poniedziałek, 20 grudnia 2010

co głupie i małe...


A ty, Betlejem Efrata,
najmniejsze jesteś
wśród plemion judzkich!
Z ciebie mi wyjdzie Ten,
który będzie władał
w Izraelu,
a pochodzenie Jego
od początku,
od dni wieczności.
(Mi. 5:1)


Prorok Micheasz nazywa Betlejem najmniejszą miejscowością
na terenie pokolenia Judy.
Przypuszcza się, że miasteczko to nie miało więcej
niż 100 mieszkańców.
Zamieszkiwali je pasterze owiec i ubodzy wieśniacy.

Gdy Józef z Marią w dziewiątym miesiącu ciąży
(po przebyciu przez Marię 150 km po raz drugi w czasie ciąży!!!)
przybyli do Betlejem, mała osada, aż kipiała od tłumu,
który rozlokował się gdzie mógł, gdyż był to czas spisu ludności.

Narodziny Jezusa Chrystusa wyglądały inaczej
niż przedstawiają to na świątecznych kartkach.
Również współcześnie śpiewane kolędy typu „Cicha noc”
zdają się być ugrzecznioną wersją betlejemskich wydarzeń.
Opis Ewangelii jest surowy;
raczej nie mówi o matce świętej uśmiechniętej,
co zatrwożonej i umęczonej.
Przy narodzinach Jezusa również nie było sielankowo
jak malują to teksty sentymentalnych kolęd.

Ewangelista Łukasz notuje,
że nie było miejsca dla nich w gospodzie.
Nieraz nazwa ta wprowadza w błąd czytelnika,
który wyobraża sobie ową gospodę, jako mały hotelik
położony w prowincjonalnym miasteczku.
Natomiast ówczesna gospoda
to był niewielki plac pod gołym niebem,
otoczony dość wysokim murem.
W środku wśród jednego lub kilku boków muru ciągnął się ganek,
miejscami zamurowany, tworzący mniejsze
lub większe pomieszczenia dla podróżnych.
I to cała gospoda.
Ale nawet w takim miejscu nie znalazło się miejsca
dla Marii i Józefa.

Miejscem narodzin Jezusa stał się żłób,
czyli szopa, która była grotą lub małym schronem
wydrążonym w ścianach pagórka
w okolicach małej betlejemskiej osady,
zapewne częściowo zajęta przez zwierzęta,
ciemna i brudna od nawozu,
cuchnąca zwierzęcym łajnem.

W takim miejscu i w takich warunkach na świat przyszedł Król,
Syn Boży, Jezus Chrystus.
Największy Król, jaki narodził się na ziemi
nie urodził się na sali tronowej, a w stajence,
za tron miał żłób, za baldachim miał zwisającą ze stropu pajęczynę,
za kadzielnice – zapach gnoju,
a za cały orszak powitalny – dwoje ludzi bez domu.

Natomiast pierwszymi, którzy powitali Króla
nie byli magowie ze wschodu,
a pogardzeni przez ówczesną elitę religijną pasterze,
którzy nie dopuszczani do wpływowej społeczności faryzeuszy
weszli w najbliższą społeczność z nowonarodzonym Królem
z nie tego świata.

Kiedy królowa Elżbieta II złożyła wizytę w Stanach Zjednoczonych
spotykając się z panującym wówczas prezydentem Bushem
dziennikarze rozpisywali się o środkach,
jakie zostały w to zaangażowane.
„W jej bagażu ważącym tysiąc osiemset kilogramów znalazły się
dwa stroje na każdą okazję,
strój żałobny na wypadek, gdyby ktoś umarł,
dwadzieścia litrów osocza oraz nakrycie na deskę sedesową
z białej skóry koźlęcej. Przywiozła ze sobą własnego fryzjera,
dwie pokojówki i cały zastęp innych sług.
Krótka zagraniczna wizyta członka rodziny królewskiej
może z powodzeniem kosztować 20 mln dolarów”
– (notuje F.Yancey).

Jaki wielki kontrast do powyższych faktów stanowi wizyta
Bożego Syna na ziemi, po nieskończoność większego władcy
niż królowa Elżbieta II, która odbyła się w grocie skalnej,
beż żadnych nowoczesnych pieluch i łóżeczka,
gdzie zamiast sług były zwierzęta.
Małego Jezusa nie przywitała śmietanka ówczesnego świata,
nie przybyli na powitanie ani królowie,
ani duchowieństwo faryzejskie, tylko zwykli pasterze owiec.

To co małe i słabe wybiera Bóg,
aby w tym objawić swoją chwałę.
Najmniejsze z miast judzkich
stało się miejscem narodzin Syna Bożego.
W Betlejem zaś nawet nie uboga gospoda,
a grota skalna stała się świadkiem przyjścia Światłości na ten świat.
Wreszcie, nie wielcy tamtego świata przyszli powitać Króla,
a najmniej godni, pastuszkowie.

Ten, który błogosławi płaczących, cierpiących prześladowania,
niezrozumiałych, pokornych
i cichych wybrał taki właśnie porządek.

Dzisiaj, choć z zachwytem spoglądamy na te obietnice,
nie zbyt chętnie wybieramy drogę, która nie przyniesie
zbyt wielu radości i przywilejów.
A życie Jezusa takie właśnie było,
od narodzin po śmierć krzyżową.

Boże metoda działania pozostaje niezmienna.
To co małe wybiera Bóg.
To co głupie dla świata, mądrością jest dla Boga.

A dzisiaj, co wybierają Jego naśladowcy?

Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata,
aby zawstydzić mędrców, wybrał, co niemocne,
aby mocnych poniżyć; i to co nieszlachetnie urodzone według świata
oraz wzgardzone, i to, co w ogóle nie jest,
wyróżnił Bóg, by to co jest unicestwić,
tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga.
Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie,
który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością,
i uświęceniem, i odkupieniem.
(1 Kor. 1:27-30).

8 komentarzy:

  1. Bóg tak to sobie zaplanował. Gdyby zaplanował inaczej, być może Jezus urodziłby się w jakimś pałacu? Zważywszy na to, jak zycie Jezusa było zagrożone, miejsce urodzenia wydaje się najmniej zauważalnym i najbardziej bezpiecznym. W podobnych warunkach rodzi się wiele dzieci dzisiaj na świecie. Bóg wybrał taką drogę by dotrzeć do człowieka, przyjął na siebie człowieczy los. To prawda, że było mu trudno i znosił wiele prześladowań, lecz była to równiez Jego decyzja i wola i nie wolno o tym zapominać. Myślę, że wielu ludzi ma świadomość w jakich warunkach Jezus przyszedł na świat, lecz czy te warunki są naprawdę takie ważne? Skupianie się na zapachu gnoju, czy beczeniu owiec nie jest chyba naistotniejsze w tym wszystkim. Każdy kraj ma swoją kulturę. Za czasów narodzin Jezusa ludzie właśnie tak żyli. I podejrzewam, że dzieci pasterzy też nie rodziły się w luksusach. Ludzie często zatrzymują się na tym jednym aspekcie narodzin Jezusa, że biedny, że stajnia, że zimno itd... Lecz, czy Maria wybierajac się z Józefem w tak dłuigą podróż i spodziewając się dziecka nie zaopatrzyła się w potrzebne rzeczy typu: koce, okrycia, jedzenie? I podejrzewam, że jak każda kobieta cieszyła się z narodzin syna, więc w pewnym sensie jej "kolędowy" uśmiech jest usprawiedliwony :) A to, że Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata, także jest Jego wyborem i wolą.
    Co zaś do naśladownictwa, to wątpię, że Bóg życzy swoim dzieciom podobnego losu jaki znosił Jezus. Bogaty może być bardziej Jego naśladowcą od biednego, a czasem biedny bardziej się dzieli od bogatego. Nie ma na to reguły. W końcu, Bóg najlepiej wie, co tam w tych naszych sercach siedzi, a pozory często mogą mylić. :)
    Narodziny Jezusa tak zostały zaplanowane. Brak miejsca w gospodzie nie był złośliwością, lecz wymogiem sytuacyjnym, co jest logiczne. Dzisiaj wielu ludzi podróżuje i też często doświadcza braku miejsca w hotelu, co nie oznacza, że ktoś odmawia im tego miejsca złośliwie. Może należy się cieszyć, że Maria nie rodziła gdzieś pod krzakiem w szczerym polu, ale jednak dach nad głową miała, a żłób okazał się kosłyską wyścieloną sianem czy słomą.

