poniedziałek, 27 grudnia 2010

Chodźcie, a zobaczycie

Skąd biorą się na naszej drodze ludzie i sytuacje,
które nas budzą, poruszają?
Co to jest?
Ciekawość, intuicja, Palec Boży? (M.T.)


Oni powiedzieli do Niego:
„Rabbi! – to znaczy Nauczycielu – gdzie mieszkasz?”
Odpowiedział im: „Chodźcie, a zobaczycie”
(J. 1:38n).


Jezus jest człowiekiem drogi.
Do swoich uczniów powiedział:
Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze.
W innym miejscu rzekł:
Bo wiem, skąd przyszedłem i dokąd idę.
Apostoł Jan, najdokładniejszy z ewangelistów, dodaje:
Od Boga wyszedł i do Boga idzie.
Trzy zdania, które zataczają koło
i malują motto życia uczniów Chrystusa.
Byle być w drodze do Boga.
Istota wszystkiego.
I dobrze tam iść z Jezusem,
tak jak uczniowie,
którzy podeszli do Niego kiedyś z pytaniem:
Rabbi! Gdzie mieszkasz?
Jezus zaprosił ich do swego życia.
Zaprosił ich do wspólnej wędrówki do Najwyższego.

Jezus zaprasza i dziś:
Chodźcie, a zobaczycie.
W Nim bierze początek nasze powołanie
i w Nim nasze powołanie się kończy.

Poszli więc i zobaczyli gdzie mieszka,
i tego dnia pozostali u Niego
– zanotował uczeń Jan.

Pytam o dom, o adres, o życie codzienne z Jezusem.
Nie tylko o ograniczone czasem pojedyncze spotkania.
Zamieniam moje mieszkanie na to,
w którym Gospodarzem jest Jezus,
a ja Jego domownikiem.

sobota, 25 grudnia 2010

aż dotąd pomagał nam Pan


W poniedziałek, jak co roku wybieram się na spotkanie
z młodszymi i starszymi przyjaciółmi,
by przy śpiewie, pochyleniu nad Bożym Słowem,
i spędzeniu razem dobrych chwil podziękować Bogu,
za przeżyty w Jego łasce, dobry rok.

Na spotkanie przyjedzie Paulina,
dziewczynka, która w ubiegłym roku nie dojechała na spotkania;
trafiając w stanie krytycznym do szpitala w walce o życie.
Po cudzie wybudzenia ze śpiączki,
odbudowania uszkodzonych dróg nerwowych
ku zdziwieniu lekarzy,
po cudzie wewnętrznej przemiany Paulinki
i przyjęciu Jezusa, jako swego Zbawiciela
z całą świadomością zaśpiewam, jak rok temu na koniec roku
„aż dotąd pomagał nam Pan i zwieńczył rok dobrocią”.

Już dziś śpiewam.

piątek, 24 grudnia 2010

niebo schyla się do ziemi

Wraz z nadchodzącymi świętami pamiątki
niepowtarzalnego cudu w dziejach ludzkości
i naszego osobistego życia życzę wszystkim
stałego doświadczania przemieniającej
obecności Chrystusa
by On w nas wzrastał, a my umniejszali.

Niebo schyla się do ziemi
i oto wreszcie Słowo ciałem
Obiecane wypełnienie całemu światu
całemu radość

Pan przychodzi
Zbawienie blisko
Zbawienie nasze

Teraz bliżej już niż blisko
do cudu cudów zmartwychwstania
Bóg wyciąga dłoń do ludzi
Nadzieję w Synu,
Nadzieję daje

Chwała Bogu na wysokościach!
Chwała Bogu na wysokościach!
Chwała Bogu na wysokościach!

A pokój tym, w których ma upodobanie

poniedziałek, 20 grudnia 2010

co głupie i małe...


A ty, Betlejem Efrata,
najmniejsze jesteś
wśród plemion judzkich!
Z ciebie mi wyjdzie Ten,
który będzie władał
w Izraelu,
a pochodzenie Jego
od początku,
od dni wieczności.
(Mi. 5:1)


Prorok Micheasz nazywa Betlejem najmniejszą miejscowością
na terenie pokolenia Judy.
Przypuszcza się, że miasteczko to nie miało więcej
niż 100 mieszkańców.
Zamieszkiwali je pasterze owiec i ubodzy wieśniacy.

Gdy Józef z Marią w dziewiątym miesiącu ciąży
(po przebyciu przez Marię 150 km po raz drugi w czasie ciąży!!!)
przybyli do Betlejem, mała osada, aż kipiała od tłumu,
który rozlokował się gdzie mógł, gdyż był to czas spisu ludności.

Narodziny Jezusa Chrystusa wyglądały inaczej
niż przedstawiają to na świątecznych kartkach.
Również współcześnie śpiewane kolędy typu „Cicha noc”
zdają się być ugrzecznioną wersją betlejemskich wydarzeń.
Opis Ewangelii jest surowy;
raczej nie mówi o matce świętej uśmiechniętej,
co zatrwożonej i umęczonej.
Przy narodzinach Jezusa również nie było sielankowo
jak malują to teksty sentymentalnych kolęd.

Ewangelista Łukasz notuje,
że nie było miejsca dla nich w gospodzie.
Nieraz nazwa ta wprowadza w błąd czytelnika,
który wyobraża sobie ową gospodę, jako mały hotelik
położony w prowincjonalnym miasteczku.
Natomiast ówczesna gospoda
to był niewielki plac pod gołym niebem,
otoczony dość wysokim murem.
W środku wśród jednego lub kilku boków muru ciągnął się ganek,
miejscami zamurowany, tworzący mniejsze
lub większe pomieszczenia dla podróżnych.
I to cała gospoda.
Ale nawet w takim miejscu nie znalazło się miejsca
dla Marii i Józefa.

Miejscem narodzin Jezusa stał się żłób,
czyli szopa, która była grotą lub małym schronem
wydrążonym w ścianach pagórka
w okolicach małej betlejemskiej osady,
zapewne częściowo zajęta przez zwierzęta,
ciemna i brudna od nawozu,
cuchnąca zwierzęcym łajnem.

W takim miejscu i w takich warunkach na świat przyszedł Król,
Syn Boży, Jezus Chrystus.
Największy Król, jaki narodził się na ziemi
nie urodził się na sali tronowej, a w stajence,
za tron miał żłób, za baldachim miał zwisającą ze stropu pajęczynę,
za kadzielnice – zapach gnoju,
a za cały orszak powitalny – dwoje ludzi bez domu.

Natomiast pierwszymi, którzy powitali Króla
nie byli magowie ze wschodu,
a pogardzeni przez ówczesną elitę religijną pasterze,
którzy nie dopuszczani do wpływowej społeczności faryzeuszy
weszli w najbliższą społeczność z nowonarodzonym Królem
z nie tego świata.

Kiedy królowa Elżbieta II złożyła wizytę w Stanach Zjednoczonych
spotykając się z panującym wówczas prezydentem Bushem
dziennikarze rozpisywali się o środkach,
jakie zostały w to zaangażowane.
„W jej bagażu ważącym tysiąc osiemset kilogramów znalazły się
dwa stroje na każdą okazję,
strój żałobny na wypadek, gdyby ktoś umarł,
dwadzieścia litrów osocza oraz nakrycie na deskę sedesową
z białej skóry koźlęcej. Przywiozła ze sobą własnego fryzjera,
dwie pokojówki i cały zastęp innych sług.
Krótka zagraniczna wizyta członka rodziny królewskiej
może z powodzeniem kosztować 20 mln dolarów”
– (notuje F.Yancey).

Jaki wielki kontrast do powyższych faktów stanowi wizyta
Bożego Syna na ziemi, po nieskończoność większego władcy
niż królowa Elżbieta II, która odbyła się w grocie skalnej,
beż żadnych nowoczesnych pieluch i łóżeczka,
gdzie zamiast sług były zwierzęta.
Małego Jezusa nie przywitała śmietanka ówczesnego świata,
nie przybyli na powitanie ani królowie,
ani duchowieństwo faryzejskie, tylko zwykli pasterze owiec.

To co małe i słabe wybiera Bóg,
aby w tym objawić swoją chwałę.
Najmniejsze z miast judzkich
stało się miejscem narodzin Syna Bożego.
W Betlejem zaś nawet nie uboga gospoda,
a grota skalna stała się świadkiem przyjścia Światłości na ten świat.
Wreszcie, nie wielcy tamtego świata przyszli powitać Króla,
a najmniej godni, pastuszkowie.

Ten, który błogosławi płaczących, cierpiących prześladowania,
niezrozumiałych, pokornych
i cichych wybrał taki właśnie porządek.

Dzisiaj, choć z zachwytem spoglądamy na te obietnice,
nie zbyt chętnie wybieramy drogę, która nie przyniesie
zbyt wielu radości i przywilejów.
A życie Jezusa takie właśnie było,
od narodzin po śmierć krzyżową.

Boże metoda działania pozostaje niezmienna.
To co małe wybiera Bóg.
To co głupie dla świata, mądrością jest dla Boga.

A dzisiaj, co wybierają Jego naśladowcy?

Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata,
aby zawstydzić mędrców, wybrał, co niemocne,
aby mocnych poniżyć; i to co nieszlachetnie urodzone według świata
oraz wzgardzone, i to, co w ogóle nie jest,
wyróżnił Bóg, by to co jest unicestwić,
tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga.
Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie,
który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością,
i uświęceniem, i odkupieniem.
(1 Kor. 1:27-30).

sobota, 18 grudnia 2010

dwustronna relacja


Wiara jest rzeczywista
tylko wtedy,
gdy pozostaje
relacją nie jednostronną,
ale dwustronną.
Człowiek może polegać na Bogu pod warunkiem,
że Bóg może polegać na człowieku.
Posiadać wiarę oznacza uzasadnić wiarę Boga w człowieka.
Wiara jest świadomością,
że Bóg jest najlepszym towarzyszem
i pragnie nam się we wszystkim odwzajemniać,
formą komunii między Bogiem a człowiekiem.

Abraham Jeshua Heschel

środa, 15 grudnia 2010

dlaczego Jezus?



Dwa kroki, by żyć.

Pierwszy wykonał Bóg:
Tak bowiem Bóg umiłował świat,
że Syna swego Jednorodzonego dał(...)


Drugi wykonać musi człowiek:
(...)aby każdy kto w Niego wierzy,
nie zginął, ale miał życie wieczne.


J.3:16

niedziela, 12 grudnia 2010

Pokój


Uznani za sprawiedliwych
na podstawie wiary,
mamy pokój z Bogiem
dzięki naszemu Panu,
Jezusowi Chrystusowi.
(Rzym. 5:1)


Tylko, że nieraz przechodzimy na stronę niepokoju,
gdy zaskakują nas wydarzenia nie po naszej myśli.
Kiedyś poruszył mnie praktyczny wydźwięk tych słów
w życiu pierwotnego kościoła.
W Dz.A. 9:1 czytamy, że w wyniku prześladowań
chrześcijanie ponoszą nawet śmierć.
Po cudownym nawróceniu Szawła,
prześladowcy jeszcze bardziej
usiłują zgładzić wyznawców Chrystusa.
Giną ludzie.
Łukasz jednak wzmiankuje, dodając ot tak:
A kościół cieszył się pokojem (!!!)...[Dz.A. 9:31].
Szok!
Potem czytamy o Piotrze,
który TUŻ PRZED wyrokiem śmierci
otoczony 16 żołnierzami,
skuty kajdanami śpi, jak gdyby nigdy nic (zob. Dz.A 12:1-6).
Niewyobrażalne, bo z fizjologicznego punktu widzenia adrenalina
i strach skutecznie blokują sen.
To jednak pokój o którym czytamy.
Nie związany z pokojem zewnętrznym;
związany z sercem.
Dziejopisarz Łukasz wspaniale maluje,
czym ów pokój praktycznie się objawia.

Nie raz pozdrawiam moich przyjaciół: „pokój”.
Nie raz mnie tak pozdrawiają.
Pozdrawiam, bo choć Jezus powiedział
pokój zostawiam wam życie wskazuje, że różnie z tym bywa.
Jak zachować pokój, kiedy jest się skuty w dyby,
otoczony nieżyczliwymi ludźmi,
ze świadomością, że zbliża się wyrok?
Piotr w takiej chwili zwyczajnie zasnął.

Analizuję swoje życie.
Dostrzegam braki.
Zdarza się, że jestem daleko od wymarzonego shalom.

Choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami,
przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich:
Pokój wam!
(J.20:19).


Pokój Wam!

środa, 8 grudnia 2010

nieprzerywalny dialog


Etty Hillesum,
młoda żydówka,
która prowadziła
pamiętnik
z czasów pobytu
w Auschwitz,
napisała
o „nieprzerwanym dialogu”
z Bogiem.
Doświadczała epifanii nawet w miejscu moralnie jałowym.
„Czasami, gdy stoję w jakimś kącie obozu,
moje stopy spoczywają na Twojej ziemi,
moje oczu wznoszą się ku Twojemu niebu,
łzy biegną po policzkach,
łzy głębokiego wzruszenie i wdzięczności”.
Poznała grozę.
„I chcę być tutaj, w samym środku tego,
co ludzie nazywają grozą, i nadal móc powiedzieć:
życie jest piękne.
Tak, leżę tutaj, w kącie, chce mi się pić,
kręci mi się w głowie, mam gorączkę i nie mogę nic robić.
A jednak jestem także z jaśminem i kawałkiem nieba za moim oknem”.
Na koniec Hillesum pisze:
„Kiedy człowiek już zacznie iść z Bogiem,
nie może się zatrzymać,
a jego całe życie stanie się jedną długą wędrówką.
Cudowne uczucie”.
Czytam słowa jej wyzywającej wiary
i zastanawiam się, co sam napisałbym w swoim pamiętniku,
gdybym każdego dnia wdychał popioły z pieców,
ofiar całopalnych narodu „wybranego”,
składanych przez Hitlera.
Tak, droga z Bogiem sprawia,
że życie staje się długim spacerem
– jednak dla ilu i jak często jest to cudowne uczucie?

(za P.Yancey)

sobota, 4 grudnia 2010

szczęśliwa sobota

Dzisiaj o 12 zadzwonił do mnie Sławek z radosną nowiną,
że Bogusia godzinę wcześniej urodziła córeczkę;
że przez narodziny ich dziecka Bóg odbiera sobie chwałę.

Nie znam lepszych słów na wyrażenie radości
w takiej chwili niż
CHWAŁA BOGU!!!

Modliłem się o bezkomplikacyjny poród Bogusi.
Modliłem się, by odczuwała Bożą opiekę w tym czasie,
dotyk Jezusowych rąk, przynoszących pokój.
Modliłem się o to czego chce dla każdego z ludzi Bóg:
Abyśmy doświadczali Jego miłości.
Kiedy wstawiam się moimi przyjaciółmi,
jestem wówczas przekonany, że proszę o to,
czego Bóg pragnie jeszcze bardziej dla nich, niż ja.

Prosiłem usilnie,
tym bardziej, że nasze dwie przyjaciółki,
poroniły niedawno,
a córeczka siostry Bogusi,
mała Lenka trafiła dwa tygodnie temu do szpitala,
z powodu bezdechu nocnego.
Dzięki Bogu, rodzice przebudzili się w nocy,
kiedy Lena była na bezdechu i szybko zareagowali.
Dzisiaj Lena jest już w domku.

Dzisiaj, gdy zadzwonił Sławek
dziękuję Bogu za cud narodzin
oraz za to,
że Bóg tak sprawił, że kiedy Bogusia rodziła,
ja spędzałem czas na modlitwie za nią.
To dla mnie oznaka, że Ducha Pański żyje
i pobudza do modlitwy we właściwym czasie.
Dziękuję, że Bóg daje łaskę nie wymuszonej radości
z przeżywanych chwil radości moich bliskich.

Hellelujah!!!

Posłuchajcie szczęśliwej mamy synka i córeczki.
Błogosławieństwa prosto z góry błogosławieństw.

środa, 1 grudnia 2010

laszon hara - zła mowa


Śmiercią jest
laszon hara - zła mowa
(dosł. „zły język”),
m.in. tak bardzo popularna
dzisiaj obmowa i plotka,
najpopularniejsze rozmowy
o innych
w negatywnym świetle.

Ciekawe, że w katalogach występków
(por.1Kor.6:9n; 2Kor.12:20; 2Tym.3:1-5),
apostoł Paweł najwięcej skupia się na
grzechach języka właśnie;
używa aż 5 odmiennych określeń:
1) loidoros
– obmówca, lżący, złorzeczący, znieważający,
2) katalalia
– potwarz, obmowa, zła mowa, oczernianie, zniesławienie,
3) psithyrismos
– obmawianie szeptem, skryte obmawianie, plotkowanie, szemranie,
4) blastfemos
– źle mówiący o kimś, oszczercy, krzywdząco mówiący,
5) diabolos
– oczerniający, obmawiający, oszczercy.

O takich mówi:
Tacy Królestwa Bożego nie odziedziczą!!!

Powyższe słowa ap.Paweł
pisał bezpośrednio do braci w Chrystusie w Koryncie
(których nazywał Kościołem Bożym, uświęconym w Chrystusie),
a ostatni fragment traktuje o czasach,
w których przyszło nam żyć
i dotyczy nas, chrześcijan.

To jest prawda, o której zapominamy.
Czytając te słowa, kojarzymy je raczej,
że są one napisane do niewierzących,
albo do ludzi z innego kościoła.
A prawidłowe podejście do tych słów,
wyraża się w stwierdzeniu:
„napisane są one do mnie”.

Wystarczy trochę uczciwości,
by zobaczyć, że nie pomylił się Paweł,
że źle nie prorokował.

Życie i śmierć w mocy języka,
którzy się w nim lubują, spożyją jego owoc
(Przys.18:21).


Panie, strzeż od żmii języka,
zadającego śmierć innym i nam samym.