piątek, 25 listopada 2011

pytania o Boga

Najczęstsze pytania,
jakie zadają osoby,
z którymi rozmawiam
o nadchodzącym, innym,
obiecanym świecie, to pytania
o tu i teraz, o ten świat:
„Gdzie jest Bóg, kiedy tyle chorób, kataklizmów?
Gdzie jest Bóg, kiedy umierają niewinni ludzie…, małe dzieci?”

Spróbowałem nie dawno zmierzyć się z tymi pytaniami.
Też…, sam sobie odpowiedzieć.
Zastanowić się, by móc bardziej zaufać.
Napisałem małą broszurkę o tytule: „Gdzie się podział Bóg?”
starając się odpowiedzieć, choć po trosze na te trudne,
odwieczne ludzkie pytania, które od wielu setek lat zadają ludzie.
Rozumiem jednak, że kiedy ból dotyka nas, czy jeszcze gorzej,
dotyka naszych najbliższych, kiedy nic nie możemy zrobić,
rodzą się automatycznie pytania: „Boże, gdzie jesteś?
Czemu nie reagujesz?” Choć w zasadzie, pytanie powinno brzmieć:
„Kościele, gdzie jesteś?” bowiem,
jeżeli kościół wypełniłby swoje zadania,
powierzone Mu przez Boga, niesienia pomocy i pociechy
zranionym i potrzebującym, to pytania typu
„Gdzie się podział Bóg?”nie byłby zadawane
z taką nachalnością. Wszyscy wiedzieliby wówczas,
gdzie jest Bóg, kiedy cierpią ludzie.
Jest w człowieku służącemu „jęczącemu w bólach” światu.

Czytając Ewangelię, obserwując Jezusa Chrystusa, który mówi
o Sobie: „Kto mnie widzi, widzi także i Ojca (J.14:9)”
widzę, że nie można rzucać sądów na Boga na podstawie nieszczęść,
które dotykają nas, naszych bliskich i ludzi w ogóle.
Odpowiedzią na wszystkie pytania dotyczące cierpienia
jest osoba Jezusa Chrystusa właśnie.
On, Boży Syn, obraz Boga Niewidzialnego przyszedł na ziemię
i nie przyniósł choroby, ale uzdrowienie,
nie przyniósł śmierci, ale życie, nie przyniósł bólu, ale ukojenie.
W ten sposób pokazał czego chce dla świata Bóg.
Kiedy wreszcie opuścił ziemię, obiecał, że powróci
i odnowi tą skażoną ziemię,
przywróci ją do stanu zamierzonego przez Boga.

Z życia Jezusa nie dowiemy się dlaczego trzęsienia ziemi
nawiedzają te miejsca kuli ziemskiej, które nawiedzają,
ani dlaczego choroba o nazwie wywołującej przerażenie
zabija jednego człowieka, drugiego omijając.
Dowiemy się za to, że to jak wygląda dzisiejszy świat
nie jest wolą Bożą i Jemu to, co dzieje się na ziemi
też się nie podoba. Patrząc na Jezusa widzimy co czuje Bóg,
gdy patrzy na nieszczęścia, przez które przechodzą ludzie.

Więc patrzę, jak zachowuję się Jezus spoglądając
na zapłakane siostry po śmierci swego brata,
jak reaguje na wdowę, która utraciła swego jedynego syna.
Czytam Ewangelię i widzę spływające łzy po Jego policzkach,
smutek i wzruszenie.

Twarz Jezusa to twarz Boga, a twarz ta jest zalana łzami.

Po czym, nie czekając zbyt długo, Jezus czynił uzdrowienie,
wskrzeszał, dawał nowe życie. Za to wszystko świat go ukrzyżował.
Ukrzyżowali Go źli ludzie.
Ale i nasze grzechy wbijały gwoździe w Jego ciało.

On obiecał jednak, że przyjdzie znowu
i rozpocznie nową erę w dziejach ludzkości
o której Jan objawiciel zapisał:

„I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już nie będzie.
Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie,
bo pierwsze rzeczy przeminęły”.

Po czym dodał: „Słowa te wiarygodne są i prawdziwe”.

3 komentarze:

  1. Ładnie powiedziane o tym "Kościele gdzie jesteś." Ale tego wątku nie podejmujesz. A dla mnie to jest sednem sprawy, podstawą życia. Kościół, czyli my mamy być tym obrazem Boga tu, na ziemi. My sami, każdy z nas. Żeby nikt nie musiał pytać gdzie On jest. I chyba jak zwykle, kiedy mówimy "Kościół," czy "my wszyscy" to się ta odpowiedzialność jakoś rozmywa...

    OdpowiedzUsuń
  2. Liam, tak, to sedno sprawy:
    Bóg mieszkający w człowieku.

    Jak to działa?
    Jak to się objawia?
    Czy faktycznie Bóg ma do mnie dostęp
    i działa we mnie od środka?
    Czy może jednak nie wiem o co w tym chodzi,
    jak nie wiedzieli niezdyscyplinowanie Koryntianie?
    Sednem sedna jest odpowiedź,
    a jej możemy szukać nie tyle w słowach,
    co w ludziach, z którymi żyjemy na co dzień. Czy oni widzą w nas coś pochodzącego
    z nie tego świata?
    "Nie może się ukryć miasto położone na górze".

    Nie chciałbym tego przegadać,
    ale wspomnę jeszcze tu na blogu
    o świątyni nie rękoma wybudowanej.
    Teraz pozdrawiam Cię, dobrej nocy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niedawno czytałam taką książkę - "Drogi Agnosie. Listy w obronie wiary" (nawiasem mówiąc, bardzo polecam wierzącym, poszukującym i szczerze wątpiącym). Tam jeden rozdział dotyczył właśnie teodycei, próby odpowiedzi na pytanie, dlaczego skoro Bóg jest dobry i wszechmocny, to na świecie jest tyle cierpienia i zła. Autor porównywał też odpowiedzi innych religii i filozofii, i okazuje się, że oprócz chrześcijaństwa właściwie tylko buddyzm (no i może jeszcze hinduizm) zajmuje się tym problemem. Tyle że w buddyzmie nie ma Boga osobowego, więc trudno tu o porównywanie. Naturalistyczny i ateistyczny materializm odpowiedzi na to nie może udzielić, bo skoro wszystko jest wynikiem ewolucji (przypadku), to pytanie o zło nie ma sensu. To samo z religiami pogańskimi, np. starożytnej Grecji czy Słowian. Autor też wysunął ciekawy wniosek - mianowicie że żyjemy w kulturze, która zapomniała o Bogu, ale jednak nigdy wcześniej nie zadawała tego pytania o sens zła i cierpienia tak natarczywie i często, co też jest godne uwagi. To taki mój mały komentarzyk z reklamą ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń