sobota, 30 kwietnia 2011

lekcja zależności


Jeden z pastorów tak pisał,
o okresie w którym nabawił się
na poziomie lędźwiowym kręgosłupa
protruzji krążka międzykręgowego,
czyli tzw. wypadnięcia dysku,
gdzie lekarz nakazał mu
przez sześć tygodni leżeć
w bezruchu w łóżku:

„Byłem bezradny.
A także bardzo przerażony. Co to wszystko ma znaczyć? Jak mam opiekować się swoją rodziną? Co z kościołem? Byłem w nim jedynym pastorem i nie mogłem nic dla niego zrobić. Z czystej rozpaczy zacząłem się więc modlić. Otwierałem księgę adresową parafii i codziennie modliłem się za każdego członka wspólnoty. Zabierało mi prawie dwie godziny, ponieważ jednak nie mogłem robić nic innego, po prostu się modliłem. Nie pobożność mi to nakazywała, lecz nuda i frustracja. Wraz z upływem tygodni czas modlitwy stawał się jednak coraz bardziej słodki. Pewnego dnia, prawie pod koniec mojej rekonwalescencji, powiedziałem Panu: ‘Wiesz, było wspaniale, gdy byliśmy razem. Szkoda, że nie będę miał czasu, żeby to robić, kiedy wyzdrowieję’.

Odpowiedź Boga była szybka i bezceremonialna. Powiedział: „Ben, dokładnie tyle samo czasu masz, gdy jesteś zdrowy, jak wtedy, gdy jesteś chory. W każdym wypadku masz dwadzieścia cztery godziny na dobę. Kłopot w tym, że kiedy jesteś zdrowy, myślisz, że ty rządzisz. A gdy jesteś chory, to wiesz, że nie.”

środa, 27 kwietnia 2011

kajdany anoreksji


Odwiedziłem
w poniedziałek Lidzię.
Niestety…
ponownie w szpitalu.
O pierwszym naszym spotkaniu
za sprawą cudownego
prowadzenia Ducha
pisałem już kiedyś

Gdy odwiedziłem Lidzię ostatni raz w jej domu,
ważyła już 37 kg.
Żegnaliśmy się zamiast „do zobaczenia”,
„do następnego kilograma”.

Choroba nie daje jednak za wygraną.
Lidzia znów ma trudności z jedzeniem.
W ostatnim czasie jej waga spadła do 31 kg.
Dlatego kolejny raz trafiła do szpitala.
Obecnie waży 32, 800 kg.
Jest osłabiona…

Coraz mniej osób wierzy jej, że chce walczyć…
Coraz mniej osób wierzy, że wyjdzie z tej choroby…
Coraz więcej osób już ją skreśla…
wszak to już 10 lat.

Są jednak osoby, które wytrwale są blisko.
Choćby doktor prowadząca Lidzię,
od której dostała 26 tulipanów,
na każdy kilogram wagi.
Piękny gest.

Rozmawialiśmy…
ze sobą...
i z Tatą.
Zależy mi, by zwyciężyła.
Chcę, by żyła.
To młoda osoba,
z wieloma marzeniami przed sobą,
skuta kajdanami anoreksji.

Wielu już nie wierzy,
że Lidzia wyjdzie z tej choroby; ja wierzę, bo…
człowiek może zawieść, Bóg nie zawodzi.
Człowiek może skreślić,
Bóg walczy o życie.
Człowiek zapomni, Bóg pamięta.
Człowiek w chwili kolejnej porażki, powie
„Pan mnie opuścił,
Pan o mnie zapomniał”.

Bóg odpowie:
„Czy może niewiasta zapomnieć
o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A gdyby nawet zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie.
Oto wyryłem cię na obu dłoniach,
twe mury są ustawicznie przede Mną”.
(Iz.49:14nn)



Lidzia walczy,
ale nic się nie zmienia.
Zwycięża dobijając do ok. 37kg,
po czym przegrywa,
spada niczym ptak ze złamanym skrzydłem
do wagi krytycznej.

Dobry jest Pan dla ufnych,
dla duszy, która Go szuka.
Dobrze jest czekać…
(Treny 3:25n)


Bóg jest ponad czasem.
Nieraz działa szybko.
Nieraz działa powoli.
czego nie dostrzegają my-niecierpliwi.

Dobrze jest czekać…
i nie ustawać w modlitwie.
Usilnie i wytrwale wzywać Dobrego Lekarza.

Jeżeli ktoś z Was zechciałby wspierać Lidzię
wstawienniczą modlitwą, wzdychajcie ku Najwyższemu
by walczyła, by nie rezygnowała, by nie wątpiła,
by szukała pomocy u Ojca, kiedy powraca wstręt do jedzenia,
by stał się w jej życiu cud, Boży cud
poskromienia wyniszczającej jej choroby.

niedziela, 24 kwietnia 2011

...a trzeciego dnia zmartwychwstał



Niedziela. Wczesny poranek. Maria Magdalena stanęła przed grobem [Jezusa] płacząc. Ciekawe, czy oprócz aniołów i Jezusa ktoś widział ją, jak płacze na grobem? Kilka lat po śmierci mojej babci Wandy, kiedy miałem 7 lat pojechaliśmy razem z moim kolegą na cmentarz. On poszedł nad grób swojej babci, ja nad grób mojej. Gdy wracaliśmy do domu, powiedział: „Widziałem starszą panią, która płakała gdy patrzyła, jak ja płaczę nad grobem babci”.

Maria płakała nad grobem Jezusa, bo opłakiwanie zmarłych jest ceną, którą płacimy za miłość. Maria była pełna miłości do Jezusa… Być może, gdy patrzył On na nią to wzruszył się w duchu i rozrzewnił, tak jak nad płaczącą Marią, gdy zmarł Łazarz.
Być może zapłakał, jak wspomniana pani nad płaczącym Rafałem.

Maria stoi nad grobem i „wylewa” łzy. Jezus został zabity i oprócz tego zniknęło Jego ciało. Zabrano Pana mego i nie wiem gdzie Go położono. Wreszcie za jej plecami staje Jezus. Maria odwraca się, ale nie rozpoznaje Mistrza. Jej rozpacz zakrywa słowa „a trzeciego dnia zmartwychwstanę”, smutek nie pozwala rozpoznać głosu Jezusa. Rozmawia z Nim, jak z ogrodnikiem: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę. Powiedz mi gdzie Go położyłeś, a ja Go namaszczę olejkiem, okryję i z powrotem złożę do grobu”. Jak ona musiała wypowiadać te słowa? Jak bardzo prosząco. Wreszcie Jezus mówi: Mario! Ile razy Jezus zwracał się tak do niej? Maria rozpoznaje. Przechodzi z rozpaczy do radości, woła: Rabbuni!

Dziś, Pan Jezus zwraca się do nas, tak jak tam do Marii. Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli ktoś posłyszy Mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną (Ap.3:20). „Wieczerzać”, greckie „deipneo” oznacza spożywanie wspólnego posiłku (kolacji, ale przede wszystkim obiadu). Z kim jadamy obiad, kolację? Jadamy z naszą najbliższą rodziną, czasami z zaproszonymi przyjaciółmi.
Jadamy z najbliższymi nam ludźmi.

Tak bliską relację chce mieć z nami Jezus. Najbliższa więź. Tylko usłysz Mój głos i otwórz Mi.

Dziś wspominamy najradośniejszy poranek w dziejach ludzkości. Poranek, który przyniósł zwycięstwo życia nad śmiercią. Jezus Chrystus, którego dziś wspominamy, ŻYJE!!!

Dlatego pochylam się nad sobą i zdaję sobie sprawę, że gdybym mówił o Chrystusie, a nie doświadczał Go w zwykłym dniu, nie rozmawiał z Nim, to moje chrześcijaństwo byłoby jedynie obyczajem, religią nakazów i zakazów, uprawianą czynnością. Stałoby się niejako przebywaniem w szczelnie zamkniętym pokoju, gdzie z czasem zabrakłoby tlenu.

Święto zmartwychwstania Pańskiego, które dziś obchodzimy, nawołuje, że trzeba otworzyć własne wnętrze i przewietrzyć swoje serca życiodajnym słowem Chrystusa, który dziś zwraca się do nas, jak kiedyś do Marii przy grobie. Święto to wzywa, do tego, by spotęgować w sobie słowo „jest”, odnoszące się do obecności Jezusa. Określamy bowiem tym słowem fakty, do których mamy różne przywiązanie. Używamy słowa „jest”, jako potwierdzenie tylko istnienia czegoś, jak i tym samym „jest” wyrażamy poczucie bliskiej więzi.

Pierwsi chrześcijanie wywodząc się głownie z ludzi nieuczonych
i prostych przeobrażali się w odważnie rozprawiających z Sanhedrynem (Dz. Ap.4:13).
Twarze ich emanowały anielskością (Dz. Ap. 6:15).
Rozpoznawano w nich uczniów Jezusa.
Słowo "jest" określało ich wieź z Chrystusem,
która nie pozwalała im zostać takimi samymi ludźmi.

A co robi Jezus z naszym życiem?
Jaki byłem gdy uwierzyłem, a jakie teraz jestem?
Co zmieniło się we mnie w minionym roku?
Jezus obiecał, że kto Go miłuje temu się objawi (Jan.14:21).
Objawia się poprzez przemiany w nas samych.
Jako kapłan chce przebywać w świątyni naszego ciała.
Warunek – nasza chęć i współpraca.
Otwarcie się na Jego pukanie, czasami łomot.

piątek, 22 kwietnia 2011

nie jest uczeń nad mistrza


I skłoniwszy głowę,
oddał ducha (J.19:30)


Straszny finał życia Syna Bożego.
Ukrzyżowany, konał w samotności,
opuszczony przez uczniów,
przez jednego z nich zdradzony,
wyszydzony przez ludzi,
których leczył i nauczał.
Nazywany Belzebubem
dręczony był nie tylko fizycznie,
a może nawet bardziej boleśnie
dręczony wrogim językiem, wzgardą, niezrozumieniem.
Ukrzyżowany… bo przyniósł dobro.
Ukrzyżowany z zawiści.

Świat nie toleruje tego co święte, co dobre,
co prawdomówne, co prawdą obnaża i uderza
w nasze „ja”, wygodę, schematy myśli i zachowań.

Nie jest uczeń nad mistrza – nauczał Jezus.
Kto opowie się całym sobą po stronie tych wartości
spotka go to, co spotkało Mistrza.

Jakub, Piotr, Paweł i wielu innych skończyło podobnie.
Naśladując Pana spotykali co rusz nieżyczliwych im ludzi,
Największe razy dostawali od ludzi religijnych.
Niezrozumiali i samotni byli również Boży prorocy,
choćby Jeremiasz chłostany i bity,
i co najsmutniejsze, niezrozumiały przez naród, który kochał.
Taka jest droga za Bogiem…

Żaden z namaszczonych Bożych ludzi nie doświadczał poklasku,
nie sprawował beztroskiej służby.
Wraz ze szczerą służbą Bogu przychodzi opór z zewnątrz.

Dlatego Paweł apostoł pisał, że przez wiele ucisków
trzeba nam wejść do królestwa Bożego.


Nie dziwmy się więc, kiedy idąc za Bogiem,
napotykamy przeciwności.
To jest nierozłączny element drogi za Chrystusem.

Trzeba odwagi i zaparcia, by wytrwać z Nim, aż do wykonał się ,
bo wcale nie jest łatwo, jak pierwsi uczniowie
cieszyć się, że jest się godnym cierpieć dla Imienia Jezusa.

środa, 20 kwietnia 2011

na ile podobny?


Arcykapłani wydali Go
przez zawiść,
…podburzyli tłum…
(Mar. 15:10)


Potem już tylko zabrzmiało straszne: „Ukrzyżuj go!”
Z każdym następnym krzykiem, głośniejsze…

Zadziwiające jest to, że Jezus,
lew z pokolenia Judy, jako baranek prowadzony na rzeź,
wybrał drogę słabości – wzgardy, poniżenia, bólu i cierpienia.
A przecież wystarczyłoby tylko jedno słowo,
by wstawiły się za Nim legiony aniołów Bożych,
w pył obracając całe to okrutne towarzystwo.
Jezus zaś wypowiedział więcej niż jedno słowo.
Kiedy jednak otworzył usta, nie przeklinał, a błogosławił.
Jak zwykle, pomyślał o innych.
Zapewnił opiekę swej matce,
obiecał łotrowi miejsce w raju,
prosił o przebaczenie dla tych, którzy Go mordowali!

Na krzyżu zabrzmiało echo słów Mistrza:
Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie,
niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie NAŚLADUJE.


Zdarzyło się (zdarza się), że mnie znieważono,
nieraz zadano mi bolesny cios.
Sięgam pamięcią i próbuję sobie przypomnieć,
o czym wówczas myślałem.
Na ile narzekałem i użalałem
nad zadaną mi niesprawiedliwością,
a na ile błogosławiłem?

Przy tych rozważaniach rodzi się we mnie pytanie:
„Na ile jestem do Niego podobny?”

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

dziwne


Niedługo
przed tegorocznymi
świętami upamiętniającymi
śmierć i zmartwychwstanie
naszego Pana,
Jezusa Chrystusa,
chciałbym zwrócić uwagę
na pewien fakt.

Jezus stoi przed Sanhedrynem, który dość dziwnie
w procesie Jezusa sprawuje zarówno
funkcję sądowniczą, jak i oskarżycielską.
Jezus nie odpowiada na zarzuty. Milczy.
Podirytowany milczeniem Jezusa Arcykapłan Kajfasz
wreszcie wyrzuca z siebie:

Zaklinam cię na Boga żywego, powiedz nam:
Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży? (Mat. 26:63)


Dziwne, ale to nie areligijność
wydała Jezusa na śmierć,
lecz religijność.
To nie bezprawie wbijało gwoździe
w Jego ciało, lecz prawo.
Ludzie religijni i prawi podburzyli motłoch
do wściekłego żądania: „Ukrzyżuj Go!”

Mój przyjaciel słusznie kiedyś zauważył:
„Ten Człowiek wszystko rozumiał.
Ten Człowiek wszystkich rozumiał.
Nic z tego nie rozumieli, więc… zabili Go”.

Nie wiem, czy zastanawialiście się nad tym,
ale ciężko przeoczyć w Ewangelii fakt,
że Jezus, chodząc po ziemi ganił ludzi religijnych,
to ich krytykował wykazując im że w swojej religijności
nie trafiają w sedno zamiaru Boga względem ich życia.
Tych, którym zdawało się,
że zadowalają Boga swoim postępowaniem
i religijnymi poglądami, napominał, często ostro napominał.

Dlaczego?

Bo Jezus widział w tym wszystkim co robią
(może nawet z przekonania?)
pychę, hipokryzję i brak praktycznej miłości
do innych ludzi z poza ich grupy.
Dlatego najczęściej przebywał nie
z filarami ówczesnego Izraela,
a z celnikami, prostytutkami i innymi grzesznikami.
Podchodził do nich ze współczuciem i wyrozumiałością.

Dlaczego?

Bo oni w przeciwieństwie do faryzejskich „ścian pobielanych”
mieli świadomość, że potrzebują lekarza.

Hmm… To ważna lekcja na dzisiaj.
Są chrześcijanie, z którymi zdarza się,
że mam kontakt, którzy poznając trochę z Biblii
stworzyli swój kodeks wiary
czyniąc z siebie ekspertów od właściwej doktryny,
Boga i życia z Nim.
Twierdzą, że jeżeli oni w swojej grupce przeżywają Boga,
to wszyscy inni muszą tak samo.
Uzurpują sobie prawo do krytycznej oceny ludzi,
nie zadawszy sobie nawet trudu poznania ich, rozmowy.
Z zadziwiającą łatwością wszystkich
innych chrześcijan choć trochę inaczej myślących niż oni
wrzucają do jednego wora zwodzicieli.
Czynią to z przekonaniem, że wypełniają wolę Bożą.
Co ciekawe, jedna taka grupa potępia drugą i na odwrót.
Wszyscy czynią to w „imieniu Jezusa Chrystusa”.
Znam takich chrześcijan.
Obdarzają się pogardą,
choć jedni i drudzy uznają się za naśladowców Chrystusa.
W imieniu walki o czystość wiary
rozsiewają fałszywe świadectwa o innych braciach.
Smucę się z tego powodu,
bo jest to antyświadectwem dla ludzi niewierzących.

Patrzę na życie Jezusa Chrystusa.
Widzę, jak gani tych, którym wydawało się, że nieomylni,
do grzeszników natomiast zwraca się z miłością.
Owszem, mówi „nie grzesz więcej”, ale daje miłosierdzie.
Z religijnymi przywódcami rozmawia o wiele ostrzej,
bo od nich wymaga więcej.

Czytając fragmenty Ewangelii
z ostatnich chwil życia Pana Jezusa na ziemi
zadaje sobie pytanie:

Jak dziś Jezus rozmawiałby z nami?
Jak rozmawiałby ze mną?
Z kim dzisiaj zasiadłby do stołu?
Z kim przełamałby się chlebem?

Panie Jezus, strzeż od faryzeizmu.
Strzeż Jezu, od pokusy uznania się nieomylnym
a szczególnie chroń od mani pychy religijnej
potępiającej wszystkich inaczej
interpretujących słowo Boże.

czwartek, 14 kwietnia 2011

żyjemy z łaski


Władysław wykładał
kostkę brukową
przed bramą swego domu.
Jedna chwila…
Jeden moment…
W konfrontacji
z samochodem przeżył,
ale…

Po sześciu miesiącach od wypadku trafił na nasz oddział.
Tylko tu został przyjęty.

Porażenie kończyn dolnych.
Niedowład kończyn górnych
z dużym zesztywnieniem stawów barkowych i łokci,
z przykurczem wyprostnym dłoni.
Rurka tracheotomijna, by mógł oddychać.
Zanik czucia od poziomu Th8.
Wychudzenie, skrzywiony od leżenia kręgosłup.
Odleżyna na potylicy i piętach,
i duża na całym prawym pośladku.

Od poniedziałku do piątku staję przed nim,
mówię: panie Władku „idziemy” na rehabilitację.
Od poniedziałku do piątku przebijamy się przez ból
zesztywniałych stawów kończyn górnych.

Toruję układ nerwowy z wiarą…

Modlę się, by moje staranie poparł Bóg.
Wówczas…
choćby ręce ruszyły,
choćby się tułów uaktywnił.

Pracując w szpitalu nie da się zapomnieć,
że żyjemy z łaski.

Wystarczy jeden moment,
by okazało się, jak kruche jest nasze ciało, zdrowie, życie.

piątek, 8 kwietnia 2011

w L.O. o Szabacie


Wykładałem dzisiaj nt Szabatu
w Liceum Ogólnokształcącym w Chrzanowie.
Słuchało około 30 osób.
Młodzież – na pewno co niektórzy - wydawała się zainteresowana.
Wykład ten zapoczątkował
cykl prób zagłębiania się
w bogatą treść świąt biblijnych, o których Bóg powiedział
to są moje czasy święte (Kpł. 23:3).

Dziś starałem się ukazać intencje Boga
ustanawiającego święta dla Izraela,
zastanowić się nad ich duchowym sensem
i przenieść je na subtelne sfery naszego życia,
tam doszukując się zamysłów Bożych dla człowieka.

Mówiłem m.in., o idei wolności, którą przedstawia cały Dekalog,
i o samym Szabacie, jako święcie wolności.
Próbowałem zainspirować Szabatem,
jako czasem oderwania się od powszedniości,
niezależności od zewnętrznych zobowiązań.
Mówiłem o Szabacie, który uczy, że dobrze jest pracować,
korzystać z dobytku tego świata,
ale należy umieć obchodzić się bez niego.
Nie dać się zniewolić.

Mówiłem o Szabacie jako sposobnej chwili do refleksji,
że jako ludzie należymy do Boga,
który stworzył człowieka na swój obraz.
O Szabacie jako czasie,
gdzie można zaprzestać tego co fizyczne,
by skupić się nad tym, co duchowe, wieczne i nieprzemijalne.

Starałem się przedstawić istotę Szabatu, jego sens i piękno.

Chciałem wskazać na Tego, dzięki któremu istniejemy,
budzimy się co dzień… z łaski.
Wskazać na Jego mądrość i troskę o człowieka.

wtorek, 5 kwietnia 2011

łaska poznania

Poznanie Boga jest łaską.
Natomiast co niektórzy zachowują się,
jakby wręcz przeciwnie,
poznanie nie tyle było łaską,
co mozolnie wypracowaną własnym wysiłkiem
własną zasługą.
I tych, którzy nie włożyli tylu sił co oni
w zdobyciu tej łaski, sądzą sądem bez łaski.

Jeżeli ktoś stał się już tym szczęściarzem
i odpowiedział na Boże do Siebie zaproszenie,
to raczej winien obrać drogę konstruktywnych myśli
co zrobić by stać się (by CHCIEĆ stać się!) zachętą dla tych,
którzy owego zaproszeniem nie przyjęli.


Ktoś kiedyś słusznie zauważył, że głoszenie Ewangelii
to opowiadanie żebraka,
który znalazł chleb
głodnemu żebrakowi
gdzie ów chleb można znaleźć.

piątek, 1 kwietnia 2011

przegrani


Strąca władców z tronu,
a wywyższa pokornych.
Głodnych syci dobrami,
a bogaczy
odprawia z niczym
(Łuk. 1:52n).


Świat stawia na bogatych
i wpływowych,
wygadanych, wykazujących zdolności przywódcze.
Na sprytnych, umiejących postawić na swoim,
mających tzw. dobre kontakty.
Bóg wybiera przegranych,
by w ich niemocy okazała się Jego siła.

Nie tak bowiem, jak człowiek widzi, widzi Bóg (1Sam.16:7).


Jezus skierował swe kroki do ludzi wzgardzonych
w ich własnym środowisku.
Najbliższych Mu uczniów stanowili
ubodzy, chorzy, ułomni,
znienawidzeni poborcy podatków i prostytutki.
Ci wszyscy, politowania godni dla możnych tamtego świata
(współczesnego również), stali się dla Niego ważni.
Syn Boży stał się ich przyjacielem,
bo Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to,
co zginęło (Łuk.19:10)
.
Natomiast ówcześni przywódcy religijni,
znani i podziwiani, zdyscyplinowani
w przestrzeganiu nawet najmniejszej litery Prawa,
mieli z Mistrzem na pieńku.
Co rusz Jezus wykazywał im, że mijają się z Bogiem.

W której grupie znajduję się ja?
Czy Jezus znalazłby mnie wśród tych,
którzy zajęci studiowaniem Pisma
jako eksperci od spraw religii toczą ze sobą teologiczne spory,
zapominając o ubogich bliskich Chrystusa?
Czy może jestem wśród tych, którzy, studiując Pismo,
widzą, słyszą i czynią?