poniedziałek, 18 kwietnia 2011

dziwne


Niedługo
przed tegorocznymi
świętami upamiętniającymi
śmierć i zmartwychwstanie
naszego Pana,
Jezusa Chrystusa,
chciałbym zwrócić uwagę
na pewien fakt.

Jezus stoi przed Sanhedrynem, który dość dziwnie
w procesie Jezusa sprawuje zarówno
funkcję sądowniczą, jak i oskarżycielską.
Jezus nie odpowiada na zarzuty. Milczy.
Podirytowany milczeniem Jezusa Arcykapłan Kajfasz
wreszcie wyrzuca z siebie:

Zaklinam cię na Boga żywego, powiedz nam:
Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży? (Mat. 26:63)


Dziwne, ale to nie areligijność
wydała Jezusa na śmierć,
lecz religijność.
To nie bezprawie wbijało gwoździe
w Jego ciało, lecz prawo.
Ludzie religijni i prawi podburzyli motłoch
do wściekłego żądania: „Ukrzyżuj Go!”

Mój przyjaciel słusznie kiedyś zauważył:
„Ten Człowiek wszystko rozumiał.
Ten Człowiek wszystkich rozumiał.
Nic z tego nie rozumieli, więc… zabili Go”.

Nie wiem, czy zastanawialiście się nad tym,
ale ciężko przeoczyć w Ewangelii fakt,
że Jezus, chodząc po ziemi ganił ludzi religijnych,
to ich krytykował wykazując im że w swojej religijności
nie trafiają w sedno zamiaru Boga względem ich życia.
Tych, którym zdawało się,
że zadowalają Boga swoim postępowaniem
i religijnymi poglądami, napominał, często ostro napominał.

Dlaczego?

Bo Jezus widział w tym wszystkim co robią
(może nawet z przekonania?)
pychę, hipokryzję i brak praktycznej miłości
do innych ludzi z poza ich grupy.
Dlatego najczęściej przebywał nie
z filarami ówczesnego Izraela,
a z celnikami, prostytutkami i innymi grzesznikami.
Podchodził do nich ze współczuciem i wyrozumiałością.

Dlaczego?

Bo oni w przeciwieństwie do faryzejskich „ścian pobielanych”
mieli świadomość, że potrzebują lekarza.

Hmm… To ważna lekcja na dzisiaj.
Są chrześcijanie, z którymi zdarza się,
że mam kontakt, którzy poznając trochę z Biblii
stworzyli swój kodeks wiary
czyniąc z siebie ekspertów od właściwej doktryny,
Boga i życia z Nim.
Twierdzą, że jeżeli oni w swojej grupce przeżywają Boga,
to wszyscy inni muszą tak samo.
Uzurpują sobie prawo do krytycznej oceny ludzi,
nie zadawszy sobie nawet trudu poznania ich, rozmowy.
Z zadziwiającą łatwością wszystkich
innych chrześcijan choć trochę inaczej myślących niż oni
wrzucają do jednego wora zwodzicieli.
Czynią to z przekonaniem, że wypełniają wolę Bożą.
Co ciekawe, jedna taka grupa potępia drugą i na odwrót.
Wszyscy czynią to w „imieniu Jezusa Chrystusa”.
Znam takich chrześcijan.
Obdarzają się pogardą,
choć jedni i drudzy uznają się za naśladowców Chrystusa.
W imieniu walki o czystość wiary
rozsiewają fałszywe świadectwa o innych braciach.
Smucę się z tego powodu,
bo jest to antyświadectwem dla ludzi niewierzących.

Patrzę na życie Jezusa Chrystusa.
Widzę, jak gani tych, którym wydawało się, że nieomylni,
do grzeszników natomiast zwraca się z miłością.
Owszem, mówi „nie grzesz więcej”, ale daje miłosierdzie.
Z religijnymi przywódcami rozmawia o wiele ostrzej,
bo od nich wymaga więcej.

Czytając fragmenty Ewangelii
z ostatnich chwil życia Pana Jezusa na ziemi
zadaje sobie pytanie:

Jak dziś Jezus rozmawiałby z nami?
Jak rozmawiałby ze mną?
Z kim dzisiaj zasiadłby do stołu?
Z kim przełamałby się chlebem?

Panie Jezus, strzeż od faryzeizmu.
Strzeż Jezu, od pokusy uznania się nieomylnym
a szczególnie chroń od mani pychy religijnej
potępiającej wszystkich inaczej
interpretujących słowo Boże.

2 komentarze:

  1. Może dziwnie to zabrzmi, ale dla mnie wcale to nie dziwne... :)
    Tak chyba już jest, że ci gorliwi religijni ludzie często stają się fanatykami i piętnują wszystko co się nie zgadza z ich poglądami i praktykami... w imię swej "wiary", co gorsza, zwalczają też ludzi, którzy myślą i postępują inaczej. Podobnie postępował przecież nawet sam ap. Paweł (wtedy jeszcze Saul, czy Szaweł) przed osobistym spotkaniem z Jezusem i swoim nawróceniem. Był bardzo gorliwym człowiekiem zarówno przed, jak i po nawróceniu. W jego przypadku chodziło więc chyba tylko o tzw. gorliwość nierozsądną, gdyż nie poznawszy prawdy o Jezusie, tępił tych którzy wg niego głosili herezje. Zamieszki na tle religijnym i wspólne zwalczanie się "innowierców" nie jest czymś nowym, a w historii wiele takich wydarzeń miało miejsce... (i do dziś to się dzieje).
    "Areligijność" z kolei, wydaje się być czymś co nie przeszkadza egzystować obok "religijności". Wydaje mi się, że tacy ludzie niezdeklarowani względem Boga najczęściej mają do ludzi wierzących stosunek neutralny, no może z wyjątkiem gorliwych ateistów, którzy czasem z zaciekłością potrafią bronić swoich poglądów (w sumie, można powiedzieć, że ich wiarą jest niewiara w Boga ;)
    Trochę zeszłam z toru wytyczonego przez autora... ale takie przemyślenia mnie naszły :)
    Pozdrawiam Cię Radku!
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie ostatnio czytałam taki fragment z Księgi Jozuego o tym, jak Izraelici z drugiej strony Jordanu postawili ołtarz i zostali posądzeni o bałwochwalstwo. Znasz pewnie Radku ten fragment, więc nie będę go dalej streszczać. W każdym razie czytając ten fragment pomyślałam sobie, jak bardzo łatwo ludzie przylepiają sobie etykietki: ten jest zielonoświątkowcem, tamten baptystą, tamten jeszcze katolikiem. Oczywiście w każdym kościele są ludzie, którzy uważają że tylko ich kościół ma rację, a resztę wręcz odsądzają od nazywania ich chrześcijanami. A gdyby tak ci ludzie się spotkali? Bardzo ciekawie by to wyglądało.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń