wtorek, 1 lutego 2011

trudna miłość


Miłujcie waszych nieprzyjaciół
i módlcie się za tych,
którzy was prześladują,
abyście się stali synami Ojca waszego,
który jest w niebie
(Mat. 5:44n).


Jezusa nauka jest prosta, rozumiem ją.
Jest też niezwykle trudna.

Jeszcze nie przeczytałem do końca słów Mistrza,
a już sumienie zadaje mi pytanie:
„Czy zdarzyło ci się modlić z MIŁOŚCIĄ
za kogoś, kto cię skrzywdził?”

Zaznaczę: „modlić się z MIŁOŚCIĄ!”

Trudny nakaz.
Czy niewykonalny?
Bynajmniej!
Tym bardziej, że Jezus daje obietnicę:
„Miłujcie swych nieprzyjaciół i módlcie się za nimi,
a tak staniecie się synami Ojca w niebie”.

Stać się synem Bożym = pokochać swych nieprzyjaciół.

Jezus żąda rzeczy doskonałych, ale nie niemożliwych.
To przykazanie wypełnił On sam na krzyżu,
kiedy modlił się za swoich oprawców:
Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią(Łuk.23:34).
Ten nakaz wypełniali Jego uczniowie.
Szczepan modli się za morderców,
którzy go kamienują.
Paweł pragnie być potępiony,
byleby jego prześladowcy
(których szczerze kocha!!!)
doszli do zbawienia.

Ale mój ludzki duch wyrywa się z pytaniem:
„Miłować nieprzyjaciół? Dlaczego?”.

Poraża mnie odpowiedź:
„Dlatego, byś odrzucił swoją samowolę,
swą własną sprawiedliwość, swoją pychę
i byś ty nigdy nie rzucił kamieniem!”.


Wiem Jezu, że nie wypełnię Twych słów dzięki własnym wysiłkom.
Mogę tak miłować tylko z Tobą.
Jak Szczepan, który – kamienowany – błogosławił,
spoglądając na Twoje oblicze w niebie.
Nie przeklinał. Błogosławił, bo widział Ciebie.

Wyjaśniasz, Jezu,
że miłować nieprzyjaciół to nie twierdzić,
że ktoś jest miły, choć to nieprawda,
ale dobrze życzyć, błogosławić w imieniu Twoim.

Jezu, ja nic nie muszę.
Dzięki Ci, że chcę.

P.S.
Co nie zmienia faktu,
że kiedy perfidnie i z premedytacją,
zawsze przy nadarzającej się okazji,
ktoś niszczy moje dobre imię,
taka miłość, taka modlitwa,
jest uporczywym zmaganiem się z samym sobą.

10 komentarzy:

  1. Po prostu - bądźcie lepsi (w tym dobrym znaczeniu) od tych, których stać jedynie na to, aby odpłacać dobrem za dobro, czyli na bycie fair i w porządku. I nie dlatego, że to takie fajne albo inne - ale dlatego, że taki wzór pozostawił Bóg, któremu wierzę i ufam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Musze powiedzieć, że nie znam siebie jeszcze na tyle, żeby powiedzieć czy bym potrafił. Napisać byłoby mi łatwo, ale gdyby ktoś tak naprawde mnie skrzywdził (oczywiście największa krzywda to nie to co mnie osobiście dotyka, ale moich najbliższych)... nie wiem, okaleczył trwale dziecko... boję się nawet wymyślać co tak naprawdę by mnie zabolało... to nie wiem czy bym potrafił:( Po prostu teraz nie wiem, choc wiem że powinienem.

    OdpowiedzUsuń
  3. W pierwszych dniach, może miesiącach nie potrafiłbyś, jednak z czasem Bóg zmieniłby to, ponieważ On pragnie, abyśmy kochali ludzi tak jak On sam kocha oraz pragnie abyśmy byli razem z Nim w Jego Królestwie. Myślę, że Bóg objawiłby to Tobie, bo jest pełen łaski.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki Sławek za szczerość.

    Ja myślę o mniejszego kalibru przykładach.
    Np. gdy ktoś mnie rani rzucaną plotką.
    I gdy robi to stale, z uśmiechem na twarzy.
    Wiesz, mnie spotkała taka sytuacja
    i dalej spotyka.

    Wiem, że to o czym piszę powyżej
    jest walką wbrew mojej naturze,
    mocowaniem się z samym sobą,
    by zachować życzliwość (miłość?)
    do osób, które z uśmiechem na twarzy mnie ranią.
    To jest okropnie trudne.

    Dziękuję Jezusowi, że jednak chcę.

    Może kiedyś przyjdzie mi się zmierzyć z czymś trudniejszym, ale miłości do nieprzyjaciół
    Bóg uczy nas tak samo, jak uczymy się matematyki. Zaczynamy od prostego dodawania
    i odejmowania, potem zmierzamy do coraz trudniejszych zadań. Nie każdy będzie musiał sprostać rachunkowi różniczkowymi.

    Co, jeżeli jednak będę musiał?

    OdpowiedzUsuń
  5. serce człowieka pełne jest różnych postaw i pragnień...i Bóg to rozumie, przyjmuje...Miłujcie nieprzyjaciół-tak!Ale wyobrażam sobie jakąś skrajną sytuację...nie wiem.Matka i jej skrzywdzone Dziecko...co wtedy?ta postawa często jest przedstawiana jako bierna...biją mnie czy moich najbliższych a ja mam stać i nic nie robić...tymczasem nakaz miłości nieprzyjaciół nie wyklucza gniewu, złości,rozpaczy...patrz: np.psalmy złorzeczące...myślę że chodzi o danie sobie szansy.jest beznadziejnie ale ja dopuszczam myśl że kiedyś,może za bardzo długi czas otworzę się na postawę inną niż żal.i tę ewentualność mam zawsze przed oczami.ot,taka refleksja.j.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki J. za myśli.

    Oczywiście, miłość nieprzyjaciół nie oznacza
    folgowaniu złu. Obowiązkiem chrześcijanina jest reagować, kiedy wyrządza się komuś krzywdę.
    Takich rzeczy powinniśmy nawet nienawidzić.
    Jednak nienawidzić w taki sam sposób,
    w jaki nienawidzimy zło u samych siebie,
    kiedy grzeszymy - ubolewając, nawet się złoszcząc, że ktoś popełnia takie rzeczy,
    ale licząc i chcąc, aby ten ktoś wyszedł kiedyś na ludzi. Być może z moją pomocą?

    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  7. ...i chyba najtrudniej jest, kiedy takie nieprzyjemne zdarzenia nie przylatują od ludzi obcych, gdzieś tam z daleka, tylko od tych, od których spodziewalibyśmy się czegoś zupełnie innego :(

    Posyłam ciepłe myśli, życząc sukcesów w zmaganiu się z samym sobą :) Mam nadzieję, że wyprawa w góry pomogła Ci popatrzeć z innej perspektywy i natchnąć się pięknem... czasem trudno się spodziewać, że okoliczności się zmienią, tylko jakoś musimy się nauczyć stać ponad nimi, jak gdzieś na wysokiej górze właśnie :)

    kasia s

    OdpowiedzUsuń
  8. ktoś mi kiedyś powiedział że należy oddzielić grzech od samego człowieka...grzech należy nienawidzić,człowieka należy kochać nawet jeśli okaże się nieprzyjacielem...i racja,Kasiu,najtrudniej jest gdy coś takiego spotyka nas z tej bliskiej strony,niespodziewanej...

    OdpowiedzUsuń
  9. Radku, to przykre co piszesz o zranieniu plotką.
    Jednak to fakt, że słowa często bardzo ranią, a zwłaszcza te, które są oszczerstwami...
    Szczerze mówiąc (pisząc) jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby to robić z uśmiechem na twarzy. Może jest nieświadomy tego co robi?... Chyba łatwiej wierzyć, że robi to nieświadomie, niż z premedytacją i złośliwie.

    Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu... Być może w ten sposób chce coś w Tobie ukształtować?...
    Napiszę coś ze swojego doświadczenia. Kilka tygodni temu w szczególny sposób dotknęło mnie kazanie o pokorze, bardziej uświadomiłam sobie wtedy, jak pokora jest ważna w życiu z Bogiem (wręcz niezbędna aby owocnie Mu służyć). Ten temat był dla mnie "żywy" już nawet przed tym kazaniem. Pamiętam, że tego dnia w zborze pomodliłam się głośno, aby Pan mnie uczył pokory. I co potem? Potem przyszło mnóstwo trudnych sytuacji, zdarzeń, które wydawało mi się, że momentami mnie przerastają (ich ilość bardziej, niż jakość). To w Panu szukałam oparcia i sił by nie poddać się irytacji, rozpaczy, zniechęceniu. Zauważyłam jaka jestem słaba i jak od Niego zależna... i jak bardzo brakuje mi pokory, by to wszystko bez narzekania, a raczej z wdzięcznością znosić ("za wszystko dziękujcie"). Dopiero w tym tyg. uświadomiłam sobie, że przecież sama o te trudności prosiłam :) Bóg nie ukształtuje nas jeśli nie staniemy przed wyzwaniami (trudnymi sytuacjami). To trudności właśnie nas kształtują i oczyszczają. Tak jak wytapia się złoto, aby było czyste, bez domieszek.
    Boję się modlić o to by Pan mnie oczyszczał, przemieniał, ale jednocześnie wiem, że to konieczne... Cóż, trzeba liczyć na to, iż Pan będzie w tym wspierał i nie da nic ponad siły...
    Pozdrawiam Cię, Monika

    OdpowiedzUsuń
  10. Moniko, dlatego odważyłem się napisać powyższą refleksję, bo wydaje mi się, że doświadczyłem
    co nieco z niej.

    Dzięki za myśli.

    OdpowiedzUsuń