    Tak więc, uważam, że gloryfikowanie ubóstwa Jezusa jest takim samym przegięciem, jak "koloryzownie" kartek światecznych. W końcu, są to rzeczy tak naprawdę drugorzędne, bo ważniejsze jest to, czy pozowoliliśmy Jezusowi z tej szopki wyrosnąć, a wrosnąć jako Zbawicielowi w nasze serca.

    Dobrego na święta i nie tylko :)

    Szymon

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Radku za ten wpis. Tak sobie ostatnio rozmyślałam o byciu najmniejszym i najsłabszym... Po prostu dziękuję i tyle :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie jest ważne opakowanie, forma zewnętrzna, styl i wspaniałość fizyczna. Liczy się to, co w środku. A tak to już chyba jest, że łatwiej trafić o dotrzeć nie do tych wspaniałych, zapatrzonych w siebie - a prostych, małych pogardzanych i nawet głupich.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szymon, myślę, że tu nie do końca chodzi o "wymóg sytuacyjny" w przypadku narodzin Pana Jezusa w żłobie... To było zaplanowane przez Boga, że tak się stanie. Gdyby Bóg Ojciec chciał, dla Jego Syna znalazłoby się miejsce w gospodzie, albo w ogóle urodziłby się w jakimś pałacu. Narodziny Chrystusa - Bożego Syna (jako człowieka) w żłobie, a potem życie Jezusa jako ubogiego cieśli, mają nam coś pokazać... Boży charakter. Emmanuel - Bóg z nami, Bóg pośród nas - pośród ludzi i nie jako panujący nad nimi, ale jako usługujący. Tak bardzo Syn Boży się uniżył, bo tak bardzo nas umiłował. Mi osobiście daje to do myślenia... W ogóle, całe życie Pana Jezusa tu na ziemi było służbą ludziom. Nie miał swoich służących jak zwykle mają królowie, ale to On usługiwał ludziom, pouczając nas byśmy czynili podobnie. Dał przykład swoim własnym życiem...

    Jak dobrze zrozumiałam Radka, on nie gloryfikuje ubóstwa Jezusa, ale próbuje wykazać kontrast między tym jakie warunki mają ziemscy królowie i co dla nich jest ważne, a tym, w jakich warunkach przyszedł na świat sam Król królów i Pan panów.
    Pozdrawiam,
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  5. Szymon, świetne jest to Twoje ostatnie zdanie: "W końcu, są to rzeczy tak naprawdę drugorzędne, bo ważniejsze jest to, czy pozowoliliśmy Jezusowi z tej szopki wyrosnąć, a wrosnąć jako Zbawicielowi w nasze serca." :-)
    Tak, to najważniejsze, czy dotarło do nas przesłanie Ewangelii i czy powierzyliśmy swe życie Jezusowi jako osobistemu Zbawicielowi.
    Sposób narodzin Jezusa wg mnie ma znaczenie (coś uświadamia), ale ważniejsze jest to aby wiedzieć po co On się urodził... A przyszedł na ziemię i urodził się jako człowiek przecież po to, aby umrzeć za nasze grzechy i pojednać nas z Ojcem.
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  6. Moniko, właśnie o tym powyżej napisałem, że taka była wola Boża, żeby Jezus urodził się tak jak się urodził. Co zaś do miejsca w gospodzie, to właśnie tak myślę, że po prostu "nie było miejsca" niż, że: "nie było miejsca dla Jezusa specjalnie". Zbyt często interpretujemy zapisy biblijne na zasadzie:"wiem, co Bóg chciał przez to czy tamto powiedzieć". Jesteśmy nieraz mądrzejsi od Boga, jakbyśmy siedzieli w Jego głowie :) Nie należy zapominać, że wiele zapisów w Biblii, są to zapisy kronikarskie i wyciąganie ze wszystkiego wniosków jest niepoważne. Denerwują mnie analizy na zasadzie: "Nawet w gospodzie nie było dla niego miejsca". A sama gospoda to, z tego co pisze tu Autor, też nie należała do pałacowych luksusów i podejrzewam, że lawendą też tam nie pachniało. Była po prostu już zapełniona. I podejrzewam, że nie tylko Józef i Maria, ale wielu innych "gości" odeszło "z kwitkiem" spod wrót tej gospody. To tyle na ten temat.

    Co zaś do królowej Elżbiety :) Porównanie bezsensowne po prostu. Przeciez to nie jej wina, że Jezus urodził się w stajence :) Tak jakby wierzący nigdy nie byli bogaci i poruszali się wyłącznie na własnych nogach. Spójrzmy na wielu kaznodziei? Wszak to naśladowcy Jezusa - czyż nie? :)A jednak opływają w luksusy, "rozbijają się" niezłymi brykami - więc po co się czepiać królowych? Taka jest rola królowej. Za czasów Jezusa było inaczej? Po co porównania, skoro Bóg zaplanował "biedne" przyjście króla? Eh... Czepialstwo zwykłe i już. No, ale jak to w okresie świątecznym, wypada "przemielić" raz jeszcze temat w ten sam sposób, uwypuklić te same rekwizyty... Szkoda... Bo w tej historii, w cieniu onej szopy - są sprawy również godne zauważenia, nie tylko w święta.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czepialstwo powiadasz... A Ty się Radka czepiasz, że się czepia ;-))
    Królowa Elżbieta, to był tylko taki przykład. Równie dobrze można wymienić inną królową/króla. Tu chodzi o porównanie, tylko...
    Twoim zdaniem bezsensowne. Ok, skoro tak uważasz ;-)
    A poza tym, że się trochę czepiasz, to masz wiele racji :-) I Radek również. Dziękuję Wam obu za ciekawe przemyślenia.
    Życzę wiele dobrego od naszego Zbawiciela na te najbliższe dni świąt i nie tylko! :)
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  8. Szymonie, Szymonie, tu nie o czepialstwo chodzi.
    Nie mam zasady chwytać się za słowa,
    tym bardziej, jeżeli ktoś opacznie chce
    je rozumieć.
    (W pierwszym akapicie udowadniasz
    coś oczywistego,
    o czym nie piszę w zamieszczonym tekście).

    Dodam jeszcze nie odnosząc się
    do Twoich komentarzy.

    Dwa tysiące lat temu Jezusa elita religijna
    nie rozpoznała, ani władcy tamtego świata.
    Dlaczego?
    Bo nie sprostał wyobrażeniom Króla - Mesjasza.
    Zastanawiam się czy dzisiaj jest rozpoznany?
    Czy ze względu na ludzką wygodę,
    faktycznie jest zauważany?

    Narodziny Jezusa, Bożego Syna ukazują coś
    z charakteru naszego Ojca.
    Jego działalność również.
    Gdy dorósł skierował się do ludzi wzgardzonych w swoim środowisku.
    Ubodzy, chorzy, ułomni, poborcy podatków
    i prostytutki stanowili najbliższych
    Mu uczniów. Ci wszyscy, politowania godni
    dla możnych tamtego świata
    (współczesnego również),
    stali się dla Niego ważni.

    Natomiast ówcześni przywódcy religijni,
    znani i podziwiani,
    zdyscyplinowani w przestrzeganiu nawet najmniejszej litery Prawa
    mieli na pieńku z Mistrzem.
    Co rusz Jezus wykazywał im,
    że mijają się z Bogiem.

    Nie wygłaszam jedynie słusznych wniosków,
    ale zastanawiam się,
    co dzisiaj nas chrześcijan,
    a w nich mnie kręci?
    na czym skupiam swoją duchowość?
    na ile szukam duchowych fajerwerków,
    a na ile stałych uczyć względem Ojca i Syna?,
    wreszcie jak dzisiaj
    Jezus zwróciłby się do mnie?

    Nie ma tematów mniej i bardziej ważnych
    w Biblii, Ewangelii.
    Jeżeli coś jest zapisane,
    to jak mniemam, ku mojemu pouczeniu,
    bym lepiej poznał Tego,
    który w swej łaskawości mnie usynowił.

    Tego życzę wszystkim.

    OdpowiedzUsuń