wtorek, 6 grudnia 2011

nauka na całe życie

Chcielibyśmy nieraz załatwić sprawę przekazania komuś
Dobrej Nowiny paroma zdaniami, jednym świadectwem,
a gdy osoba się opiera, postraszyć ją jeziorem gorejącym.
Jednak w dobie, gdzie większość ludzi,
o ile nie wszyscy słyszeli o Jezusie,
istotą przekazania Dobrej Nowiny nie są tylko słowa,
a nasz przykład.
Jeżeli Jezus istnieje, zmartwychwstał i żyje,
a ja utrzymuję z Nim bliską relację,
to co owa intymna społeczność z Panem,
którego głoszę zrobiła z moim życiem?
Jak ono teraz wygląda? Co się zmieniło?
Kim oraz jakim jestem teraz, obecnie, jeżeli Go znam?
Co zrobił z moim językiem?
Co zrobił z moim słuchem?
Czy potrafię oprócz mówienia, także i słuchać?

Ludzie nie są spragnieni słów, bo dziś pada ich wiele…
niedotrzymanych obietnic, zapewnień.
Świat jest spragniony prawdy.

Duch Święty mieszka we mnie?
Co to oznacza w kontekście dzielenia się Ewangelią?
Myślę, że mniej więcej tyle, że dostrzegam.
Raczej pocieszam, nie potępiam;
pochylam się, nie karcę; podnoszę, nie sądzę.
Wskazuję i inspiruję, jestem.

Nasuwa mi się analogia do mojej pracy.
Moi pacjenci są chorzy. Nie potrzebują ode mnie słów typu:
„Weź się w garść i zacznij chodzić”,
bo choćby nie wiem, jak bardzo chcieli, nie mogą.
Oni potrzebują mojego czasu, trudu, cierpliwości,
bym z ich udziałem, ale z moim zaangażowaniem
nauczył ich chodzić.

Przekazywać Dobrą Nowinę to właśnie, nauczyć ludzi chodzić.

To odpowiedzialność. Często samozaparcie.
Nauka patrzenia na drugą osobę, tak jak On patrzy na mnie.

Nauka na całe życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz