niedziela, 28 sierpnia 2011

na ciepłym papierze


„Prawda głodna odwagi”
wyszła już z drukarni.
Chętnych, którzy chcieliby
zaglądnąć do środka,
informuję, że wszystkie szczegóły
dotyczące zamówienia książki
umieściłem na stronie:

prawdaglodnaodwagi.blogspot.com

Jeżeli ktoś chciałby pomóc w kolportacji,
proszę o kontakt: radeksiewniak@poczta.fm

czwartek, 25 sierpnia 2011

Garncarz


Pan Bóg zna nas lepiej,
niż my siebie znamy
i powołuje do różnych zadań,
nieraz w zaskakujący sposób,
nieprzewidywalny dla nas
i być może niezrozumiały
dla innych.

Mojżesz…
Wychowany na dworze egipskim.
Zna faraona i skończywszy 40 lat
jest gotów bronić swoich rodaków
przed okrucieństwem Egipcjan.
Wydaje się, że to najodpowiedniejszy moment,
dla Boga aby wykorzystać zapał Mojżesza.

Mojżesz w obronie swego rodaka zabija
znęcającego się nad nim strażnika.
Chce walczyć o wolność dla Izraela.

Bóg jednak patrzy i milczy, czeka...

Mojżesz zaś z powodu popełnionej zbrodni musi uciekać
z Egiptu do kraju Madian.
Tu przez kolejne 40 lat żyje na pustyni jako pasterz.
Tu poślubia Seforę, która rodzi mu dwójkę
pełnych pociechy dzieci – Gerszoma i Eliezera.
Tu żyje mu się dobrze.
Zajmuje się stadem swoich owiec.
Dogląda też owiec teścia.
Kiedy wraca z pastwiska czekają na niego
ciepłe objęcia żony, uśmiechy dzieci.
Mojżesz jest szczęśliwy.
Gdzieś tam, już coraz głębiej, iskrzy się jeszcze myśl
o rodakach pod jarzmem Egiptu,
ale praca i kochająca rodzina
skutecznie pomagają o nich zapomnieć.
Czterdziestoletni zapał już dawno minął…
przecież pojawiły się inne rzeczy na głowie.

Życie Mojżesza jest takie jak sobie wyśnił
– dzieci podrastają, a on się w spokoju starzeje się.

I teraz odzywa się milczący dotąd Bóg.

Tyle, że to przecież już nie ten dawny Mojżesz.
Mojżesz teraz ma 80 lat, żonę, dzieci.
Spełnia obowiązki ojca, a Bóg właśnie teraz przemawia.
Mojżesz się wymawia.
Udaje, że nie słyszy słów: „Pójdziesz do Egiptu”.
Przekonuje Boga, że on się do tego po prostu już nie nadaje.
To nie ten czas.

Jednak nic z tego.
Mojżesz został bowiem wybrany, już w łonie matki
do wybawienia Izraela z rąk ciemiężcy.

Dziwne postępowanie Pana.
Kiedy Mojżesz – jak się wydaje – jest gotowy
do ochoczego spełnienia woli Pana, On milczy.
Kiedy się starzeje i nie chce – Pan go powołuje.

Mojżesz musiał dożyć osiemdziesiątki,
aby stać się narzędziem, którym posłuży się Bóg.

Gdy dziś czytam tę historię, łatwo jest mi wysunąć taki wniosek.
Mojżesz miał o wiele trudniej.
Jakże niezbadane są Jego wyroki
i nie do wyśledzenia Jego drogi (Rzym. 11:33).

Bóg jest garncarzem (Iz.64:7).
On kształtuje nas na swoje naczynie, zgodne z Jego wolą.
Mojżesza kształtował 40 lat.
Tyle musiało minąć czasu, aby został naczyniem,
które gotowe było wyzwolić naród żydowski.
Nie było tych lat 39 - bo było by ich zbyt mało,
nie było 41 - bo było by ich zbyt dużo.
Było lat 40 - tyle ile przewidział Bóg,
aby Mojżesz mógł sprostać Jego woli.
Tyle Mojżesz musiał żyć w przeświadczeniu,
że Bóg o nim zapomniał.
Po to, aby wypróżnił się on z mocy swojego "ja",
i zobaczył nie swoją moc, a tylko moc Boga.
Po to, by nie zawierzył sile swoich rąk,
które zabiły Egipcjanina,
a sile rąk Boga Najwyższego.

Tak samo, jak Mojżesza Bóg kształtuje nas.
On dla każdego życia ma PLAN.
I tylko On wie, co nam trzeba,
by nas do niego przygotować.

Wielu jest powołanych według Bożego zamysłu,
ale niewielu jest wybranych.
Zamiast stanąć w obliczy ognistych Pańskich prób,
wielu rezygnuje w przeświadczeniu,
że Bóg o nich zapomniał.
Natomiast przez próby i doświadczenia
zostaje kształtowane naczynie-człowiek
przez które Bóg może działać i osiągać swój cel.

Bóg wyrabia nas do całkowitego posłuszeństwa.
Przez to każda nasza myśl, postawa, każde uczucie
i nasze cele muszą zostać sprawdzone
i skonfrontowane z Bożą myślą.
Naczynie musi zostać złamane i na nowo ukształtowane.
Nasze "ja" musi umrzeć, a to jest zawsze bolesne.
Naczynie musi zostać doprowadzone do całkowitej
bezradności, po to by zaufało tylko Najwyższemu.

Tak Pan Bóg kształcił Mojżesza.
Tak kształci nas.


środa, 24 sierpnia 2011

akrostych imienia R.

Mój przyjaciel, Andrzej specjalizuje się
w pisaniu akrostychów do imion swoich znajomych.
W taki właśnie sposób dowiedziałem się,
że skrócona forma mojego imienia oznacza:

Rozległy
Areał
Dążeń
Ewangelicznych i
Kierunków licznych sprzyjających rozwojowi


Zachęcam do zapoznania się z twórczością Andrzeja
na http://andrzejdabek.info/

Oto jeden z jego wierszy...

Miasto

Mało kto wierzy dzisiaj w miasto
Wyciosane z drogiego kamienia:
Z tętnicą rzeki,
Z drzewem i jego owocem,
Z bramą otwartą jak książka,
Której stronice wypełnione są
Obietnicami.
Z gościnnym zaułkiem świątyni:
W ramionach jej bramy
Rozsiadło się bezpieczeństwo;
Tutaj celnik Mateusz
Oczekuje na człowieka
Przemycającego dobroć.
To miasto nie ma
Ulic brukowanych krwią,
Bazylik sprzedających spokój sumienia.
Teraz człowiek zamknął się w murach
Z tym wszystkim przed czym uciekał.
Samotność nie jest tam gdzie brak ludzi
Ale gdzie brak nadziei.

wtorek, 23 sierpnia 2011

przyzwoitość

Co się dzieje z człowiekiem, który czeka na peronie
wraz z setkami innych osób, na nadjeżdżający
ośmio wagonowy pociąg
(już z większością zajętych miejsc siedzących),
gdzie wiadomo, że nie wszyscy się zmieszczą
(to trafniejsze słowo w tym przypadku niż „wsiądą”)?

Nie ma człowieka przez te kilkanaście minut.
W ruch idą łokcie. Spryt – kto młody, ten przez okno.

Kierowałem się na północ, by odpocząć.
Zmieniłem plany. Zamiast na północ,
pojadę na południe, samochodem…

To niedzielne zachowanie ludzi
niesie nieraz analogię do zachowań osób
mieniących się naśladowcami Chrystusa.

Mój przyjaciel, Tomek Żółtko opisywał kiedyś
podobną sytuację, tyle że w "świecie" chrześcijańskim.
Rzecz miała miejsce przed dużą konferencją,
gdzie celem było uwielbić Boże imię.
Amok i szturm cechowały ludzi, gdy otworzono drzwi na salę.
Czy cel uświęca środki…?
Byleby bliżej sceny…
bliżej, by móc lepiej chwalić Boga???


Pomyślmy najpierw o przyzwoitości.
Przyzwoitości w zwykłym zachowaniu.
Pomyślmy trochę o wrażliwości, czułości,
by móc zachować się „jak przystoi przed Panem”
być może w podobnych sytuacjach,
w których dane nam będzie się znaleźć.

Byśmy na tej płaszczyźnie codziennych wydarzeń
nie zawiedli.

niedziela, 21 sierpnia 2011

chrześcijaństwo

W chrześcijaństwie nie chodzi
o to kim my jesteśmy i co my możemy zrobić,
ale o to kim Chrystus jest w nas
i co On może w nas zrobić.
Kiedy prawdziwie Jezus kształtuje się
w człowieku nie ma miejsce na dumę,
że to my pobożniejsi,
że my lepiej znający prawdę.
Jest pokora i służba,
praktyka słów, które się głosi.

Prawda głodna odwagi

W najbliższy czwartek ukaże się książka "Prawda głodna odwagi"
mojego autorstwa, ze zdjęciami znakomitego fotografika,
Piotra Kubica.

Wszystkich chcących dowiedzieć się o treści książki,
o możliwości jej zakupu i cenie, odsyłam na stronę poświęconą
książce: prawdaglodnaodwagi.blogspot.com
lub na profil fb książki.

Szczerze zachęcam do lektury :)


środa, 17 sierpnia 2011

serce wierne


Bóg wybrał Abrahama,
by przez Niego błogosławić
całej ludzkości,
bo w nim narodziła się wiara,
która zachwyciła Boga.

I nie okazał wahania
ani niedowierzania
co do obietnicy Bożej,
ale się wzmocnił w wierze.
Oddał przez to chwałę Bogu
i był przekonany,
że mocen jest On również wypełnić, co obiecał
(Rzym.4:20n).


Abraham, wbrew nadziei,
wbrew temu w czym utwierdzał go rozum
UWIERZYŁ (że w wieku 100 lat Sara zrodzi mu syna),
i przez to oddał chwałę Bogu.

Wiara, o której mówi Biblia,
to wiara WBREW
temu co podpowiada umysł, przypuszczenia, logika.

Żeby oddać Bogu chwałę przez wiarę,
żeby stać się synem Abrahama,
wreszcie, by stać się dziedzicem Abrahama,
trzeba mieć wiarę Abrahama.
Tacy ludzie fascynują Boga.

Wiara Abrahama przeszła też przez próbę
zadania śmiertelnego ciosu ukochanemu,
długo wyczekiwanemu synkowi...
Dlatego Abraham to jedyny z ludzi,
który mógłby powiedzieć,
że poczuł to, co Bóg czuł w Niebie,
kiedy krzyżowano Jego Syna na ziemi.

Dlatego Abraham nazwany został
ojcem wszystkich ludzi wierzących.

Nehemiasz zapisał:
A gdy uznałeś, że serce Abrahama jest Tobie wierne,
zawarłeś z Nim przymierze! (Neh.9:8).


Zatrzymuje mnie ten tekst.

A gdy uznałeś, że serce Abrahama jest Tobie wierne...


Tylko to się liczy.

Jak bardzo moje serce jest wierne Bogu?

Czytam właśnie Księgę Apokalipsy,
która dopowiada...
(tekst mówi o walce jaką stoczy Bestia
- władza występująca przeciwko Bogu i Jego Prawu
z dziećmi Boga)

Jeśli kto ma uszy, niechaj posłyszy!
Jeśli kto do niewoli jest przeznaczony, idzie do niewoli;
jeśli kto na śmierć od miecza - musi od miecza zginąć.
Tu się okazuje wytrwałość i wiara świętych.
(Ap.13:9n)

sobota, 13 sierpnia 2011

owoc rodzi owoc


Bez owocu nie ma rozmnażania.
Jeżeli jakaś roślina chce się rozmnożyć,
to robi to przez owoc.
W owocu jest nasienie.
Owco spada,
nasienie wchłania się w ziemię
i wyrasta nowe życie
– nowe drzewo i nowe owoce.
Jeżeli nasienie jest złe,
wyrośnie wadliwa roślina, złe życie.
Jeżeli nasienie jest dobre,
wyrośnie zdrowa roślina, dobre życie.

Owoc rodzi owoc.

Tą zasadę obrazuje nasze życie.
Kiedy będzie we mnie owoc nieprzebaczenia,
wydam owoc zgorzknienia,
potem wydam owoc obmowy, złości, nienawiści.
Zły owoc rodzi złe owoce.
Kiedy będzie we mnie owoc przebaczenia,
to ten owoc zrodzi owoc pojednania,
życzliwości i błogosławieństwa.
Dobry owoc rodzi dobry owoc.

Uruchomiliśmy stronę naszego kościoła (kech.chrzanow.pl).
Ukazują się tam m.in. aktualności, co nowego u nas.
Jedna z aktualności była taka, że zbieramy odzież dla ubogich
mieszkańców hostelu w Bolęcinie, dla samotnych matek z dziećmi.
Taka informacja znalazła się na stornie.
Niedługo po tym, napisała do mnie Eva z Kanady,
że czytając tę informację, chce wesprzeć pieniężnie tę akcję.
Chciała przeznaczyć pewną kwotę na pomoc,
szczególnie tym samotnym matkom z dziećmi.
Wzruszyłem się...
Sama napisała.
Przeczytała i zrodziło się w niej pragnienie, by do mnie napisać.
Jej słowa były dla mnie jak balsam dla duszy.
Są mi przykładem wielkiej wrażliwości na ludzkie potrzeby.

Owoc rodzi owoc.
Owoc, który przynosimy musi być żywy i musi trwać.
Powinien być kosztowany przez innych.
Powinien być kosztowany przez Pana.
Owoc Pawła apostoła trwa do dziś.
Do dziś mówi się o owocu Abrahama,
czy o owocu Marii, która drogocennym olejkiem
namaściła stopy Jezusa i swymi włosami je otarła.

Nasze owoce są smakowane przez ludzi
i wydaje kolejne owoce.
Owoce albo zachęty i pobudzenia,
albo owoce demotywowacji i zgorszenia.

Owoc Pawła spożyli ci, którym głosił,
tak, że i oni potem zwiastowali Chrystusa, tak jak on to robił.

Pan Jezus w ostatnich dniach swojego życia na ziemi
powiedział do swoich uczniów, zapewne w ogrodzie Getsamane
przyglądając się rosnącym w nim bujnym winoroślą:
Ojciec mój przez to dozna chwały,
że owoc obfity przyniesiecie
i staniecie się moimi uczniami (J.15:8).


Owoc, owoc, owoc… - jaki przynoszę owoc?

niedziela, 7 sierpnia 2011

słabość i Mont Blanc

…celem nie tyle był sam Mont Blanc,
co zachwyt nad pięknem francuskich Alp.

Na dzień dobry przywitały nas kozice.
Wychodząc paręset metrów nad Nid D’Aigle
zobaczyliśmy je…


Noc przespaliśmy w ruinach baraku Forestiere.
Mieliśmy szczęście, bo oprócz nas czterech,
spało tam jeszcze tylko sześć osób, czyli niewiele.
Na drugi dzień, wykorzystując, jak się okazało
ostatni dzień pięknej pogody wyszliśmy
z Forestiere do Tete Rouse,
a z Tete Rouse do schroniska Gautier.


O 3 w nocy wychodziliśmy na Mont Blanc.
Niestety pogoda na tyle się pogorszyła (mgła i mocny wiatr),
że musieliśmy zrezygnować z podejścia na szczyt,
jak zresztą wszyscy inni, którzy mieli taki sam plan, jak my.


Tym razem nieudane wyjście na Mont Blanc wiązało się
z dotknięciem przeze mnie punktu słabości.
Oprócz piękna alpejskich szczytów ze szczelinami lodowcowymi,
kozic i koziorożców z długimi rogami,
powiewu wiatru i gwiazd na niebie
doświadczyłem również choroby wysokościowej,
która przyniosła wymioty i ból typu migrenowego prawego oka.

Wszystko zaczęło się przy schodzeniu z Gautiera...

To ważna lekcja dla mnie.
Lekcja pokory i uniżenia przed Bogiem,
doświadczenia, że jestem całkowicie zależny od Ojca,
że to co mam, jest łaską i darem.
Każdy krok był darem.

Zazwyczaj środowisko górskie jest tym,
w którym dobrze się czuję,
gdzie przeprowadzam inne osoby, jako ten silniejszy
i sprawniejszy,
jako ten z doświadczeniem…
Tym razem rolę się odwróciły.
Stałem się słaby.
O ile jeszcze z Gouteira schodziło mi się dobrze,
to z Tete Rouse schodziłem już z dużym bólem oka,
spowalniając osoby z którymi wybrałem się w Alpy.

Co ciekawe, w drodze do Chamonix rozmyślałem o słabości,
w której Bóg doskonali swą moc.

Słabość nie jest oczekiwana przez człowieka,
raczej się jej wstydzimy i jeżeli to możliwe, unikamy.
Raczej marzymy o zwycięskim życiu, bez potknięć.
Nie chcemy słabości w nas.
Nie chcemy, aby ludzie widzieli nas w momencie słabości.
Nie chcemy słabości w innych ludziach.
Patrzymy na ludzkie słabości z niechęcią,
może i nawet w pewnym sensie, ze wzgardą.

Zupełnie inaczej patrzy na nasze słabości Bóg.
Słabość jest stanem, w którym
- dopiero wówczas - człowiek uczy się,
że to kim i jakim jest, że to, do czego doszedł, że, kiedy jest mocny,
nie jest jego zasługą… jest zasługą Boga.
Dlatego, tak ważne jest lekcja słabości,
którą trzeba przyjąć bez wstydu,
a z dumą, że Ojciec nasz Niebieski, Abba, wspaniale nas wychowuje
i prowadzi w najlepsze dla nas sposób,
choć pewnie, nierzadko przez nas niezrozumiały.