piątek, 15 lipca 2011

pędząc do świątyni...


Pewien człowiek schodził
z Jerozolimy do Jerycha
i wpadł w ręce zbójców.
Ci nie tylko że go obdarli,
lecz jeszcze rany mu zadali
i zostawiwszy na pół umarłego,
odeszli.
Przypadkiem przechodził
tą drogą pewien kapłan;
zobaczył go i minął.
Tak samo lewita,
gdy przyszedł na to miejsce
i zobaczył go, minął.
(Łuk.10:30-32)


Czy zastanawialiście się dokąd kapłan i lewita zmierzali?
To była elita duchowa ówczesnego Izraela.
Przekładając to na dzisiaj,
moglibyśmy powiedzieć o biskupie i pastorze.
Szli do świątyni. Po co?
Oddać Bogu chwałę, modlić się, odczytać święte zwoje Tory.

Jezus czyni wzmiankę, że tak jeden,
jak i drugi przeszli obok pobitego przez zbójców człowieka.
Jezus dodaje, ze jeden, potem drugi zobaczyli go, i minęli.
Pobity człowiek był na pół umarły. Umierał!!!

Tak się złożyło, że tą drogą przechodzili ludzie uduchowieni,
którzy wydawałoby się na pewno muszą zareagować, pomóc, opatrzyć rany.
Na kapłanie i lewicie jednak ten
umierający człowiek nie robi wrażenia.
Widzą go, ale idą dalej.

Oni pędzą do świątyni!!!

Aby czasem nie spóźnić się i na czas zdążyć, by móc chwalić Boga.
Czy jednak Bóg przyjął ofiarę ich modlitwy?

Jezus uczy: bądź wrażliwy,
miej czułe serce na potrzebę drugiego człowieka.
Gdy jest inaczej próżne są twoje modlitwy,
próżne śpiewane pieśni, próżne nabożeństwa.

Gdy czytamy tę historię, nie robi na nas już zbytniego wrażenia.
Już tyle razy ją czytaliśmy że znamy ją prawie na pamięć.
Wyciągaliśmy wiele cennych lekcji.
Jednak nie dla zadumy powiedział tę przypowieść Jezus,
a dla „idź i ty czyń podobnie”.

Ta historia mówi o nas. Osadzona jest tylko w innych realiach.
Wyobraźcie sobie niedzielny poranek.
Wyobraźcie sobie, że tak się składa,
że wyjeżdżacie na nabożeństwo później niż zwykle…
Jedziecie z językiem na brodzie, by zdążyć. By być na czas.
I mijacie leżącą osobą w rowie.
Widzicie ją i kłębią się w was myśli:
„zatrzymać się, czy się nie zatrzymać?”
Jesteście i tak już spóźnieni…
Jedziecie na nabożeństwo…
To szczytny cel…
Zatrzymujcie się, czy się nie zatrzymujecie?
Jakie pytania rodzą się w waszej głowie?
"Może to zwykły pijak…?" "Może nic mu jest?"
Sumienie się odzywa… ale jedziecie dalej.
Potem tą drogą jedzie inna rodzina z kościoła,
też spóźniona i też się nie zatrzymuje.

Co decyduje? Trzeba zdążyć na nabożeństwo!!!
Ale z jakim owocem zdążyć na to nabożeństwo?
Jaki owoc przyniosę Ojcu?
Jezus uczy:
W takich sytuacjach nie jedź na nabożeństwo. Zatrzymaj się.
Twoim nabożeństwem będzie pomoc drugiemu człowiekowi,
bo pochylając się nad nim, pochylisz się nad samym Chrystusem…

Moja codzienność jest odpowiedzią
na ile jestem pędzącym - z kim właściwie na spotkanie (???) -
kapłanem i lewitą, a na ile tym trzecim,
co wzruszył się głęboko…

5 komentarzy:

  1. Brakuje nam tych wzruszeń nad tym, co dotyczy innych. A kto wie, ile razy i kiedy to ja wpadnę w pułapkę jak ten wędrowiec?

    OdpowiedzUsuń
  2. Po przeczytaniu tej refleksji przypomniało mi się pewne zdarzenie z tygodnia. Do autobusu wsiadła mocno pochylona staruszka z dwiema torbami dopytując się gdzie ma wysiąść żeby dotrzeć do szpitala S. Ponieważ to ogromne miasto, z wieloma szpitalami, nikt nie potrafił jej odpowiedzieć, a w rezultacie się okazało, że kobieta przejechała przystanek i następny będzie spory kawałek drogi za miejscem do którego zmierza, w terenie zupełnie jej nieznanym. Choć staruszka była niesamowicie rezolutna (ujęła mnie jej odwaga by samej wybrać się w nieznane, podczas gdy z trudem się poruszała), to jednak w tym momencie zauważalna była jej wyraźna bezradność... I co dalej? Szkoda mi się zrobiło tej pani. Zaproponowałam, że wysiądę na najbliższym przystanku razem z nią i poptarzę na rozkłady jazdy autobusów żeby znaleźć dla niej najodpowiedniejszy. Problem w tym, że żaden nie jechał w kierunku do jakiego zmierzała. Wspomniałam, że trzeba będzie chyba wrócić tym samym z powrotem, do miejsca które przejechała, i tam przesiąść się w jakiś inny. Wpadła mi też myśl, aby pójść jeszcze sprawdzić autobusy z innego przystanku i poprosiłam staruszkę aby usiadła na przystanku na ławeczce, a sama pobiegłam. Niestety, stamtąd też żaden nie jechał w kierunku tego szpitala; usłyszałam też od ludzi, że można by podjechać jednym autobusem, ale potem trzeba zejść schodami z mostu... Oczywiście to rozwiązanie odpadło.
    Stałam tak patrząc ślepo na rozpisane rozkłady jazdy i kiedy znalazłam się sama, na głos zapytałam: Panie, co teraz? Jak pomóc tej kobiecie? Co jej powiedzieć kiedy do niej wrócę?
    Wróciłam. Nie siedziała na ławce.
    Rozejrzałam się na wszystkie strony, lecz jej nigdzie nie było. Nie było mnie raptem jakieś 5 minut, max. do 10-ciu min., a kobieta zniknęła. Pomyślałam, że może faktycznie wsiadła do tego z tej samej linii jakim przyjechała i udała się w drogę powrotną, wszak była to bardzo rezolutna i zaradna kobiecina :) Choć na początku zmartwiłam się, że jej nie ma i zastanawiałam się, co mogło się znią stać, to zaraz potem odetchnęłam z ulgą... bo przecież i tak nie mogłabym jej pomóc.
    I za chwilę pojawiła się kolejna myśl: Panie, a może to była taka Twoja lekcja żeby przetestować moją wrażliwość? Ucieszyłam się, że tym razem zdałam egzamin, ale jednocześnie przypomniałam sobie te wszystkie, które oblałam... i tych niestety okazało się wcale nie mało...
    To trudne, żeby się zatrzymać w ciągłym biegu,
    oderwać się od swoich spraw by poświęcić czas innym ludziom. Tym razem nigdzie się nie spieszyłam, bo akurat wracałam ze spotkania do domu, ale czy zajęłabym się tą kobietą kiedy spieszyłabym się akurat na to umówione spotkanie? Cóż, myślę, że nawet znam odpowiedź...
    Tak wiele jeszcze muszę się nauczyć...
    Dzięki Radku za tę refleksję! Trudna lekcja z niej wypływa, ale jakże potrzebna.
    Pozdrawiam, Monika

    OdpowiedzUsuń
  3. W tytule mała literówka! :) Pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
  4. Faktycznie:) Już poprawiłem. Dzięki za uwagę...
    i za ciekawe wpisy Moniko i Palabra.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jezus uczy:
    W takich sytuacjach nie jedź na nabożeństwo. Zatrzymaj się.
    Twoim nabożeństwem będzie pomoc drugiemu człowiekowi,
    bo pochylając się nad nim, pochylisz się nad samym Chrystusem…
    Nie rozumiem,a przykazania Bozy pisze; pamietaj aby dzien swiety swieci...Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń