poniedziałek, 26 grudnia 2011

aukcja

"Historia, którą opowiem zdarzyła się w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Dotyczy ona pewnej zamożnej rodziny, a głównie ojca i syna. Obydwoje kolekcjonowali obrazy. Ich kolekcja zawierała wiele dzieł sztuki i była warta wiele milionów. Gdy syn dorósł zaciągnął się na wojnę do Wietnamu. Tam też zginął ratując życie innemu człowiekowi. Ojciec nie mógł się pozbierać z rozpaczy, bo to był jego umiłowany syn. Pewnego razu przyjechał do niego pewien człowiek, który chciał się z nim spotkać, chcąc przekazać mu obraz. Kiedy doszło do spotkania, człowiek ten rzekł do ojca, którego syn zginął na wojnie.
- Przyszedłem podziękować za syna, którego pan wychował. To ja byłem żołnierzem, którego wynosił on z pola walki, kiedy kule przeszyły jego ciało.
Po chwili wręczył mu obraz, który przedstawiał wojnę, front i jego syna, który niósł jakiegoś człowieka na swoich plecach.
Ojciec widząc obraz powiedział:
- To jest piękny obraz, widzę w oczach mojego syna, to co zawsze chciałem wlać w jego życie. Ile mam panu zapłacić za ten obraz? – zapytał.
Człowiek odpowiedział mu:
- Nic pan nie musi płacić. Pan już dał swojego syna, dzięki któremu ja żyję. To jest tylko dowód mojej wdzięczności.
I podarował obraz ojcu. Dla ojca stał się on najcenniejszym obrazem. Wszystkie drogocenne obrazy nie znaczyły dla niego tyle co ten. Gdy ojciec umarł prawnik sądowy wyłożył na aukcję obraz: "Mój syn".
- Kto da 100 dolarów?- zapytał prawnik. Zapadła cisza.
W końcu ktoś wstał i powiedział:
- Proszę przejść dalej. Nikt nie jest tym obrazem zainteresowany.
Prowadzący zapytał jeszcze raz:
- Kto da 50 dolarów za obraz: „Mój syn?”
W tym momencie paru ludzi się zdenerwowało mówiąc:
- Proszę odłożyć ten obraz. Później sobie pan go sprzeda?
Prawnik zapytał kolejny raz:
- Kto da 20 dolarów?
Z tyłu stał ogrodnik, który od lat zajmował się posiadłością tych bogaczy i powiedział:
- Ja mam tylko 10 dolarów. I tyle mogę zapłacić, bo więcej
nie mam.
Prowadzący zaczął odliczać.
- 10 dolarów po raz pierwszy, 10 dolarów po raz drugi, 10 dolarów po raz trzeci. Sprzedane. I na tym nasz aukcja się kończy.
Ludzi zdenerwowani mówili:
- Jak to?
i z oburzeniem przyjęli tę wiadomość.
Prawnik odpowiedział:
- Ostatnią wolą w testamencie zmarłego było to, że kto zobaczy piękno w tym obrazie, wszystkie inne dostaje razem z nim".

/autor nieznany/

Kto ma Syna, ten ma wszystko.

"To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy,
kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne.
A Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym" (J. 6:46)

sobota, 24 grudnia 2011

życzenia

Jezus Chrystus przyszedł na świat, by pokazać nam Ojca
i ukazać namiastkę nadchodzącego Królestwa.
Swoim życiem sprawił, że przesłanie o Królestwie Bożym
rozbrzmiało wielką mocą, ponieważ poświadczył je
swoim życiem i uwierzytelnił wobec sobie współczesnych.
Uwierzytelnia je dalej rodząc się swoim Duchem
w ludziach zbawienia spragnionych.

Wszystkim Wam, drodzy przyjaciele, życzę,
by Boży pokój i łaska, które wkroczyły na ziemię
w chwili narodzin Mesjasza świata przenikały nasze serca,
myśli i słowa, gesty i nasze czyny.
Byśmy z Jego pełności wszyscy korzystali – łaska po łasce.
By nas było coraz mniej, a Jego więcej.

Serdeczny uścisk dłoni!

piątek, 23 grudnia 2011

dwa kroki

Tak bowiem Bóg umiłował świat,
że Syna swego Jednorodzonego dał,
aby każdy kto w Niego wierzy,
nie zginął, ale miał życie wieczne.


(Ewangelia wg św. Jana 3:16)



Dwa kroki, aby żyć.

Pierwszy wykonał Bóg:
Tak bowiem Bóg umiłował świat,
że Syna swego Jednorodzonego dał (...)


Drugi krok wykonać muszę wykonać ja sam:
(...) aby każdy kto w Niego wierzy,
nie zginął, ale miał życie wieczne.

Co to znaczy wierzyć w Bożego Syna?

Przeczytałem kiedyś taką myśl:
„Słyszałem o dwóch rolnikach,
którzy prosili Pana w modlitwie o deszcz.
Ale tylko jeden z nich przygotował na ten deszcz pole.
Który tak naprawdę wierzył? Którym z nich jesteś?”

Podobnie ma się rzecz z wiarą w Chrystusa.

Kto wierzy, czyli kto pragnie i stara się
wyrażać Go poprzez swoje myśli, słowa i gesty,
kto pielęgnuje z Nim intymną więź,
kto przygotowuje się na dzień Jego przyjścia,
ten nie zginie, ale zamieszka w mieście zbudowanym
"na silnych fundamentach, którego architektem
i budowniczym jest sam Bóg." (Hebr.11:10)

wtorek, 20 grudnia 2011

Boże umiłowanie słabości

Zdumiewa mnie Boże umiłowanie słabości.

Jezus Chrystus, który wypełniał wraz z Ojcem swą obecnością cały wszechświat,
uniża sam siebie, ogołaca z chwały i staje się żydowskim,
wieśniaczym niemowlęciem.
Przychodzi, by zbawić świat i pokazać nam Ojca.

Niezwykłe jest to, jak to robi.
Przychodzi na świat w ubóstwie i poniżeniu i jak każde niemowlę

uczy się chodzić, mówić, samodzielnie ubierać, słuchać rodziców.

Narodziny Jezusa Chrystusa wyglądają inaczej niż przedstawiają to
dziś na świątecznych kartkach. Miejscem narodzin Chrystusa nie jest sielankowa szopka, ale żłób, w grocie skalnej wydrążonej gdzieś w okolicach małej betlejemskiej osady, najmniejszej z miast judzkich. Jest to miejsce zajęte przez zwierzęta, ciemne i brudne od nawozu, cuchnące zwierzęcym łajnem.

W takim miejscu i w takich warunkach przychodzi na świat Zbawca świata. Największy Król, jaki narodził się na ziemi nie urodził się na sali tronowej, a w grocie skalnej, za tron ma żłób, za baldachim – zwisającą ze stropu pajęczynę, za kadzielnice – zapach gnoju, a za cały orszak powitalny – dwoje ludzi bez domu.

Pierwszymi zaś, którzy powitali Króla byli pogardzeni przez ówczesną elitę religijną pastuszkowie, którzy nie dopuszczani do wpływowej społeczności faryzeuszy wchodzą w najbliższą społeczność z nowonarodzonym Królem – Mesjaszem.

Zastanawiam się…
Przecież Bóg mógł wybrać lepsze warunki dla narodzin swego Syna na ziemi. Coś bardziej godnego. Coś dostojniejszego…

Umiłował Bóg jednak słabość.
To co słabe, małe i niegodne wybiera, aby w tym objawić swoją chwałę. Od wyboru Izraela, jako swego wybranego narodu, po okoliczności w jakich przychodzą Jego cuda, aż do uczynienia świątyni Ducha Świętego w słabym ciele, potykających się, zawodzących, ale ufających Mu ludzi, sygnalizuje On, że
to, co
u świata słabego wybrał Bóg, aby zawstydzić to co mocne. (1Kor. 1:27)

Życie Chrystusa również jest usłane taką właśnie drogą.
Ten, przez którego wszystko zostało stworzone,
zamiast patrzyć na wszystko z nieba, był przez pierwsze lata swojego życia uchodźcą. Należał go Galilejczyków, pogardliwie traktowanej grupy Żydów;
potem został niesłusznie oskarżony i umarł poniżającą śmiercią,
jaką umierali najgorsi zwyrodnialcy.

Życie Pana Jezusa jest zaprzeczeniem tego wszystkiego, co można znaleźć w heroicznych opowieściach tamtych czasów. W mitach Babilończyków, Greków i innych narodów opisywane są czyny potężnych herosów, a nie słabych ofiar. Życie Chrystusa jest całkowitym tych historii zaprzeczeniem.

Bóg obrał całkiem inną metodę swojego działania,
niż chciałby człowiek.
To co głupie dla świata, mądrością jest dla Boga.

Dlatego notuje Jan apostoł:
Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby stali się dziećmi Bożymi, tym którzy wierzą w Jego imię – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. (J.1:10nn)

Jezus przejawia się zazwyczaj w takich miejscach, chwilach, okolicznościach, ludziach, gdzie byśmy się nie spodziewali. Wreszcie przychodzi bezpośrednio, osobiście, do każdego z nas. Puka, byśmy przygotowali dla Niego nasze wnętrze, w którym zamieszka, narodzi się w człowieku. Niezależnie od tego kim i jakim jesteś człowiekiem, On może sprawić, że
z Boga się narodzisz.

Czy Absolut, może zamieszkać w tak kruchym człowieku jak ty i ja?
Zdecydowanie łatwiej umiejscowić Boga gdzieś daleko w niebie, albo w budynku kościoła, w liturgicznych, tajemniczych religijnych rytuałach i obrzędach.

To jednak jest ŁASKA, że Ten, przez którego zaistniało życie, przychodzi do swojej własności – do każdego z osobna. To co małe, słabe i niegodne dostępuje zaszczytu spotkania się Odwiecznym.

Poucza jednak ewangelista Jan:
„Jedni Go przyjęli, inni nie przyjęli”.


http://kech.chrzanow.pl/Kazania/2011_12_18_RS.mp3

poniedziałek, 19 grudnia 2011

niebo schyla się do ziemi



"Niebo schyla się do ziemi
i oto wreszcie Słowo ciałem
Obiecane wypełnienie całemu światu
całemu radość

Pan przychodzi
Zbawienie blisko
Zbawienie nasze

Teraz bliżej już niż blisko
do cudu cudów zmartwychwstania
Bóg wyciąga dłoń do ludzi
Nadzieję w Synu,
Nadzieję daje

Chwała Bogu na wysokościach!
Chwała Bogu na wysokościach!
Chwała Bogu na wysokościach!

A pokój tym, w których ma upodobanie!

(śpiewa: Bogusława Pietrzyk z zespołem Syloe)

niedziela, 18 grudnia 2011

nie żałuję

Fanny Crosby, amerykańska pisarka,
autorka kilku tysięcy pieśni
dziękczynnych Bogu, która urodziła się
z chorobą oczu i parę miesięcy
po narodzinach poprzez
niewłaściwe leczenie, straciła wzrok,
zapytana w wieku dojrzałym,
czy żałuje, że straciła wzrok, odpowiedziała:
"Nie. Dzięki temu, że jestem niewidoma,
pierwszą twarzą, którą zobaczę,
będzie twarz Jezusa".

Piękne.

piątek, 16 grudnia 2011

przybliża się Królestwo

Czas się wypełnił
i bliskie jest
Królestwo Boże.
Nawracajcie się
i wierzcie w Ewangelię.

(Mar. 1:15)

Ponad dwa tysiące lat temu przyszedł na ziemię Boży Syn.
Narodził się w małej, betlejemskiej osadzie,
jako małe, żydowskie dziecko. Dziś oczekujemy Jego
powtórnego przyjścia, które będzie inne, niż tamto.
Tym razem Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale,
a z Nim wszyscy aniołowie, wtedy zasiądzie na swoim
tronie pełnym chwały (Mat. 25:31).

Nie będzie nikogo, kto nie spostrzeże Jego przyjścia,
bo ujrzy Go wszelkie oko (Ap. 1:7).

Przybliża się Królestwo Boże!

Dziś te słowa brzmią jeszcze bardziej wyraźniej, ponieważ w ciągu długiej historii świata nigdy nie było tak wyraźnych oznak zbliżającego się powrotu Mesjasza, jak mamy obecnie. Wśród bezradnych narodów, każdy dzień przynosi nowe kryzysy i budzi nowe obawy, świat nawiedzają trzęsienia ziemi, powodzie i inne kataklizmy.

Te wszystkie wydarzenia zgodnie ze słowami Biblii zapowiadają powtórne przyjście na ziemię Odkupiciela świata. I wtedy będą narzekać wszystkie narody na ziemi; i ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich
z wielką mocą i chwałą (Mat. 24:30).

Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię – nieustannie wzywa Jezus. Odpowiedź na to wezwanie nie polega na zmianie dwóch czy trzech uczynków w okresie przedświątecznym, nawet nie na zmianie postawy czy zachowań, ale na zmianie wnętrza – myśli i uczuć. W nawróceniu nie chodzi o zmianę zachowania, ale o przemianę serca. Nawrócić się, to zwrócić swój wzrok na Jezusa. Wierzyć w Ewangelię, to wyrażać obiecane Królestwo sobą, wszak, wewnątrz nas ono jest (zob. Łuk. 17:21; BG) . Tylko w nawróceniu i wierze w Ewangelię zbliżające się święta mają sens. Świętujemy wówczas z wdzięcznością Bogu, że posłał Syna swego na świat i jednocześnie wyczekujemy Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone w podobne do swego chwalebnego ciała tą mocą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować (Flp. 3:21).

Nadchodzące święta narodzenia Pańskiego w naszej polskiej kulturze niosą pewne niebezpieczeństwo. Mianowicie wśród krzątaniny przedświątecznych porządków i zgiełku zakupów w hipermarketach, przygotowywaniu potraw na wigilijny stół i przystrajaniu stroików i choinki, można przegapić to, co najistotniejsze – osobistego spotkania się z Chrystusem. Idąc do swego kościoła można zredukować Jego obecność do tegoż tylko miejsca, zapominając, że On mieszkanie czyni wewnątrz każdego z nas, chcąc być tam mieszkańcem; nie od czasu do czasu zapraszanym gościem.

Jezus Chrystus narodził się w betlejemskim żłobie, aby przemienić moje i twoje życie.
Przyszedł po to, aby wskazać na Królestwo z nie tego świata. Rzeczywistość wskazuje jednak, że człowiek nie jest Nim zainteresowany. Jezus jest zapomniany. Rozmowa o Nim i z Nim sprawia zakłopotanie. Jego nauka przestała być modna. Wyczuwamy, że zainteresowanie się Jego osobą może skomplikować nam życie, dlatego przechodzimy obok.

Jednakże tradycja, w której wzrośliśmy, sprawia, że chętnie świętujemy Jego przyjście na ziemię, jako niewinnego dzieciątka, któremu można zaśpiewać „lulajże maleńki”; które będzie podporządkowane, jak każde niemowlę, nam dorosłym.

Jezus Chrystus zmartwychwstał i żyje. Swoim duchem wypełnia całą ziemię. Każdego dnia stoi obok mnie i ciebie. Kocha, chce i może przemienić życie każdego człowieka. Przynosi przebaczenie i miłość. Pochyla się nad tym, co małe i słabe, bezbronne i niegodne, zagubione. Jest gotów wybaczyć wszystko. Może znieść nawet świadome nieposłuszeństwo. Jednak to, co uniemożliwia relacje z Nim, to obojętność i wewnętrzna nieszczerość.
Słuchajcie głosu mojego, a będę wam Bogiem, wy zaś będziecie Mi narodem. Chodźcie każdą drogą, którą wam rozkażę, aby się wam dobrze wiodło. Ale nie usłuchali ani nie chcieli słuchać i poszli za zatwardziałością swych przewrotnych serc; obrócili się plecami, a nie twarzą (Jer. 7:23n)
– powiedział Bóg Ojciec Jeremiaszowi, oskarżając tych, do których się zwracał.

Niech więc zbliżające się święta będą czasem zadumy, osobistej, przemieniającej od środka refleksji. Niech myśli skierowane będą na Chrystus. Niech twarze nasze będę zwrócone na Niego, byśmy w przebiegu nadchodzących dni, nie odwrócili się do Niego tyłem, obojętniejąc.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dobry czas

Co roku w okresie grudniowoświątecznym niektórzy chrześcijanie negują świętowanie narodzin Pańskich, powołując się na to, że Biblia nie nakazuje wspominania narodzin Jezusa (choć też nie zakazuje), że to nie jest właściwa data (choć przy założeniu, że Mesjasz narodził się około Święta Sukkot, grudzień to czas, kiedy Boży Syn opuścił mieszkanie Ojca w niebie i stał się maleńkim zarodkiem w ciele Marii), że komercjalizacja sprowadza to święto do szopki i choinki, mających niewiele wspólnego z wewnętrznym przeżywaniem tego, co wydarzyło się dwa tysiące lat temu.

Zastanawiam się, w jaki sposób łatwiej zainspirować ludzi Chrystusem? Stojąc do wszystkiego w opozycji, czy próbując zgodnie z sumieniem utożsamić się z ludźmi, wczuć się w ich ograniczenia i postarać się zamiast negacji zaproponować im opowieść o zmartwychwstałym Zbawicielu?

Wszak Apostoł Paweł pisał:

Stałem się jak Żyd – dla Żydów, aby pozyskać Żydów. Dla tych, co podlegają Prawu, byłem jak ten, który jest pod Prawem – choć w rzeczywistości nie byłem pod Prawem – by pozyskać tych, co pozostawali pod Prawem. Dla zwolnionych od Prawa byłem jako nie podlegający Prawu – nie będąc zresztą wolnym od prawa Bożego, lecz podlegając prawu Chrystusowemu – by pozyskać tych, którzy nie są pod Prawem. Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby uratować choć niektórych. Wszystko zaś czynię dla Ewangelii, by mieć w niej swój udział
(1 Kor. 9:20-23).

Widzę praktyczną stronę nauczania Apostoła Pawła na areopagu. Nie zaczął od krytyki, trochę przymilił się Grekom (niektórzy mieli mu to z pewnością za złe), ale dzięki temu swoje powiedział i został wysłuchany. W konsekwencji kilka osób nawróciło się do Chrystusa. Przykład Pawła, według mojej interpretacji, zachęca nas, byśmy przezwyciężali bariery kulturowospołeczne, po to, aby pozyskać choć niektórych dla Chrystusa. Dziś jego słowa mogłyby brzmieć tak: „Dla tych, co świętują, stałem się jak świętujący, byleby pozyskać choć niektórych dla Chrystusa”.

Wydaje się, że czas świąt narodzenia Pańskiego jest idealnym czasem, by spróbować „pozyskać choć niektórych”. Nie marnujmy więc tej możliwości, poprzestając na negacji choinek i stroików. To jest misja, do której wzywa wierzących Bóg. Opowiedz o Tym, o którym Tobie opowiedziano!

Jako chrześcijanie możemy nadawać piękny charakter tym świętom. Świętować i wspominać wspaniały cud zbawczego przyjścia Jezusa Chrystusa na ziemię. Wskazywać na Zbawiciela jako żyjącego Pana, który aktywnie wpływa na ludzkie życie i w którym tylko możliwe jest życie w lepszym świecie, już dziś. Mówić o łasce Bożej, która w Chrystusie spływa w najgłębsze doliny.

Np. moi przyjaciele z jednego z zaprzyjaźnionych kościołów wydrukowali parę tysięcy kartek pocztowych z słowami Ewangelii: Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.

Planują razem z życzeniami wskazującymi na istotę tych świąt rozdać je mieszkańcom osiedla gdzie znajduje się ich kościół.

Zainspirowany pomysłem, zrobię to samo.

wtorek, 6 grudnia 2011

nauka na całe życie

Chcielibyśmy nieraz załatwić sprawę przekazania komuś
Dobrej Nowiny paroma zdaniami, jednym świadectwem,
a gdy osoba się opiera, postraszyć ją jeziorem gorejącym.
Jednak w dobie, gdzie większość ludzi,
o ile nie wszyscy słyszeli o Jezusie,
istotą przekazania Dobrej Nowiny nie są tylko słowa,
a nasz przykład.
Jeżeli Jezus istnieje, zmartwychwstał i żyje,
a ja utrzymuję z Nim bliską relację,
to co owa intymna społeczność z Panem,
którego głoszę zrobiła z moim życiem?
Jak ono teraz wygląda? Co się zmieniło?
Kim oraz jakim jestem teraz, obecnie, jeżeli Go znam?
Co zrobił z moim językiem?
Co zrobił z moim słuchem?
Czy potrafię oprócz mówienia, także i słuchać?

Ludzie nie są spragnieni słów, bo dziś pada ich wiele…
niedotrzymanych obietnic, zapewnień.
Świat jest spragniony prawdy.

Duch Święty mieszka we mnie?
Co to oznacza w kontekście dzielenia się Ewangelią?
Myślę, że mniej więcej tyle, że dostrzegam.
Raczej pocieszam, nie potępiam;
pochylam się, nie karcę; podnoszę, nie sądzę.
Wskazuję i inspiruję, jestem.

Nasuwa mi się analogia do mojej pracy.
Moi pacjenci są chorzy. Nie potrzebują ode mnie słów typu:
„Weź się w garść i zacznij chodzić”,
bo choćby nie wiem, jak bardzo chcieli, nie mogą.
Oni potrzebują mojego czasu, trudu, cierpliwości,
bym z ich udziałem, ale z moim zaangażowaniem
nauczył ich chodzić.

Przekazywać Dobrą Nowinę to właśnie, nauczyć ludzi chodzić.

To odpowiedzialność. Często samozaparcie.
Nauka patrzenia na drugą osobę, tak jak On patrzy na mnie.

Nauka na całe życie.

niedziela, 4 grudnia 2011

dwa rodzaje wiary

Służyłem Bogu przez 30, prawie 31 lat.
W rezultacie doszedłem do przekonania,
że są dwa rodzaje wiary.
Jeden mówi: "jeśli", a drugi: "pomimo".

Jeden powiada:
"Jeśli wszystko pójdzie dobrze,
jeśli moje życie się ułoży,
jeśli będę szczęśliwy,
jeśli nikt bliski nie umrze,
jeśli odniosę sukces,
wtedy będę wierzył w Boga,
odmawiał modlitwy,
chodził do kościoła
i oddawał tyle, na ile mnie stać".

Drugi mówi:
"Pomimo że zło się panoszy,
pomimo że zalewam się potem w ogrodzie Getsemane,
pomimo że muszę wypić kielich na Golgocie
- pomimo tego wszystkiego,
pomimo całego bałaganu,
będę ufał Panu, który mnie stworzył".

George Everett Ross

wtorek, 29 listopada 2011

ufność

Przez niespełna trzy miesiące
rehabilitowałem
panią Krystynę.
Zaczynaliśmy od całkowitego,
niezdiagnozowanego,
niedowładu kończyn dolnych.
Po okresie wspólnej pracy
udało nam się częściowo
uruchomić kończyny dolne
i stanąć na prostych nogach
przy wysokim balkoniku. Zapewne udało by się więcej, ale
na przeszkodzie stał strach i brak ufności pacjenta, że
nie upadnie, że jest asekurowany, że rehabilitacja wymaga czasu.
Przebijałem się przez tą barierą utrudniającą wydobycie
całego potencjału do ćwiczeń.
Gdy czułem się już zrezygnowany,
myślałem o Bogu, który analogicznie,
nierzadko natrafia na mur mojego braku ufności,
że to, jak prowadzi, choć nieraz niezrozumiałe,
jest dla mnie najlepsze.
Dopiero czyniąc retrospekcję mojego życia,
widzę głęboki sens chwil, kiedy wydawało się, że Bóg milczy,
a On, „ratował” moje życie.
Stosunkowo o wiele dłużej i przypuszczam,
że też i trudniej, zajmuje Mu uczenie mnie ufności
względem Niego i Jego prowadzenia,
niż mnie kosztowało to względem pani Krysi.
To, czego – mam nadzieję – choć trochę, jednak się nauczyłem,
jest fakt, że ufność Bogu się opłaca,
nawet, albo przede wszystkim, w okolicznościach,
kiedy wydaje się postawą nieznośnie trudną do przyjęcia.

piątek, 25 listopada 2011

pytania o Boga

Najczęstsze pytania,
jakie zadają osoby,
z którymi rozmawiam
o nadchodzącym, innym,
obiecanym świecie, to pytania
o tu i teraz, o ten świat:
„Gdzie jest Bóg, kiedy tyle chorób, kataklizmów?
Gdzie jest Bóg, kiedy umierają niewinni ludzie…, małe dzieci?”

Spróbowałem nie dawno zmierzyć się z tymi pytaniami.
Też…, sam sobie odpowiedzieć.
Zastanowić się, by móc bardziej zaufać.
Napisałem małą broszurkę o tytule: „Gdzie się podział Bóg?”
starając się odpowiedzieć, choć po trosze na te trudne,
odwieczne ludzkie pytania, które od wielu setek lat zadają ludzie.
Rozumiem jednak, że kiedy ból dotyka nas, czy jeszcze gorzej,
dotyka naszych najbliższych, kiedy nic nie możemy zrobić,
rodzą się automatycznie pytania: „Boże, gdzie jesteś?
Czemu nie reagujesz?” Choć w zasadzie, pytanie powinno brzmieć:
„Kościele, gdzie jesteś?” bowiem,
jeżeli kościół wypełniłby swoje zadania,
powierzone Mu przez Boga, niesienia pomocy i pociechy
zranionym i potrzebującym, to pytania typu
„Gdzie się podział Bóg?”nie byłby zadawane
z taką nachalnością. Wszyscy wiedzieliby wówczas,
gdzie jest Bóg, kiedy cierpią ludzie.
Jest w człowieku służącemu „jęczącemu w bólach” światu.

Czytając Ewangelię, obserwując Jezusa Chrystusa, który mówi
o Sobie: „Kto mnie widzi, widzi także i Ojca (J.14:9)”
widzę, że nie można rzucać sądów na Boga na podstawie nieszczęść,
które dotykają nas, naszych bliskich i ludzi w ogóle.
Odpowiedzią na wszystkie pytania dotyczące cierpienia
jest osoba Jezusa Chrystusa właśnie.
On, Boży Syn, obraz Boga Niewidzialnego przyszedł na ziemię
i nie przyniósł choroby, ale uzdrowienie,
nie przyniósł śmierci, ale życie, nie przyniósł bólu, ale ukojenie.
W ten sposób pokazał czego chce dla świata Bóg.
Kiedy wreszcie opuścił ziemię, obiecał, że powróci
i odnowi tą skażoną ziemię,
przywróci ją do stanu zamierzonego przez Boga.

Z życia Jezusa nie dowiemy się dlaczego trzęsienia ziemi
nawiedzają te miejsca kuli ziemskiej, które nawiedzają,
ani dlaczego choroba o nazwie wywołującej przerażenie
zabija jednego człowieka, drugiego omijając.
Dowiemy się za to, że to jak wygląda dzisiejszy świat
nie jest wolą Bożą i Jemu to, co dzieje się na ziemi
też się nie podoba. Patrząc na Jezusa widzimy co czuje Bóg,
gdy patrzy na nieszczęścia, przez które przechodzą ludzie.

Więc patrzę, jak zachowuję się Jezus spoglądając
na zapłakane siostry po śmierci swego brata,
jak reaguje na wdowę, która utraciła swego jedynego syna.
Czytam Ewangelię i widzę spływające łzy po Jego policzkach,
smutek i wzruszenie.

Twarz Jezusa to twarz Boga, a twarz ta jest zalana łzami.

Po czym, nie czekając zbyt długo, Jezus czynił uzdrowienie,
wskrzeszał, dawał nowe życie. Za to wszystko świat go ukrzyżował.
Ukrzyżowali Go źli ludzie.
Ale i nasze grzechy wbijały gwoździe w Jego ciało.

On obiecał jednak, że przyjdzie znowu
i rozpocznie nową erę w dziejach ludzkości
o której Jan objawiciel zapisał:

„I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już nie będzie.
Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie,
bo pierwsze rzeczy przeminęły”.

Po czym dodał: „Słowa te wiarygodne są i prawdziwe”.

niedziela, 20 listopada 2011

łaska spływająca w najgłębsze doliny

Od pewnego czasu rozmawiam z koleżanką w pracy na temat Bożej ręki wyciągniętej
do wszystkich ludzi.
Nie narzucając się,
wyczuwając lęk pójścia
w nieznane, staram się
mówić jej o łasce spływającej
w najgłębsze doliny. Ostatnia nasza rozmowa była dla mnie nie pierwszą już obserwacją tego, jak nieznana jest dzisiaj prawda
o Bożej łasce skierowanej do upadłych i niegodnych, małych ludzi.
W pewnym momencie odpowiedziała na moje słowa:
„Wiem, że wiele mi pokazujesz, ale ja czuję się niegodna.
Jestem zbytnią grzesznicą”.

NIEGODNA, by przyjąć Boga.

Jezus zaś przyszedł nie do tego co ma się dobrze, ale do tego co chore i niegodne właśnie.

Ten kto czuje się zdrowy, godny i dobrze mu z takim samopoczuciem jest o krok, by odrzucić Bożą łaską. To właśnie postawa niegodności, jest postawą nad którą pochyla się Boży Syn. Tyle, że ta postawa nie może uczynić nas obojętnych na Bożą miłość, a raczej pokierować do pokory i skruchy przed szukającym człowieka Ojcem.

Przy pierwszym spotkaniu z Chrystusem, Piotr przypadł Mu
do kolan, mówiąc:
„Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”.

Piotr również czuł się niegodny. Spotkanie z Bożym Synem spowodowało u niego poczucie braku własnej wartości.

Rekcją Jezusa były przewijające się przez całą Biblię słowa:
„Nie bój się”.

Od tamten pory zaczęło się nowe życie Piotra,
w wędrówce za Jezusem.

Być może, tak jak dla mojej partnerki z pracy,
trudność w otworzeniu serca na Boga
leży w poczuciu swojej niegodności właśnie.
Może przyczyną tego jest nie dostrzeganie różnicy
między czasem zakonu, a obecnym czasem łaski.
Prowadzi to wówczas do przekonania,
że opowiadając się, na serio, za Jezusem, jednocześnie uchybiając
w czymś, jesteśmy odrzucani na wieki
i stajemy się jeszcze bardziej niegodni.
Obserwuję, że nierzadko ludzie mylą chrześcijaństwo
z literą prawa, pozbawioną osobistej relacji z Chrystusem,
a skupiającą się na bezwzględnym
i suchym przestrzeganiu zakazów i nakazów
narzucanym przez ich kongregację/kościół.
W tym wszystkim zanika gdzieś przekaz o cudownej Bożej łasce
i przebaczeniu naszych chwil taplania się błocie grzechu.

Każdy może przyjść do Chrystusa. Nie ma ludzi tak niegodnych,
aby nie mogli zawołać: „Jezu, przemień moje życie”.
Dlatego nie ma na co czekać.
Bóg poprzez Jezusa daje nam przebaczenie,
jedna nas ze Sobą, nadaje nowy sens dla naszego życia.
Cały czas wyciąga swe ręce, bo
On kocha ludzi z uwagi na swój, a nie nasz charakter.

To Jego łaska, która wciąż zdumiewa i zadziwia,
bo stoi w opozycji do intuicji,
że za popełnione przestępstwa trzeba zapłacić cenę.

W przypowieści o synu marnotrawnym Jezus opowiada o ojcu, który nie bacząc na powszechne drwiny ludzi i złośliwe komentarze swego starszego syna puszcza się biegiem na spotkanie syna, który roztrwonił połowę majątku rodzinnego odwróciwszy się od niego, aby go uścisnąć i powiedzieć, jak bardzo, niezmiennie go kocha.

To właśnie Boża łaska. To, co najlepsze może zrobić człowiek,
to ją przyjąć i na nią odpowiedzieć.

niedziela, 13 listopada 2011

jaki jest Bóg?


Ludzie dorastają
z różnymi teoriami
na temat tego,
jaki jest Bóg.
Niejeden wyobraża sobie Boga,
jako kogoś mieszkającego
gdzieś w dalekim niebie,
o głosie, jak grzmot,
który od miłości woli strach i respekt.
Natomiast Bóg jest bliżej nas, niż nam się wydaje.
Zbliżył się do nas w osobie Jezusa Chrystusa.
Jezus objawił nam Boga, jako naszego Ojca, Abbę (czyli Tatusia).
„Kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” – powiedział.
Tak więc, jaki jest Jezus, taki jest Bóg.
Kiedy więc mamy wątpliwości,
jaki jest Bóg, jaki jest Jego charakter,
spoglądajmy na Jezusa szukając w Nim odpowiedzi.
Gdy szukasz więc odpowiedzi,
czy Bóg przeznaczył ludzi cierpiących i płaczących
na życie w nieszczęściu, spójrz na słowa Jezusa z kazania na górze.
Kiedy zadajesz sobie pytanie, czy Bóg troszczy się o ciebie,
przeczytaj co Jezus mówi o małych wróblach.

Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa?
A przecież bez woli Ojca waszego,
żaden z nich nie spadnie na ziemię. (Mat. 10:29)


Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy?
A przecież żaden z nich
nie jest zapomniany w oczach Bożych. (Łuka. 12:6)


Dwa wróble kosztują jeden as
(w czasach Jezusa była to drobna rzymska
jednostka monetarna z brązu, równa 1/16 denara).
Z powyższych słów Chrystusa oznacza,
że jeżeli ktoś kupił cztery wróble,
to piątego dostawał gratis.
Ale Bóg troszczy się nawet o tego piątego ptaszka.
("nie jest zapomniany w oczach Bożych").


Nie ma ani jednej rzeczy na tym świecie,
którą nie byłby On osobiście zainteresowany.
Tym bardziej Bóg interesuje się tobą.
Pofatygował się nawet policzyć włosy na twej głowie.

U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie.
Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.
Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi,
przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.
(Mat. 10:31n)


Taki jest nasz Bóg.
Warto przyznać się do Jezusa
i zbliżyć się przed tron Jego łaski.

czwartek, 10 listopada 2011

litera i duch


"Tak jak człowiek składa się
z ciała i duszy, i podobnie
jak ciało jest siedzibą duszy,
tak samo święte teksty
składają się z litery i ducha,
gdyż litera jest jak gdyby
szkatułą albo muszlą,
w której znajduje się duch".

Sebastian Castellion

Paweł apostoł naucza, że sama litera zabija, duch zaś ożywia.
Można więc sięgać po Biblię, po to, by uzbrajać się w wiedzę
i wykorzystywać słowo Boże do szermierki słownej z tymi,
którzy wierzą i rozumują je inaczej. W taki sposób można
spędzić całe swoje życie, będąc przekonanym, że broni się
"prawdy raz świętym podanej" (oczywiście siebie uważając
za tego, który wszystko najlepiej za sprawą Ducha
- a jakże - pojął), jednocześnie będąc dalekim od prostego
Chrystusowego wezwania do głoszenia tego
"co głupie w oczach świata", tym, którzy z owym "głupstwem"
jeszcze w istocie się nie zetknęli.
Można żyć w takim matriksie raniąc i poniżając innych...
Ukryty zaś duch w literze nie poniża ani nie rani,
ale niesie Zbawienia. Podźwiga, zachęca, pobudza, oczyszcza.
Daje nowe życie, pachnące jak chleb, świeżością.

wtorek, 8 listopada 2011

otworzone oczy


Mówili więc do niego:
„Jakżeż oczy ci się otwarły?”
On odpowiedział:
„Człowiek, zwany Jezusem,
uczynił błoto, pomazał
moje oczy i rzekł do mnie:
„Idź do sadzawki Syloe
i obmyj się”.
Poszedłem więc,
obmyłem się i przejrzałem.
(J. 9:10n)


Tak wygląda nasze życie. Nierzadko zmagamy się z jakimś problemem, który nas przytłacza i przygnębia. Zmagamy się dzień, dzień następny, tydzień, miesiąc, może rok, może nawet latami… nie znajdując rozwiązania. Zdarza się jednak, że nieraz przychodzi ktoś… mówi kilka zdań i to co nas przytłacza, mija. Znajdujemy rozwiązanie. Sprawa staje się dla nas jasna. Mówimy wówczas: „dziękuję, że otworzyłeś moje oczy”.

W naszym życiu jest wiele spraw, których nie rozumiemy. Nie rozumiemy, dlaczego do naszego domu wprowadziła się choroba,
a może nawet śmierć. Nie rozumiemy, dlaczego inni nas nie rozumieją. Nie rozumiemy, dlaczego pomimo naszych wysiłków
i starań, jakby mijamy się z tym, czego tak naprawdę, w głębi pragniemy, szukamy, za czym tęsknimy.

Nasze życie mija. Szybko mija. Świat w którym żyjemy, nie pozwala nam się zatrzymać. To wszystko sprawia, że w tym natłoku codziennych spraw i zajęć, tęsknimy za kimś takim, kogo spotkał ślepiec z powyższej ewangelicznej historii. Potrzebujemy przejrzeć na oczy. Potrzebujemy tego, by ktoś położył swoją dłoń na naszych oczach i żebyśmy zobaczyli, gdzie kryje się sens naszego życia. Gdzie można znaleźć prawdziwe, niezawodne, szczęście? Potrzebujemy olśnienia. Potrzebujemy zobaczyć, gdzie jest cel naszego życia. Potrzebujemy kogoś, kto wskaże nam właściwą drogę.

Kimś takim dla tamtego ślepca, był Jezus Chrystus. Jezus sprawił, że ślepiec przejrzał, że zobaczył twarze ludzi dookoła siebie, kolory drzew, błękit nieba. Człowiek, który nie widział, przejrzał! Zobaczył świat w którym żył, taki, jaki był w rzeczywistości. Znikła ciemność z jego oczu. Zajaśniała jasność.
Ślepiec zobaczył też tego, dzięki któremu przejrzał.

Jezus Chrystus.

Znamy to imię. Kto Go dzisiaj nie zna? Niewidomy również znał to imię. Słyszał od ludzi, że jest ktoś taki, jak Jezus. Jednak, dopiero, gdy go spotkał, przejrzał.

Od momentu, kiedy otworzone zostały oczy ślepca,
odważnie opowiadał on, że Jezus przyszedł od Boga,
nie zważając na nieprzychylne ku temu warunki.

Kto spotkał Pana, opowiada się za Nim w każdej sytuacji.

sobota, 5 listopada 2011

...po koncercie

Jezus Chrystus jest Zbawcą,
który przychodzi do każdego, bez wyjątku.
Niektórzy mówią, że to my szukamy Boga.
To nieprawda!
To Bóg szuka nas.
Przychodzi, by wziąć nasze życie w swoje ręce.
Nie na chwilę, nie troszeczkę, ale całe i na zawsze.

Dzisiaj, podczas koncertu Syloe, kolejny raz,
dało się przeczuć, że przechadza się pośród nas.
Wspaniały czas.

wtorek, 1 listopada 2011

muzyczna sadzawka Syloe w Chrzanowie

5 listopada 2011r., o godz. 15.30
w chrzanowskim MOKSiR (sala teatralna)
zaśpiewa krakowski chór Syloe.

Chór podzieli się repertuarem: „Znaki. Zapytania”


Usłyszymy… pytania, które padały dawno,
w Galilei, w czasach Jezusa,
które przetrwały w nas, ludziach, do dziś, bo dotyczą
bólu i cierpienia, szukania szczęścia, powodzenia i lepszego życia.
Chór poprowadzi nas drogą w szukaniu odpowiedzi…

Syloe – swoją nazwę chór zaczerpnął z Ewangelii.
Syloe to nazwa sadzawki w Jerozolimie z czasów Chrystusa,
do której Jezus posłał niewidomego, aby się obmył i przejrzał.
Woda sadzawki Syloe wykazało wówczas cudowną
moc uzdrawiania, na wskutek której ślepiec przejrzał.

Chór Syloe powstał w 2005, z pomysłu grupy muzyków,
pasjonatów muzyki wartościowej, skłaniające do refleksji
nad życiem i jego sensem. Od tamtego czasu spotykał się
na comiesięcznych próbach w Chrzanowie, gdzie powstawały
nowe repertuary, z którymi chór zapraszany był na koncerty
do takich miast jak Kraków, Poznań, Białystok, Nowy Sącz,
Kołobrzeg i wielu innych. Od początku 2010 roku chór przeniósł
swoje próby z Chrzanowa do Wieliczki, gdzie obecnie doskonali
nowe programy muzyczne. Teraz, prawie po dwóch latach Syloe
zawita znowu do Chrzanowa. Podzieli się niezwykłym
pod względem słowa i muzyki repertuarem: "Znaki. Zapytania".

Syloe to soliście, chór w tle i zespół instrumentalny.
Chór wykonuje muzykę z pogranicza gospel, soft rocka i popu.

Spotkanie z chórem Syloe to spotkanie z muzyką,
która porywa, zastanawia i pobudza.
Niekonwencjonalne aranże muzyczne, autorskie teksty
i kompozycje, sprawiają, że chór trafia do szerokiej,
niezależnie od wieku publiczności. Zapowiada się piękny koncert.

Warto przyjść i posłuchać, tym bardziej, ze wstęp jest wolny.
Zapraszam.


niedziela, 30 października 2011

jestem wdzięczny


To był rok po tym, jak odnalazł mnie Jezus.
Śpiewałem... Dzisiaj śpiewam. Jestem WDZIĘCZNY!
Wiem kim byłem bez Niego.
Znam swoje życie „przed”, zanim Go poznałem.
Znam swoje życie „po”, kiedy Go poznałem.
Jestem WDZIĘCZNY!

sobota, 29 października 2011

prześladowani chrześcijanie

A oni zwyciężyli dzięki krwi Baranka
i dzięki słowu swojego świadectwa
i nie umiłowali dusz swych - aż do śmierci.
(Ap. 12:11)


Każdego dnia na świecie prześladowanych jest
200 milionów wyznawców Chrystusa.
Są torturowani i mordowani.
Niedawno w Nigerii tysiąc chrześcijan zostało zabitych
maczetami i spalonymi
żywcem przez
muzułmańskie bojówki.

Żadna inna grupa religijna
nie doświadcza takiej dyskryminacji.
Co roku radykałowie mordują 90 tysięcy chrześcijan.

W Arabii Saudyjskiej za samo wspomnienie o Biblii można dostać
kilkaset batów i kilka lat więzienia.
W komunistycznej Korei
wyznawanie chrześcijaństwa karane jest śmiercią.
Tam państwo narzuciło religię, którą jest czczenie przywódcy.
Jeśli tego nie robisz, jesteś zdrajcą i trafiasz do więzienia.
Egzekucja grozi nawet za posiadanie Biblii.

http://www.opendoors.pl/
http://www.gpch.pl/



Żyję w wolnym kraju, gdzie prześladowaniem mogę nazwać jedynie
gdy ktoś obelgą rzuci mi w twarz, wyśmieje, obmówi.
W krajach Azji i Afryki giną ludzie.
Małym jestem człowiekiem nasłuchując tego wszystkiego.

Modlę się.

czwartek, 27 października 2011

Czcij ojca i matkę


Poruszyły mnie wczoraj słowa
jednego pacjenta w szpitalu.
„Od 48 lat zawsze
odwiedzałem grób rodziców.
W tym roku po raz pierwszy nie będę.
Dla nas rodzice zawsze byli ważni.
Na pierwszym miejscu Bóg.
Za Nim rodzice”
– ze wzruszeniem, łzą w oku powiedział około 80-letni pacjent.

Te parę słów zwróciło moją uwagę na jedno z 10 słów zapisanych
na kamiennych tablicach z góry Synaj:
Czcij ojca swego i matkę swoją.

Chociaż istotą V przykazania z góry Synaj jest
obdarzać swoich rodziców szacunkiem,
miłością i wdzięcznością za życia,
to jednak zachowanie ich w szczególnej
swojej pamięci po ich śmierci
jest również elementem pochylenia się
nad Bożym przykazaniem.

To był piękny obraz. Te słowa były tak prawdziwe.
Tyle było w nich uczuć, tęsknoty, ciepła.

Przypomina mi się stary, nie żyjący już Żyd, Jakub Muller.
Spotkaliśmy się w Nowym Sączu. Choć mieszkał na stałe w Szwecji,
przez 18 lat przyjeżdżał co roku do Polski,
gdzie żyli jego przodkowie
i gdzie została pochowana jego rodzina.
„Póki Bóg będzie dawał mi sił będę tu przyjeżdżał” – mówił.
Czcij twego ojca i twoją matkę, abyś długo żył na ziemi,
którą Pan, Bóg twój, ci daje.

To przykazanie było w nim nawet po śmierci rodziców.
To przykazanie odnosił również do swoich rodaków, braci,
których w większości nie znał,
ale płynęła w nich jedna żydowska krew.
To wystarczyło, aby tak mocno się zbratać
i pół każdego roku oddawać w czci
ku swoim przodkom.
Obietnica Boża co do długości życia człowieka wypełniającego
te polecenie wypełnia się w tym człowieku.

Jakub Muller zmarł w wieku 90 lat.

Warto każdego dnia uczuć się
odwzajemniać miłość naszych rodziców
do nas dzieci, szczególnie wówczas, gdy już się starzeją
i nie nadążają za biegiem tego świata
i zostają gdzieś w iluzorycznym tylko tyle…
Byśmy nie musieli w smutku powiedzieć
za księdzem Twardowskim:
„Śpieszmy się kochać ludzi (rodziców), tak szybko odchodzą”.

niedziela, 23 października 2011

posłuchać Bożych uczuć

Praca na oddziale rehabilitacji neurologicznej nierzadko stanowi czas refleksji. Tu opiekuję się, ćwiczę, rozmawiam z osobami po zawałach mózgu oraz z różnymi chorobami neurologicznymi. Przedział wiekowy jest różny. Osoby młode i starsze wiekiem.
Ta druga grupa osób trafia do nas dość często z zaburzeniami psychoorganicznymi, czyli z zaburzonymi funkcjami psychicznymi, wywołanymi przebytym uszkodzeniem mózgu.
To osoby o ograniczonym kontakcie, często zamiast pomóc, przeszkadzają we własnej rehabilitacji. Nie wspomnę już
o problemach natury fizjologicznej.

Wśród takich ludzi pracuję. Rehabilituję. Rozmawiam. Nieraz modlę się. Nieraz upadam. Tracę cierpliwość, siłę… Wzdycham do Ojca. Wówczas delikatnym głosem mówi On do mnie: „Zobacz, tak, jak ty zajmujesz się chorymi, ja zajmuję się ludźmi i zajmuję się tobą. Stwarzasz nierzadko o wiele większe problemy niż ci chorzy ludzie. Jestem jednak cierpliwy, prowadzę cię, kiedy trzeba, leczę, bo cię kocham”.

Po takich chwilach trudu mojej pracy, rozumiem Go bardziej… Zastanawiam się nad tym, co On czuje. Dostrzegam, że zbyt często, zajęty swoimi uczuciami, prośbami, sprawami, zbyt mało poświęcam czasu, by posłuchać uczuć mego Abby, Ojca.
Tu w szpitalu dostrzegam, że jestem nieraz tak mocno zajęty moimi uczuciami, że nie umiem usłyszeć Jego uczuć.

Słowa Boga z Księgi Ozeasza nie dotyczą tylko Izraela:
„Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem i syna wezwałem z Egiptu. Im bardziej ich wzywałem, tym dalej odchodzili ode Mnie, składali ofiary Baalom i bożkom palili kadzidła. A przecież Ja uczyłem chodzić Efraima,
na swe ramiona ich brałem; oni zaś nie rozumieli, że przywracałem im zdrowie”.


Mam głębokie przekonanie, że Bogu nie zależy tak bardzo na tym, abyśmy Go analizowali. On przede wszystkim chce być kochany. Niemal całe Jego słowo przedstawia to właśnie przesłanie. Bóg jest spragniony miłości ludzi.

Sam nią obdarza. Na Golgocie eskalowała Jego miłość. Bóg zajął się każdym człowiekiem… Za każdego zawisł na krzyżu umiłowany, jednorodzony Boży Syn, Jezus.
Ilu ludzi dziś zajmuje się Bogiem?

środa, 19 października 2011

nie ekonomiczna droga

Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością (Mar.10:21).

Nigdzie nie zobaczymy Jezusa,
jak ciągnie kogoś za ucho i mówi: „chodź za Mną!”
Przeciwnie. Widzimy Jezusa,
jak przedstawiając konsekwencję wyboru
mówi: „decyzję podejmij sam”.

Jezus zwerbowałby dla Ojca
o wiele więcej posłusznie wierzących ludzi,
gdyby użył swej mocy,
uderzając piorunem z nieba w paru niegodziwców.
Ale nie o posłuszeństwo w Ewangelii chodzi.
Chodzi o miłość. Miłość człowieka do Boga.

A tylko otrzymując miłość, można odpowiedzieć miłością.
Przymus nie jest środkiem podboju ludzkich serc.

Dlatego Bóg proponuje, nie zmusza:
„Zbliżcie się do Mnie, a ja zbliżę się do was”. (por. Jak.4:8)
Nie sposób jest zrozumieć kogoś, kogo nie zechce się poznać.

Bóg nie wybrał ekonomicznej drogi zbawienia świata.
Spoglądając z miłością na człowieka, ryzykuje tym,
że stanie się bezsilny, gdy obdarowana miłością osoba
postanowi tym uczuciem wzgardzić.

Bóg w całej swojej mocy nie może zrobić tylko jednej rzeczy;
zmusić kogoś do miłości.

wtorek, 18 października 2011

każdego ranka

Każdego ranka mojego życia
na nowo muszę kruszyć skorupę swojego ja,
świeżo narosłą wokół mnie, aby Twój Duch mógł tchnąć
i wytrząsnąć ze mnie ciemność, rozerwać sieć,
jaką utkał diabelski pająk z ciała
- gotowy schwytać duszę,
zanim się przebudzi,
by mogła sennie leżeć i słuchać węża.

George McDonald

piątek, 14 października 2011

bojaźń Boża


Czemuż, o Panie, dozwalasz nam błądzić
z dala od Twoich dróg,
tak iż serce nasze staje się nieczułe na bojaźń przed Tobą? Odmień się przez wzgląd na Twoje sługi
i na pokolenia Twojego dziedzictwa.
(Księga Izajasza 63:17)


Wśród Żydów krąży taka opowieść: „Gdy rabin Jochanan ben Zakkai umierał, jego uczniowie zgromadzili się wokół łoża chorego
i poprosili o błogosławieństwo. Rabin powiedział wówczas: „Oby wasz lęk przed Bogiem był tak silny, jak wasz strach przed ludźmi!”. „To wszystko?” zapytali uczniowie – rozczarowani skromnością błogosławieństwa”.

To dziwne, ale obawa przed reakcją ludzi na nasze zachowanie jest nieraz większa niż obawa, jak na to wszystko spojrzy Bóg. Są rzeczy, których nie wstyd nam czynić w samotności, a których nie zrobiliśmy przy ludziach nas obserwującymi. Są myśli, które nie chcielibyśmy, by kiedykolwiek zostały wyjawione. Powód – wstyd.

Bóg zna nasze uczynki i myśli.
Jednak przed Nim rzadziej niż przed ludźmi rodzi się w nas wstyd.

Mój przyjaciel, Tomek Żółtko, napisał kiedyś
kapitalną, szczerą obserwację:
„Ciekawe, że przed Tobą Nieskończenie Świętym nie wstyd mi wstydzić się za moje życie. Natomiast przebywając wśród innych podobnie przecież niedoskonałych robię wszystko aby patrzono na mnie lepszym niż jestem w istocie” (T. Żółtko).

Obecność drugiego człowieka przy nas, naturalnie, powoduje,
że nie robimy głupstw, ponieważ jesteśmy obserwowani.
Przykład: poranek niedzielny w kościele.
Tam wszyscy jesteśmy skłonni do dobrych słów, gestów, zachowań. Niekoniecznie tak łatwo nam to przychodzi, gdy wychodzimy z murów świątynnych,kiedy nie ma przy nas ludzi, przed którymi chcemy być porządni i szlachetni.

Dziwne, ale
sama obecność Boga nie wywołuje w nas tego, co wywołuje obecność drugiego człowieka.

Czy poszedłbyś do kościoła, gdybyś wiedział,
że będą tam pokazywać film o tym,
w jaki sposób zachowywałeś się przez ostatni tydzień?
Ludzki wzrok jest o wiele boleśniejszy do zniesienia niż Boży.
Można mieć większy respekt przed ludźmi niż przed Bogiem.

I nie wydaje mi się, że przyczyna koniecznie musi leżeć w tym,
że wierzymy w Boże miłosierdzie i przebaczenia bardziej
niż w ludzkie.

Być może, tak naprawdę, mamy większy respekt
przed ludźmi niż przed Bogiem.


Boże, stwórz we mnie serce czułe na bojaźń przed Tobą.

wtorek, 11 października 2011

Syloe w Chrzanowie

Powstały już plakaty i ulotki zaproszeniowe
na listopadowy koncert chóru Syloe w Chrzanowie.
To kolejny występ z cyklu "Źródło"
- chrzanowskie spotkania muzyczne.
Zapowiada się piękny koncert.
Wierzę, że atmosfera naszych spotkań również taka będzie.

niedziela, 9 października 2011

Źródło - chrzanowskie spotkania muzyczne


Każdy potrzebuje poczucia sensu życia, nadziei i ciepła.
Taka powinna być społeczność na nasze czasy.
To czyni człowieka szczęśliwym, a świat lepszym.
Chrzanowskie spotkanie muzyczne "Źródło" powstały z myślą,
by poprzez koncerty, spotkania z ludźmi, stworzyć przychylne
warunki ku temu, by taką właśnie społeczność tworzyć;
by razem dla siebie stawać się źródłem pozytywnych inspiracji.

"Źródło", ponieważ chcemy nakierować swoje myśli
ku źródłu wiary, nadziei i miłości, a więc ku Bogu,
dzięki któremu żyjemy, czujemy i kochamy.

Rozpoczęliśmy majowym spotkaniem z muzyką żydowską.
W Chrzanowie gościła grupa Hagada.
Fragmentu koncertu można wysłuchać pod adresem:
kech.chrzanow.pl/index.php/kazania

Kolejnym gościem chrzanowskich spotkań muzycznych "Źródło"
będzie chór Syloe, który zaśpiewa repertuar "Znaki. Zapytania".

Więcej szczegółów niebawem.

Zapraszam, wszystkich chętnych,
choć o źdźbło wzbić się ponad ziemię
do Chrzanowa lub do śledzenie cyklu spotkań
na zrodlo.blogspot.com

piątek, 7 października 2011

jak wielki rzeczy Bóg uczynił nam

Zwykła szkoła może stać się miejscem czci...
Paweł Kupski z zespołem zapowiada swoją płytę utworem, wyznaniem.
Polecam się zainteresować.
Niedługo pieśń ta zabrzmi w Chrzanowie.

wtorek, 4 października 2011

niepopularna rada


Jakub apostoł
w swoim liście
zapisał słowa,
– jak wskazuje rzeczywistość –
dość niepopularne
i (za?)trudne,
do przyjęcia:
Każdy człowiek winien być chętny do słuchania,
a nieskory do mówienia, nieskory do gniewu (Jak.1:19)


Mniej mówić, więcej słuchać.

Istota słów Jakuba, na którą zwraca już uwagę Pan Jezus,
uzdrawiając głuchoniemego człowieka (zob. Mar. 7:32n).
Kiedy pochylał się nad nim, nie powiedział:
„Przemów, zacznij mówić”,
ale najpierw:
„Niech otworzą się Twoje uszy”.
Najpierw słuch, potem język.
W takiej kolejności. Nie na odwrót.

Jakby inspirowany tą historią,
rzymski filozof, Epiktet z Hierapolis zapisał,
że dano „człowiekowi jeden język, ale dwoje uszu,
byśmy słyszeli dwa razy więcej niż mówimy”.

Więcej słuchać. Mniej mówić.

Będąc szczerym przed sobą,
piszę wprost:
Łatwiej pisać. Trudniej tak żyć.

Ze słuchaniem jest tak, jak ze wszystkim.
Trzeba się uczyć słuchać…,
bo, zdaje się, za dużo mówimy o innych ludziach,
za dużo wystawiamy ocen, „słusznych” sądów,
mamy zbyt dużą wiedzę o tym, co inni powinni,
a czego nie powinni.
Za mało próbujemy się wsłuchać,
postarać zrozumieć, spojrzeć w czyjeś oczy
i być może zobaczyć w nich siebie.
Wreszcie słuchać, kiedy ktoś mówi,
zamiast przygotowywać w przerwie,
kiedy nie mówimy,
ripostę.

W gadulstwie nie uniknie się grzechu – pisał Salomon.
Co ciekawe, istnieje również gadulstwo wewnętrzne,
kiedy nie werbalizuję słów, ale mamroczą mi się one w głowie
- sądy o innych ludziach… nigdy o sobie samym.



Gdyby zaś spróbować wsłuchać się w człowieka
niejednokrotnie usłyszelibyśmy zmagania z bólem,
walkę duszy z ciałem, wołanie o ratunek.
Zobaczylibyśmy czyjeś potrzeby,
być może, do których wzywa nas, ku pomocy,
Bóg słabych i poniżonych.

środa, 28 września 2011

mowa duszy


Jezus, przebywając
w jakimś miejscu,
modlił się,
a kiedy skończył,
rzekł jeden
z uczniów do Niego:
Panie, naucz nas
modlić się
(Łuk. 11:1).


Czym jest modlitwa?
Dzieciom tłumaczymy, że to rozmowa z Bogiem.
To prawda, ale modlitwa jest czymś o wiele większym.
Dawid w jednym ze swych psalmów pisze, że Bóg wie,
co powiemy, zanim wypowiemy jakiekolwiek słowo.
W modlitwie nie chodzi więc o słowo.
Słowo stoi na drugim planie.
W modlitwie chodzi o coś więcej – chodzi o serce.
Modlitwa jest szukaniem Boga sercem,
to rozmowa z Bogiem sercem.
W sercu dochodzi do kontaktu człowieka z Bogiem
i do pogłębiania tej więzi.
W sercu zaczyna się życie duchowe,
kiedy Bóg i człowiek tam się spotkają.
Dawid modlił się:
O Tobie mówi moje serce:„Szukaj Jego oblicza!”
Szukam, o Panie, Twojego oblicza (Ps.27:8).

Pan Bóg potwierdza tę drogę społeczności z Nim:
Będziecie Mnie szukać i znajdziecie Mnie,
albowiem będziecie Mnie szukać z całego serca (Jer.29:13).


Jezus uczył takiej modlitwy.
Po męczącym dniu szedł na rozmowę z Ojcem.
Ta rozmowa była ważniejsza niż odpoczynek.
Ona sama była odpoczynkiem.
Ja po męczącym dniu zamieniam parę słów z Bogiem i idę spać.
Postanawiam więc modlić się wcześniej niż przed samym snem.
Rano Jezus też wstawał przed wszystkimi, aby się modlić.
Ciekawe, skąd czerpał siły
na te ekstremalne czasowo spotkania z Ojcem?
I tu nie mogę się usprawiedliwiać,
tylko z pokorą przyjąć naukę Jezusa,
że tyle znajdę czasu i siły na modlitwę,
na ile jest ona dla mnie autentycznym spotkaniem
z żywym Bogiem, którego kocham.
A to wcale nie jest takie oczywiste.
Czasami to spotkanie mogę zamienić na rozmowę
z sufitem mojego pokoju,
kiedy modląc się wieczorem, myślami jestem w łóżku,
modląc się rano – w pracy .

(fragment z "Prawda głodna odwagi")

wtorek, 27 września 2011

modlitwa Hioba

Panie naucz mnie milczeć
naucz milczeć mój język
i moje wargi
Naucz milczeć moje serce
Naucz mnie nie odpowiadać
na źle postawione pytania
i fałszywe oskarżenia
Naucz mnie milczeć
nawet kiedy mówię

Naucz mnie milczeć
kiedy chcę krzyczeć
kiedy milczenie boli
Naucz mnie nie skarżyć się
nie mówić o zmienności życia
jak ciężkie ono
jak mało w nim wszelkiego sensu

Naucz mnie sensu milczenia
i milczenia sensu

Naucz mnie abym i w śmierci milczał
bo są tacy których śmierć
krzyczy zawczasu do samego nieba

Naucz mnie modlitwy
która jest tęsknotą
i o nic nie prosi

Naucz mnie milczeć
zwłaszcza wobec tych
których kocham
niech nigdy słowo
od nich mnie nie rozdzieli

Naucz mnie milczenia
chorego zwierzęcia
milczenia chmury deszczu trawy
milczenia wieczoru i nocy
milczenia dobroci
i wdzięczności
Panie naucz mnie milczenia snu
milczenia wszystkich moich umarłych

Naucz mnie Panie
swojego
najgłębszego milczenia


Anna Kamieńska

sobota, 24 września 2011

szepty Boga


Zdarzyło się
w latach siedemdziesiątych,
gdy na rynku nie było
jeszcze stroików do gitary,
a ja próbowałem swych sił
jako muzyk
(nawiasem mówiąc,
mimo upływu lat
wciąż czekam na rozwój kariery)
i przygotowywałem się właśnie do występu
na zjeździe młodzieżowym. W tamtych czasach,
aby nastroić gitarę, należało dopasować
do siebie brzmienie sąsiadujących strun.
Wprawdzie nie było to przesadnie trudne zadanie,
ale inny biorący udział w imprezie zespół radził sobie
podczas próby dźwięku naprawdę nieźle.
Mój skromny Martin wypadał blado w konfrontacji
z potężnymi wzmacniaczami Marshalla
należącymi do tych napędzonych adrenaliną krzykaczy.
Przysuwałem ucho coraz bliżej otworu rezonansowego
i jednocześnie szarpałem struny najmocniej jak tylko potrafiłem,
ale ryki konkurentów wciąż niweczyły moje najlepsze starania.
Wtedy wpadłem na pomysł, aby ucho położyć
na świerkowym pudle mojego instrumentu.
Gdy tak zrobiłem, rockmani mogli podkręcać
swoje wzmacniacze do oporu, a ja mimo to słyszałem
brzmienie swojego akustyka – wyraźne, pełne słodkie.
Tak samo jest z Bogiem. Jeśli On chce nam coś przekazać,
z nikim nie konkuruje, nie walczy o naszą niepodzielną uwagę.
Często daje tylko drobny sygnał, który łatwo zignorować,
jeśli nie rozpozna się Źródła. Pan szepcze delikatnym głosem,
który wręcz zaprasza nas do tego, abyśmy uchem
– a nawet całym swoim życiem – przylgnęli do Jego ust.
(za W.Cordeiro)


Bóg przemawia… szepcze.
Jego głos jest jak delikatny powiew wiatru,
łagodny, subtelny, ciepły, pełen czystości i głębokości.
Kiedy jestem przygotowany by słuchać, przeszywa.
Nierzadko jest jednak w opozycji do moich wyuczonych zachowań,
schematów myślowych, uderzający w moje wyrywające się
do głosu „ja”. Nierzadko również, to krzykliwe „ja”
zagłusza Boży szept, szczególnie wówczas,
kiedy w porywie emocji nie zdążę się zatrzymać
i posłuchać o tym, co i jak powinienem powiedzieć.
Kiedy jednak przykładam ucho do Jego ust,
dzieją się rzeczy niezwykłe.
Dzięki szeptowi Boga poznałem półtora roku temu Lidzię.
Wówczas chorą na anoreksję, niepokojąco zbliżającą się
ku najgorszemu. Dziś zdrową kobietę, pełną pokoju i ufności.
Dzięki takim szeptom wydarzyło się wiele niezwykłych rzeczy.

W taki sposób Bóg kładzie swoją rękę na dziecka ramieniu
i mówi: „jestem BLISKO”.

wtorek, 20 września 2011

chrześcijanin?

Chrześcijanin powinien być człowiekiem nieprzeciętnym.
Mądrym, subtelnym i prawym. Chrześcijanin musi
rozumieć życie. Umieć usłyszeć człowieka obok,
aniżeli tylko do niego mówić. Jego cel to przyszłość.
On nie podlega "owczym pędom". Dla niego Ewangelia
to coś więcej niż niedzielne kazanie. Chrześcijanin
to świetny przyjaciel, maż, pracownik, człowiek
umiejący się zachować w każdej sytuacji.
Chrześcijanin może być niezrozumiały,
ale swoją nową naturą, powinien zmuszać do refleksji.

poniedziałek, 12 września 2011

24/7



Syloe
5 listopada zaśpiewa w Chrzanowie.
Godz. 15.30. Sala teatralna chrzanowskiego Domu Kultury.

Niezwykła muzyka z niezwykłym słowem.

piątek, 9 września 2011

istota chrześcijaństwa


Istota chrześcijaństwa
nie polega na wierze
w bezduszne dogmaty,
ani nie polega na życiu
pod ciężarem
nakazów i zakazów,
zasad postępowań
i innych sztywnych reguł.
Chrześcijaństwo to nie wizyty w kościele
ani nie słowa, myśli, czy gesty
a żywa i prawdziwa, osobista więź z Jezusem.
Gdy brak relacji ze zmartwychwstałym Panem
nie ma mowy o chrześcijaństwie,
nawet gdy zna się to imię i je wypowiada.
Chrześcijaństwo bez relacji z Chrystusem staje się
teoretyczne i martwe.
Człowiek będzie się spełniał w pracy, w domu,
w obowiązkach codziennych, ale ciągle będzie jak ten,
który pije, a mimo wciąż pragnie,
spożywa, lecz nadal łaknie.

Kiedyś Jezus zawołał donośnym głosem…
I dziś woła…

Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie
– niech przyjdzie do Mnie i pije!
Jak rzekło Pismo:
Rzeki wody żywej popłyną z jego wnętrza.
(J.7:37n)

sobota, 3 września 2011

...wyznanie


Znasz mnie, Ojcze, lepiej,
niż ja samego siebie.
Masz więcej cierpliwości do mnie,
niż ja sam do siebie.
Kiedy zawodzę i kolejny raz
powtarzam te same głupstwa,
Ty ciągle mi ufasz,
wyciągasz swoją rękę
i kładziesz ją na mym ramieniu.
Wychowujesz mało pojętnego syna,
do którego nieraz tak skutecznie
dociera ogrom Twego miłosierdzia,
że płacze i łzami wypowiada swoje wyznanie,
że największym jego szczęściem jesteś Ty.
Słowo „wielka” to za mało,
by określić Twoją miłość.

Tęsknię za czasem, kiedy spotkam się z Tobą w świecie,
którego nie widziało moje oko.

Dziś zaś przeczucie tego, że jesteś we mnie, jest jak tlen.
Tlen, który niesie życie.
Nowe życie.

czwartek, 1 września 2011

wyznawajcie grzechy


Wyznawajcie tedy grzechy jedni drugim
i módlcie się jedni
za drugich,
abyście byli uzdrowieni. (Jak.5:16)


To Boża droga, do skutecznej walki z grzechem.

„Wyznawać” (grec. exomologeo) – to w dosłownym tłumaczeniu
„mówić to samo”, „zgadzać się”.
Kiedy wyznaję swój grzech społecznie mówię o nim to samo,
co mówi o nim Bóg.

Zastanawiam się, jak częste we współczesnym kościele
są takie społeczności?
Sam uczestniczyłem w kilku tylko.
Warunkowało ja zaufanie względem siebie
wszystkich zgromadzonych.
Wyznawane były wówczas konkretne grzechy, z imienia.
Społeczności te cechowała pokora i uniżenie przed Bogiem.
Modlitwa i wezwanie na pomoc tego, który silniejszy jest
od ciemnych sfer naszego życia.

Jak mocno przeczuwaliśmy wówczas obecność
przechadzającego się wewnątrz nas dobrego Ojca...


Obserwowalnym trendem jest też jednak
inna forma wyznawania grzechów...
Na pozór podobna do zalecania jakubowego…

„Wyznawajcie tedy grzechy jedni drugich…”

Wyznawanie grzechów cudzych. Nie swoich.

Zmieniona tylko głoska niesie za sobą gorycz zranienia,
nieufność we wspólnotach, gdzie jako chrześcijanie
mamy stanowić jedno ciało. Wówczas "jedno ciało"
staje się tylko słowem-terminem, nic nie znaczącym frazesem.



niedziela, 28 sierpnia 2011

na ciepłym papierze


„Prawda głodna odwagi”
wyszła już z drukarni.
Chętnych, którzy chcieliby
zaglądnąć do środka,
informuję, że wszystkie szczegóły
dotyczące zamówienia książki
umieściłem na stronie:

prawdaglodnaodwagi.blogspot.com

Jeżeli ktoś chciałby pomóc w kolportacji,
proszę o kontakt: radeksiewniak@poczta.fm

czwartek, 25 sierpnia 2011

Garncarz


Pan Bóg zna nas lepiej,
niż my siebie znamy
i powołuje do różnych zadań,
nieraz w zaskakujący sposób,
nieprzewidywalny dla nas
i być może niezrozumiały
dla innych.

Mojżesz…
Wychowany na dworze egipskim.
Zna faraona i skończywszy 40 lat
jest gotów bronić swoich rodaków
przed okrucieństwem Egipcjan.
Wydaje się, że to najodpowiedniejszy moment,
dla Boga aby wykorzystać zapał Mojżesza.

Mojżesz w obronie swego rodaka zabija
znęcającego się nad nim strażnika.
Chce walczyć o wolność dla Izraela.

Bóg jednak patrzy i milczy, czeka...

Mojżesz zaś z powodu popełnionej zbrodni musi uciekać
z Egiptu do kraju Madian.
Tu przez kolejne 40 lat żyje na pustyni jako pasterz.
Tu poślubia Seforę, która rodzi mu dwójkę
pełnych pociechy dzieci – Gerszoma i Eliezera.
Tu żyje mu się dobrze.
Zajmuje się stadem swoich owiec.
Dogląda też owiec teścia.
Kiedy wraca z pastwiska czekają na niego
ciepłe objęcia żony, uśmiechy dzieci.
Mojżesz jest szczęśliwy.
Gdzieś tam, już coraz głębiej, iskrzy się jeszcze myśl
o rodakach pod jarzmem Egiptu,
ale praca i kochająca rodzina
skutecznie pomagają o nich zapomnieć.
Czterdziestoletni zapał już dawno minął…
przecież pojawiły się inne rzeczy na głowie.

Życie Mojżesza jest takie jak sobie wyśnił
– dzieci podrastają, a on się w spokoju starzeje się.

I teraz odzywa się milczący dotąd Bóg.

Tyle, że to przecież już nie ten dawny Mojżesz.
Mojżesz teraz ma 80 lat, żonę, dzieci.
Spełnia obowiązki ojca, a Bóg właśnie teraz przemawia.
Mojżesz się wymawia.
Udaje, że nie słyszy słów: „Pójdziesz do Egiptu”.
Przekonuje Boga, że on się do tego po prostu już nie nadaje.
To nie ten czas.

Jednak nic z tego.
Mojżesz został bowiem wybrany, już w łonie matki
do wybawienia Izraela z rąk ciemiężcy.

Dziwne postępowanie Pana.
Kiedy Mojżesz – jak się wydaje – jest gotowy
do ochoczego spełnienia woli Pana, On milczy.
Kiedy się starzeje i nie chce – Pan go powołuje.

Mojżesz musiał dożyć osiemdziesiątki,
aby stać się narzędziem, którym posłuży się Bóg.

Gdy dziś czytam tę historię, łatwo jest mi wysunąć taki wniosek.
Mojżesz miał o wiele trudniej.
Jakże niezbadane są Jego wyroki
i nie do wyśledzenia Jego drogi (Rzym. 11:33).

Bóg jest garncarzem (Iz.64:7).
On kształtuje nas na swoje naczynie, zgodne z Jego wolą.
Mojżesza kształtował 40 lat.
Tyle musiało minąć czasu, aby został naczyniem,
które gotowe było wyzwolić naród żydowski.
Nie było tych lat 39 - bo było by ich zbyt mało,
nie było 41 - bo było by ich zbyt dużo.
Było lat 40 - tyle ile przewidział Bóg,
aby Mojżesz mógł sprostać Jego woli.
Tyle Mojżesz musiał żyć w przeświadczeniu,
że Bóg o nim zapomniał.
Po to, aby wypróżnił się on z mocy swojego "ja",
i zobaczył nie swoją moc, a tylko moc Boga.
Po to, by nie zawierzył sile swoich rąk,
które zabiły Egipcjanina,
a sile rąk Boga Najwyższego.

Tak samo, jak Mojżesza Bóg kształtuje nas.
On dla każdego życia ma PLAN.
I tylko On wie, co nam trzeba,
by nas do niego przygotować.

Wielu jest powołanych według Bożego zamysłu,
ale niewielu jest wybranych.
Zamiast stanąć w obliczy ognistych Pańskich prób,
wielu rezygnuje w przeświadczeniu,
że Bóg o nich zapomniał.
Natomiast przez próby i doświadczenia
zostaje kształtowane naczynie-człowiek
przez które Bóg może działać i osiągać swój cel.

Bóg wyrabia nas do całkowitego posłuszeństwa.
Przez to każda nasza myśl, postawa, każde uczucie
i nasze cele muszą zostać sprawdzone
i skonfrontowane z Bożą myślą.
Naczynie musi zostać złamane i na nowo ukształtowane.
Nasze "ja" musi umrzeć, a to jest zawsze bolesne.
Naczynie musi zostać doprowadzone do całkowitej
bezradności, po to by zaufało tylko Najwyższemu.

Tak Pan Bóg kształcił Mojżesza.
Tak kształci nas.