czwartek, 14 kwietnia 2011

żyjemy z łaski


Władysław wykładał
kostkę brukową
przed bramą swego domu.
Jedna chwila…
Jeden moment…
W konfrontacji
z samochodem przeżył,
ale…

Po sześciu miesiącach od wypadku trafił na nasz oddział.
Tylko tu został przyjęty.

Porażenie kończyn dolnych.
Niedowład kończyn górnych
z dużym zesztywnieniem stawów barkowych i łokci,
z przykurczem wyprostnym dłoni.
Rurka tracheotomijna, by mógł oddychać.
Zanik czucia od poziomu Th8.
Wychudzenie, skrzywiony od leżenia kręgosłup.
Odleżyna na potylicy i piętach,
i duża na całym prawym pośladku.

Od poniedziałku do piątku staję przed nim,
mówię: panie Władku „idziemy” na rehabilitację.
Od poniedziałku do piątku przebijamy się przez ból
zesztywniałych stawów kończyn górnych.

Toruję układ nerwowy z wiarą…

Modlę się, by moje staranie poparł Bóg.
Wówczas…
choćby ręce ruszyły,
choćby się tułów uaktywnił.

Pracując w szpitalu nie da się zapomnieć,
że żyjemy z łaski.

Wystarczy jeden moment,
by okazało się, jak kruche jest nasze ciało, zdrowie, życie.

2 komentarze:

  1. Masz rację. Czasem człowiek chce tak dużo, chce mieć jak najwięcej i tak się spieszy w życiu. A z drugiej strony mnóstwo jest też ludzi nieszczęśliwych z naprawdę błahych powodów, wielu zdrowych, młodych ludzi na siłę szuka sobie kłopotów. A tymczasem tuż obok nas rozgrywają się prawdziwe dramaty i nie wiadomo, czy jutro albo dziś wieczorem nie będę jedną z Twoich pacjentek. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że pracując w szpitalu można nabrać wiele pokory i szacunku do tego co mamy. I wdzięczności do Pana Boga, bo często to co bierzemy za gwarantowane, wcale nie jest oczywistością. Zdrowie, sprawność, praca. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń