niedziela, 20 listopada 2011

łaska spływająca w najgłębsze doliny

Od pewnego czasu rozmawiam z koleżanką w pracy na temat Bożej ręki wyciągniętej
do wszystkich ludzi.
Nie narzucając się,
wyczuwając lęk pójścia
w nieznane, staram się
mówić jej o łasce spływającej
w najgłębsze doliny. Ostatnia nasza rozmowa była dla mnie nie pierwszą już obserwacją tego, jak nieznana jest dzisiaj prawda
o Bożej łasce skierowanej do upadłych i niegodnych, małych ludzi.
W pewnym momencie odpowiedziała na moje słowa:
„Wiem, że wiele mi pokazujesz, ale ja czuję się niegodna.
Jestem zbytnią grzesznicą”.

NIEGODNA, by przyjąć Boga.

Jezus zaś przyszedł nie do tego co ma się dobrze, ale do tego co chore i niegodne właśnie.

Ten kto czuje się zdrowy, godny i dobrze mu z takim samopoczuciem jest o krok, by odrzucić Bożą łaską. To właśnie postawa niegodności, jest postawą nad którą pochyla się Boży Syn. Tyle, że ta postawa nie może uczynić nas obojętnych na Bożą miłość, a raczej pokierować do pokory i skruchy przed szukającym człowieka Ojcem.

Przy pierwszym spotkaniu z Chrystusem, Piotr przypadł Mu
do kolan, mówiąc:
„Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”.

Piotr również czuł się niegodny. Spotkanie z Bożym Synem spowodowało u niego poczucie braku własnej wartości.

Rekcją Jezusa były przewijające się przez całą Biblię słowa:
„Nie bój się”.

Od tamten pory zaczęło się nowe życie Piotra,
w wędrówce za Jezusem.

Być może, tak jak dla mojej partnerki z pracy,
trudność w otworzeniu serca na Boga
leży w poczuciu swojej niegodności właśnie.
Może przyczyną tego jest nie dostrzeganie różnicy
między czasem zakonu, a obecnym czasem łaski.
Prowadzi to wówczas do przekonania,
że opowiadając się, na serio, za Jezusem, jednocześnie uchybiając
w czymś, jesteśmy odrzucani na wieki
i stajemy się jeszcze bardziej niegodni.
Obserwuję, że nierzadko ludzie mylą chrześcijaństwo
z literą prawa, pozbawioną osobistej relacji z Chrystusem,
a skupiającą się na bezwzględnym
i suchym przestrzeganiu zakazów i nakazów
narzucanym przez ich kongregację/kościół.
W tym wszystkim zanika gdzieś przekaz o cudownej Bożej łasce
i przebaczeniu naszych chwil taplania się błocie grzechu.

Każdy może przyjść do Chrystusa. Nie ma ludzi tak niegodnych,
aby nie mogli zawołać: „Jezu, przemień moje życie”.
Dlatego nie ma na co czekać.
Bóg poprzez Jezusa daje nam przebaczenie,
jedna nas ze Sobą, nadaje nowy sens dla naszego życia.
Cały czas wyciąga swe ręce, bo
On kocha ludzi z uwagi na swój, a nie nasz charakter.

To Jego łaska, która wciąż zdumiewa i zadziwia,
bo stoi w opozycji do intuicji,
że za popełnione przestępstwa trzeba zapłacić cenę.

W przypowieści o synu marnotrawnym Jezus opowiada o ojcu, który nie bacząc na powszechne drwiny ludzi i złośliwe komentarze swego starszego syna puszcza się biegiem na spotkanie syna, który roztrwonił połowę majątku rodzinnego odwróciwszy się od niego, aby go uścisnąć i powiedzieć, jak bardzo, niezmiennie go kocha.

To właśnie Boża łaska. To, co najlepsze może zrobić człowiek,
to ją przyjąć i na nią odpowiedzieć.

3 komentarze:

  1. Dokładnie to samo zauważyłam na swoim podwórku. Jakiś czas temu powiedziałam jednej z bliskich mi osób, że zbawienie jest z łaski, że nie można na nie zasłużyć uczynkami. Zrobiła wtedy wielkie oczy. Myślę że to efekt tego, że większość Polaków na pewnym etapie swojego życia (najczęściej w dzieciństwie albo wczesnej młodości) poznało tylko religię w jakiejś denominacji. Nauczyli się, że trzeba coś robić, a najlepiej nic tylko wygrzewać ławki w kościelnych budynkach. Natomiast nikt im nigdy nie powiedział prawdy o łasce... Pozdrawiam i życzę Bożego prowadzenia w Twoich rozmowach.

    OdpowiedzUsuń
  2. A... ale czy to naprawdę takie proste? Bo przyjąć taką łaskę to jedno, a samemu ją okazać innym? Moim zdaniem to jedno wystarczy, ale to musi być. Bo samo uznanie, że jestem niegodny, to jeszcze mimo wszystko mało. Z tym, że faktycznie nie chodzi o jakieś nadzwyczajne czyny, czasem tylko cierpliwość wobec wad najbliższych jest tym, czego potrzeba. Zwykle o nią najtrudniej, ale tak jak On jest łaskawy wobec nas, tak i my powinniśmy traktować innych. I wygrzewanie kościelnych ławek nie ma z tym nic wspólnego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak to widzę.
    Być przy człowieku, słuchać, inspirować,
    nade wszystko uczyć się szacunku i wrażliwości.
    Tego uczył Chrystus.
    Niejednokrotnie usłyszymy wówczas
    zmagania z bólem, walkę duszy z ciałem,
    wołanie o ratunek, może chowany gdzieś
    głęboko lęk.
    Zobaczymy wówczas człowieka, a nie obiekt,
    który ma przyjąć to, co usiłujemy mu przekazać.

    OdpowiedzUsuń