wzbudzeni i pokazali się w mieście,
    gdy Jego uczniowie zaczęli czynić cuda,
    gdy wreszcie oni sami widzieli w Jego uczniach samego Jezusa,
    w Szczepanie - anioła,
    i inne wielkie znaki.

    Jezusa zmartwychwstał!
    Chwała Ojcu!

    OdpowiedzUsuń
  13. hello... hapi blogging... have a nice day! just visiting here....

    OdpowiedzUsuń