środa, 29 września 2010

chrzest Pauliny

W sobotę przeglądałem zapiski na blogu, które pisałem o Paulinie.
W jednej, krótkiej chwili przeleciałem przez okres 9 miesięcy,
odkąd Paulina znalazła się w stanie krytycznym
w szpitalu po wypadku samochodowym.
Wspomniałem uczucia towarzyszące mi w tym czasie.
Wspomniałem modlitwy, te „tam gdzie dwóch lub trzech”
i te sam przed Bogiem.
Wspomniałem radość moich przyjaciół,
gdy przynosiłem wiadomości o poprawie zdrowia Pauliny.
Chociaż jej nie znali,
modlili się gorliwie i cieszyli się jak dzieci,
kiedy Bóg poświadczał swoją moc w jej chorym ciele.
Wspomniałem jak Paulina powoli budziła się ze śpiączki;
jak otworzyła po raz pierwszy oczy,
gdy modliłem się nad nią.
Potem jak zaczęła skupiać swój wzrok na odwiedzających,
i zaczynała ruszać paluszkami,
najpierw u rąk, potem u stóp,
wreszcie jak zaczęła stopniowo próbować mówić,
z czasem coraz wyraźniej.
Wspomniałem jak po raz pierwszy usiadła na łóżku,
jak wstała; jak zaczęła próbować chodzić
- ciężko było na początku.
Wraz z rehabilitacją co raz lepiej.
Dziś przy chodziku potrafi już
prawie samodzielnie się przemieszczać.
Wspomniałem, jak po wybudzeniu pamiętała jedynie swoja mamę.
Bóg uczył, jak wilka jest miłość
dziecka do matki i matki do dziecka.
A ona jest i tak marnym obrazem (!!!)tego,
jak bardzo On nas kocha.

Wreszcie wspomniałem rozmowę z Hanią, mamą Pauliny,
kiedy pocieszałem ją mówiąc z wiarą,
że Bóg któremu uwierzyliśmy,
jest Bogiem dla którego nie istnieje słowo nie możliwe;
że On nie patrzy na diagnozy lekarzy, bo sam jest Lekarzem
i kiedy chce, zadziwia świat medycyny.
Powiedziałem wówczas, że zasiądziemy
kiedyś z Pauliną w Hebdowie
wszyscy razem przy stole, by śpiewać i radować się w Panu,
z tego, że Paulina jest z nami.

Modliłem się o to co dzień.

W niedzielę Bóg błogosławieństwa i obietnicy
uczynił o wiele więcej.
Spotkaliśmy się razem,
śpiewaliśmy pieśni, modliliśmy się
dziękując Bogu nie tylko za to, że Paulina jest z nami,
że uzdrowił ją fizycznie,
ale również, że nasz Ojciec dotknął jej serca,
wypełnił ją pragnieniem przyjęcia chrztu,
pragnieniem wstąpienia do Bożej rodziny.

Wiele Ty uczyniłeś swych cudów, Panie, Boże mój,
a w zamysłach Twych wobec nas nikt Ci nie dorówna.
I gdybym chciał je wyrazić i opowiedzieć,
będzie ich więcej, niżby można zliczyć. (Ps.40:6)



Całe niebo się radowało.
Myśmy się radowali.
W 4 dniu świata Sukkot – święta radości,
w pierwszym dniu po osiemnastych urodzinach Pauliny,
w dniu pamiątki zmartwychwstania Pańskiego,
po 9 miesiącach od wypadku
- Paulina narodziła się na nowo, z wody i z Ducha.

Wznosząc ręce do góry wielbiąc Boga
wypełniała mnie radością, gdy patrzyłem jej w oczy.

Bóg, o którym czytamy w Biblii, Bóg, który czynił cuda,
Bóg który może wszystko
jest Bogiem, który się nie zmienia;
jak 2 tysiące lat temu czynił cuda,
tak czyni je dzisiaj.

Być może gdyby ktoś spisywał dzieje współczesnych chrześcijan
wspomniałby Boży cud wskrzeszenia do życia Pauliny,
zaznaczając, że „kościół się modlił.”

Jakby w przyszłości czytano te słowa?
Czy, jako wydarzenie z dawnych czasów,
kiedy Bóg objawiał swoją moc w marnych ciałach ludzkich
z komentarzem, że dzisiaj te czasy już przeminęły,
czy może jednak, jako historię która pobudza,
by wyjść Bogu naprzeciw,
i tak jak On objął nas ramionami swej łaski,
tak objąć Go swymi i zaufać
wierząc w pełni.
pokonując kajdany racjonalizmu i logiki.

Dobrze jest dziękować Panu
i śpiewać imieniu Twemu, o Najwyższy;
głosić z rana Twą łaskawość,
a wierność Twoją podczas nocy,
na harfie dziesięciostrunnej i lirze,
i pieśnią przy dźwiękach cytry.
Bo rozradowałeś mnie, Panie, Twoimi czynami,
cieszę się dziełami rąk Twoich.
Jakże wielkie są dzieła Twoje, Panie,
jak niezgłębione Twe zamysły!
(Ps.92:2-6)


wtorek, 28 września 2010

kropla


To, co możesz
uczynić
jest tylko kroplą
w ogrodzie oceanu,
ale właśnie tym,
co nadaje znaczenie
twojemu życiu.

A.Schweitzer

piątek, 24 września 2010

wolność

Duch Pański spoczywa na Mnie,
ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie,
abym ubogim niósł dobrą nowinę,
więźniom głosił wolność,
a niewidomym przejrzenie
(Łuk. 4:18).


Umiejętność rezygnacji z tego,
co „ja” chcę, stanowi odpowiedź na pytanie:
czy jestem wolny?,
bo w rzeczywistości człowiek,
który robi co chce, jest niewolnikiem swych pożądliwości.
Człowiek, który umie nie robić tego,
co chciałby, jest prawdziwie wolny.

Przypomina mi się warszawska scenka,
kiedy jakiś mężczyzna wyszedł z bloku
z niemałym psem na spacer (wydawało się!).
Po chwili okazało się,
że to pies wyszedł na spacer ze swym panem.
Tak nieraz jest z naszymi popędami, wszelkiej maści.
Nieraz to one prowadzą nas na smyczy, zamiast my je.
Niby człowiek robi, co chce, niby nazywa się wolnym,
ale tak naprawdę zamknięty jest w klatce swych namiętności.
Dopiero gdy my prowadzimy je na smyczy,
stają się źródłem wewnętrznej siły w nas
i dopiero wówczas zaczynamy mówić o wolności,
do której to wyswobodził nas Chrystus (Gal. 5:1).
I wcale nie zabiera ona radości i szczęścia,
a wręcz przeciwne, daje je w pełni!

Kiedy Izrael dopiero co smakował wolności,
uwolniony cudownie od ciemięzców egipskich,
Bóg obdarował swój lud dwiema tablicami z dziesięcioma słowami.
Rozpoczynają się one i kończą ideą wolności.
Pierwsze słowa Dekalogu:
Ja jestem Pan, Bóg twój,
który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli (Wj. 20:2)

– przypominają, że zewnętrzną wolnością obdarował nas Bóg.
Ostatnie słowa Dekalogu:
Nie będziesz pożądał (Wj. 20:17)
– ukazują, że o wewnętrzną wolność walczyć musimy sami.

Zewnętrznie jestem wolny.
Nikt mnie do niczego nie zmusza.
Decyzję podejmuję sam.
Od wewnątrz stara się
zniewolić mnie świat,
coraz bardziej perfidnie
odbierając kontrolę nad czasem.
Wrzucony w pędzący pociąg,
który bynajmniej
nie ma zamiaru zwolnić,
staram się wysiąść
z przygotowanego
dla mnie exclusive przedziału.

środa, 22 września 2010

Sukkot


Dzisiaj wraz z zachodem słońca
rozpoczęło się
święto Sukkot
(Namiotów, Kuczek);
święto radości,
wskazujące na Boże błogosławieństwo
naszej codzienności
(wszystko co mamy jest Bożym darem)
oraz
zapowiadające czas,
kiedy Ci, którzy umiłowali Pana
żyć będą pod namiotem wiecznej Bożej obecności,
gdzie miastu
nie będzie „trzeba słońca ni księżyca,
by mu świeciły,
bo chwała Boga je oświetli,
a jego lampą – Baranek” (Obj.21:23).

Radości w Panu wszystkim:)


(O Sukkot można przeczytać m.in. w:
Wj.23:16; 24:12 - tu nazwane świętem Zbiorów;
Kpł.23:33-44; Pwt.16:13-15).

wtorek, 21 września 2010

prowadzenie Duchem

Pan Bóg cały czas poświadcza we mnie przekonanie,
że jak przemawiał Duchem Świętym w pierwszym kościele,
tak przemawia i dzisiaj.
To błogosławieństwo się nie zmieniło.
Jedynie co, to może myśmy się zmienili,
nieraz zagłuszając ten głos w sobie.
Świadectwa Dziejów Apostolskich:
"rzekł Duch Święty"
"postanowiliśmy, Duch Święty i my"
"zapewnia mnie Duch Święty"
"Duch Święty powiedział"
"prowadzi Duch Święty"
nadal są żywe.

Dwa tygodnie temu byłem w Wiśle.
Do 20.00 miałem być na chrześcijańskiej konferencji.
Po jej zakończeniu miałem plan noclegu w Wiśle.
Miałem plan na ten weekend. Swój plan.

O godzinie 17, z przekonaniem piszę, Duch Święty rzekł
(kiedy mówię „rzekł” mam na myśli nie słyszalny fizycznie,
ale wewnętrznie odczuwalny głos spoza mnie;
nie potrafię wyjaśnić, jak Bóg to robi, że potrafi tak przemawiać,
ale kiedy to robi wiadomo, że to On),
że mam pojechać do Bielska.
Nie wiedziałem jeszcze po co;
nie wiedziałem, że wracam właśnie dlatego,
by spotkać się wieczorem w szpitalu z chorą
od 10 lat na anoreksję Lidzią.
Nie znałem jej wcześniej. Słyszałem tylko o jej walce o życie.
Zanim trafiła kolejny raz do szpitala ważyła 30 kg,
nie mając sił podnieść się samodzielnie z łóżka.
Była w stanie agonalnym.
W ostatniej chwili trafiła do szpitala,
w którym, jako pielęgniarka pracuje moja przyjaciółka.
Odwiedziłem Lidzię razem z nią.
Rozmawialiśmy…
Przeczytaliśmy słowo Boże dla niej…
Na koniec wspólnie modliliśmy się…
Łzy spłynęły jej z oczu.
Przeszło przez nas ciepło Bożej obecności.

…a miałem zostać w Wiśle.
Nie wiedziałem, dlaczego mam jechać w sobotę do Bielska.
Przekonałem się dopiero, gdy postanowiłem zmienić swój plan;
zareagować na to, co mówi Pan.

Uczę się wsłuchiwać w Boży głos,
którego niejednokrotnie nie rozumiem
(niestety i nie zawsze realizuję),
ale któremu poddając się,
pozwalam, by Bóg dokonywał
pociechy i błogosławieństwa ludzi;
by czynił to, co chce czynić przeze mnie.

---

W ubiegły weekend spotkałem się natomiast
z moją przyjaciółką ze studiów i jej 4-miesięczną Elusią.

Po naszym spotkaniu wpatrując się w niebo,
czułem się szczęśliwy z tego,
że Aga jest szczęśliwa.

Jedna z tych dobrych rzeczy,
które mogą się nam przytrafić w życiu
to spotykać pięknych, szczęśliwych, ufnych Panu ludzi.

To zawsze zaraża :)

poniedziałek, 20 września 2010

miernik posłuszeństwa


Świadomość,
że nie jesteśmy
w stanie osiągnąć
idealnej doskonałości,
stanowi miernik
naszego posłuszeństwa
nakazom Chrystusa.
Nie sposób zobaczyć,
jak bardzo zbliżyliśmy się
do tego ideału.
Widzimy tylko nasze braki.

L.Tołstoj

sobota, 18 września 2010

o naszym życiu


Kostki brukowe
leżą równo ułożone na paletach.
Czyste, zabezpieczone folią
przed niedoskonałością transportu.

Chodnik, po latach poplamiony,
wykoślawiony, poprzerastany trawą
i sadzawkami deszczówki -
mieszkanie stworzeń malutkich.

Różnica pomiędzy życiem jakiego chcemy
i jakie jest.

M.Targosz
(z tomiku "Liśćmi w niebie, korzeniami w ziemi")

czwartek, 16 września 2010

nie ma rzeczy niemożliwych


Śpiewać i opowiadać o Bogu recydywistom, stu złym ludziom,
którzy siedzą przed tobą – to bardzo ciężka praca.
Inaczej jest jednak, gdy patrzysz na nich nie jak na ludzi złych,
a raczej jak na ludzi chorych. Złe są ich uczynki, nie oni sami.
„Odróżnij grzech od człowieka” – z tym, że praktyka
jest o wiele trudniejsza niż słowa.

Więzień, to chory człowiek, który potrzebuje uzdrowienia,
a o tym nie wie. My też nosimy w sobie choroby,
o których – prócz Boga i nas – nikt nie wie.
Czasami wręcz wie o nich tylko Bóg,
bo sami jesteśmy na nie ślepi
lub po prostu nie chcemy o nich wiedzieć.
Więc słowo „recydywa” odnosi się nie tylko do tych,
którzy po raz któryś trafiają za kraty.
Recydywistą jestem ja sam, powracając do grzechu,
którego tak bardzo w sobie nie chcę.
Może to dla wielu z was niesłuszne porównanie.
Jednak grzech jest grzechem,
choć może przestępstwo osadzonych
jest większego kalibru niż nasze,
popełnione w umyśle czy poza osądem innych.

Z takim nastawieniem łatwiej było
mi przemówić do więźniów w Wołowie.
Łatwiej zrozumieć.
Bo i nam ciężko jest się pozbyć złych przyzwyczajeń,
które są pozostałością z dzieciństwa, młodości.
Nawyków, które pielęgnowaliśmy, a teraz tak bardzo
i tak szybko chcielibyśmy się ich pozbyć… Niestety.
Ten proces nie przebiega szybko.
Potrzeba czasu, samodyscypliny i wytrwałości.
Konsekwencji i rzetelności w myśleniu o zmianie tego,
co chcemy zmienić w sobie.
Słabości naszego charakteru rodziły się długo,
niekiedy za naszym przyzwoleniem
i dlatego długo trzeba je zwalczać.
Na szczęście pomaga nam w tym Bóg.
Osadzonym nikt nie pomaga.
Dlatego pojechaliśmy do Wołowa.

Ja znam historię moich słabości,
pamiętam nawet początek niektórych z nich.
Czasami myślę, że jakbym z tym rozumem cofnął się
paręnaście lat wstecz,
byłoby mi teraz łatwiej.
Ale nie ma życia wstecz. Jest tylko do przodu.
Znam historię mojego ciała, tego, które dąży w stronę zła.
„Wstecz” nie istnieje, więc poddaję się kuracji.
I chciałbym żyć tak, aby Ojciec był ze mnie dumny.
A moja kuracja zaczęła się,
kiedy zdecydowałem się powierzyć leczenie Bogu.

Chłopaki z Wołowa w większości jeszcze
takiej decyzji nie podjęli.
Może nawet nigdy nie się zdecydują.
Znam historię narodzin moich osobistych grzechów,
ale nie znam przyczyn błądzenia osadzonych.
Dlatego nieraz nie chcę ich oceniać. Nie znam dzieciństwa,
patologii rodzinnych czy motywów,
przez które znaleźli się w zakładzie karnym.

Poznałem chłopaka, może w moim wieku,
który przy ostatniej mojej wizycie w ZK powiedział:
„Łatwo wam się mówi.
Mieliście normalnych rodziców, normalne dzieciństwo.
Ja tego nie miałem. Życie zmusiło mnie do tego,
że jestem tu, w Wołowie”.
Gdy tym razem wstałem,
by zachęcać słuchających do walki o zmianę jakości życia,
te słowa dodały mi pokory.

Trudno głosić Ewangelię osadzonym.
W ogóle, aby skutecznie ją głosić,
co daj Boże, trzeba ludzi poznać.
Poznać kim są. Dlaczego tacy są. Wejść w ich świat.
Dla więźniów stać się więźniem.
Dla bezdomnego stać się bezdomnym.
Nie z pomysłami osoby, która ma zapewniony spokojny byt…
To trudne. To nie przychodzi samo.
Tego nie można wyczytać w książkach.
Tego trzeba się uczyć, klęczeć na kolanach i prosić.
Musi nam na kimś prawdziwie zależeć.

Pan Bóg, jak wierzę, potrzebuje ludzi,
przez których będzie mógł leczyć.
I nie ma tu żadnej naszej zasługi.
Do tego nas stworzył i przeznaczył.
I mnie pociągnął do siebie Bóg przy pomocy innych ludzi.
Wiara (…) jest ze słuchania (Rz. 10:17).

Dlatego Wołów, gdzie dla każdego z nas było daleko.
Powód – Jarek. Jarek zdecydował się na kurację.
Wszedł do wody w Wołowie. Pragnie być zdrowym…
Cieszył się, jak dziecko gdy nas zobaczył.
Ja się cieszyłem, bo, odkąd go poznałem,
rozumiem apostoła tęskniącego za tymi,
wśród których zostawił Ewangelię.
Jego zainteresowanie, modlitwy za nich.
Pojąłem to, kiedy poznałem Jarka.
I wiem, że mogę mu pomóc.
Mogę poprosić Pana Boga, aby przeze mnie mu pomógł.
A najbardziej, jak już wyjdzie z Wołowa.
Pomoc = odpowiedzialność. Może dlatego tak trudno jest pomagać.

I mam świadomość, że to wszystko może być nieszczere, udawane,
idące w stronę szeroko pojętego zysku.
Nie znam serca ludzkiego.
Mogę się pomylić i,
przyjąwszy kogoś do siebie, mocno na tym ucierpieć.
Ale tutaj kryją się te prześladowania i cierpienia dla Chrystusa,
o których mówimy, że już nie ma takich jak były dawniej.

Moje przeczucie mówi, że Jarek idzie w dobrą stronę,
na wąską prostą.
Kierunek – góra. Cuda się zdarzają. I także tu, w Wołowie,
co niemożliwe dla człowieka, jest możliwe dla Boga.



To refleksja z wizyty w ZK w Wołowie sprzed paru lat.


Przez najbliższe pół roku możecie zobaczyć na własnych oczach,
w jaki sposób Jezusa zmienia ludzi,
w jaki sposób uzdrawia chore serca,
rozrywa kajdany grzechu
i zdobywa - poprzez miłość - człowieka.
Ten sam Chrystus, który zajaśniał oślepiającym światłem przed Szawłem,
jaśnieje w życiu współczesnych ludzi.
Nawet tam, gdzie wydawałoby się, że już na zawsze ciemno.

Zobaczcie sami, w każdy czwartek,
cykl filmów dokumentalnych "Byłem gangsterem"
o 22.15 w TVP1.

Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem,
zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej
na obliczu Jezusa Chrystusa (2Kor.4:6).

Jezus jest tu

poniedziałek, 13 września 2010

ponadwyznaniowo


Kto bowiem nie jest
przeciwko nam,
ten jest z nami
(Mar.9:40).


Pan Jezus przyznaje się
do każdego człowieka,
bez względu
na przynależność wyznaniową.
Każdemu podaje rękę. Kto pragnie – z tym rozmawia.
Dwa tysiące lat temu zburzył mur ludzkiej niechęci
spowodowanej odmiennością religijną.
Obie części ludzkości uczynił jednością,
bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość (Efez.2:14).

To co wydawało się niewyobrażalnie trudne
– pojednanie odmiennych grup ludzi:
Żydów i pogan – dokonało się w Jezusie Chrystusie.
Ale „nowonarodzony” człowiek bardzo szybko zaczął
znowu tworzyć mur między sobą a swoim bratem.
Mur ten rósł już od czasów apostołów (1Kor.1:10-13).
Jest i dzisiaj. Najtragiczniejsze jest to,
że dobrze nam w tej separacji.

Różnica w rozumieniu słowa Bożego
nie może zakrywać jedności,
która wyraża się w Chrystusie.
Człowiek jednak od najdawniejszych czasów zwalcza
w drugim człowieku odmienność.
Patrzy z niechęcią na tego,
kto robi rzecz identyczną jak on,
tylko ubrany w inną szatę kościelną.
Tak trudno znieść odmienność.
Nie uniknęli tego i apostołowie.
Kiedy zobaczyli w Kafarnaum człowieka,
który wypędzał z ludzi złe duchy,
a nie chodził z nimi – zabronili mu tego.
Pobiegli szybko z ową nowiną do Jezusa myśląc,
że spotka ich za ten czyn pochwała.
Nie spodobało im się to,
że ktoś robi coś poza ich społecznością
– społecznością dwunastu apostołów.
Czy w tej historii nie kryje się lekcja dla nas?
Czy i my nieraz tak nie postępujemy?
Czy i my nieraz nie popadamy w taki apostolski osąd?
Pan Jezus gani ich ku ich zdziwieniu.
Być może gani także niektórych z nas.

Uchylając drzwiczki pozadenominacyjnego spoglądania na świat,
można spotkać całkiem sporo miłych ludzi;
znam trochę takich, dalej poznaję;
kochają Jezusa awyznaniowo.
Nie łączy nas grupa wyznaniowa – łączy nas Chrystus.
W usystematyzowanych, „ładnie” poukładanych
poglądowo czy charyzmatycznie kościółkach dumnych,
że to "my najwierniejsi", niestety jest samotno.

Kształtujmy w sobie serce wierne Bogu,
nie religii, przepisom i obrzędom.
Serce wierne Bogu – nie o mentalności denominacyjnej,
działające dla interesu danego wyznania,
uprawiające wobec innych waśnie i spory.
Serce wierne Bogu – działające dla Królestwa Bożego.

piątek, 10 września 2010

list od Pauliny


Obecnie Paulina przebywa
w szpitalu dziecięcym w Radziszowie.
Powoli, ale zauważalnie jej funkcjonalność wzrasta.
Przykurz lewej stopy został znacznie zniesiony.
Niestety stopa prawa wymaga jeszcze przy lokomocji ortezy,
bo jej ustawienie końsko – szpotawe utrudnia chód.
Jednak na dzisiaj Paulina potrafi
już samodzielnie chodzić przy chodziku.
Poprawia się sprawność manualna kończyn górnych.
Ustępuje również afazja, co daje Paulinie
co raz większą swobodę wypowiedzi.

Przed Pauliną jeszcze sporo pracy,
ale z błogosławieństwem Bożym pięknie patrzyć,
w jaki sposób dochodzi do coraz większej samodzielności.

No i Paulina co raz więcej mówi :)
We wtorek przywitała mnie potokiem dobrych słów.

Bardzo chciała napisać list do tych,
którzy w modlitwie byli i są jej bliscy.

Poniżej parę słów od niej.

„Kochani, bardzo się bałam gdy zostałam
wybudzona ze śpiączki,
co ze mną będzie. Bałam się,
że już nigdy nie będę chodziła i mówiła.
Teraz się cieszę, że powoli zaczynam chodzić i mówię.
Cieszę się, że Pan Bóg mnie uzdrowił.
Często śnił mi się mój Bóg, kiedy leżałam w łóżku.
Jestem Mu bardzo wdzięczna,
że tak wielu ludzi modli się za mną każdego dnia.
Cieszę się, że jesteście. Jesteście kochani.
Bardzo, bardzo modlę się do Pana Boga dziękując Mu za Was
i za wszystko co ze mną zrobił. Dokonał we mnie przemiany.
Chcę podziękować Wam, że pamiętacie o mnie.
Bardzo, bardzo dziękuję i kocham Was.
Za wszystko Wam dziękuję.”

Przychodzi mi na myśl, dziękczynny, Psalm 40.

Złożyłem w Panu całą nadzieję;
On pochylił się nade mną
i wysłuchał mego wołania.
Wydobył mnie z dołu zagłady
i z kałuży błota,
a stopy moje postawił na skale
i umocnił moje kroki.
I włożył w moje usta śpiew nowy,
pieśń dla naszego Boga.
Wielu zobaczy i przejmie ich trwoga,
i położą swą ufność w Panu.
Szczęśliwy mąż, który złożył
swą nadzieję w Panu,
a nie idzie za pyszałkami
i za zwolennikami kłamstwa.
Wiele Ty uczyniłeś
swych cudów, Panie, Boże mój,
a w zamysłach Twych wobec nas
nikt Ci nie dorówna.
I gdybym chciał je wyrazić i opowiedzieć ,
będzie ich więcej, niżby można zliczyć.

poniedziałek, 6 września 2010

WIARA

Dzisiaj chciałbym zaproponować Wam
inną niż dotychczas formę refleksji;
zachęcam Was do poświęcenia
troszkę więcej czasu
i wysłuchania
nauczania nt. wiary,
które wygłosiłem
w dalekiej (dla mnie) północy,
w miejscu mego nawrócenia.



czwartek, 2 września 2010

Alpy Retyckie

Miał znakomite wyczucie stary rabin,
by wybrać się w Alpy szwajcarskie:)

Dziś, tuż po powrocie,
- przed kolejnym wyjazdem -
wrzucam parę fotek.

Urocze miesteczko Bondo (Pd.-wsch. Szwajcaria).

Piz Badile (3308m n.p.m.)-na granicy włosko-szwajcarskiej.
Jednen z najbardziej atrakcyjnych szczytów wspinaczkowych
w całych Alpach. Podziwialiśmy "z dołu."

U stóp Piz Julier (3380m n.p.m.)
Rozbiliśmy namiot w słonecznej pogodzie.

Obudziliśmy się w śniegu.
Przez noc spadło ok 40 cm białego puchu.

Widok z Piz Julier na dolinkę Corn Survetta.

Alpy są idealnym miejscem dla kochających
góry, chłód i ciszę świstaków.
Dawały koncert swoim świstaniem.
Tuż, tuż przed długim, zimowym snem;
trwającym od września, aż do końca kwietnia.

[ Więcej zdjęć możecie zobaczyć pod adresem:
http://www.facebook.com/album.php?aid=2050033&id=1340544354 ]

Dobry Bóg pobłogosławił nasze wędrowanie
słońcem (moja opalona twarz emanuje ciepłem od paru dni
- czuję się, jak Mojżesz po zejściu z Synaju),
mocnym wiatrem, śniegiem, też deszczem.
Co dzień odsłaniał coraz więcej ze swego wspaniałego dzieła.
Wszystko stworzone w sposób idealny, piękny,
dzieło największego Artysty.

Dziś wróciłem ze swego tygodniowego święta Sukkot(Namiotów)
do wygodnych, ciepłych, domowych warunków.
I, jak zawsze po powrocie
mocniej doceniam i uświadamiam sobie
Boże błogosławieństwo w rzeczach codziennych
- od wygodnego łóżka po zwykły,
codziennie proszony chleb powszedni.
Wszystko jest darem Najwyższego.

Dziękuję Tato.