piątek, 28 grudnia 2012

u progu Nowego Roku

Z racji tego, że jutro wyjeżdżam,
u progu Nowego Roku,
wszystkim przyjaciołom, 

znajomym i nieznajomym 
gościom tego miejsca, 
życzę przemieniającej
od środka na zewnątrz
łaski Bożej.
Byśmy pokornieli, stawali się mniej pochopni w sądach, 

dostrzegali obraz Boga w każdym człowieku, 
pomiłować więcej chcieli; 
byśmy oczekując przełomów,
stawali się ludźmi czynu, empatii, szlachetności. 

Tylko tyle i aż tyle, życzę Wam i sobie również.
Dziękuję, że jesteście!

czwartek, 27 grudnia 2012

coś więcej niż religia

"Religia, ogólnie mówiąc, stawia człowieka na śliskim gruncie. Każda wpaja swoim wyznawcom, że to dzięki niej poznali "prawdę", co naturalnie wzbudza w nich poczucie wyższości wobec tych, którzy wierzą inaczej. Religia wzbudza również w swych wyznawcach przekonanie, że ich więź z Bogiem i zbawienie są zależne od całkowitego posłuszeństwa tej prawdzie w każdym aspekcie. Wkrótce zaczynają oni unikać wszystkich, którzy nie wiodą równie oddanego i czystego życia. W rezultacie każda grupa religijna z łatwością tworzy stereotypy i karykatury innych wierzeń. Gdy ten proces się rozpocznie, bardzo szubko może doprowadzić do marginalizacji pozostałych lub wręcz do czynnych aktów opresji, agresji lub przemocy przeciw nim wymierzonych" (Timothy Keller).

Paweł apostoł zmierzając się, być może z podobną, dopiero co, rodzącą się rzeczywistością, napisał: "Jeżeli ktoś jest przekonany, że należy do Chrystusa, niechże znów weźmie sobie pod rozwagę i to, że my również, podobnie jako on, jesteśmy Chrystusowi".

Największą moją pasją, której wciąż się uczę, nie jest wyzwalanie aktywności religijnej chrześcijan ale budowanie relacji z Jezusem, pełnej miłości i oddania oraz pokory, szacunku i podziwu do innych ludzi, niekoniecznie podążających za Nim wg moich wyobrażeń

środa, 26 grudnia 2012

Betlejem-Golgota-Syjon

Z Betlejem na Golgotę. Taką drogę przemierzył Jezus.
Droga powiodła jednak dalej - do niebieskiego Syjonu.
Stąd możemy mieć dzisiaj pewność, że choć znajdujemy się
w przestrzeni naszego Betlejem-Golgota,
to celem naszej drogi jest coś więcej.
I za to dziękuję Bogu.


poniedziałek, 24 grudnia 2012

życzenia świąteczne

Z okazji świąt
wspomnienia
Narodzin Pańskich,
wszystkim moim
blogowym gościom życzę,
by Boży pokój i łaska,
które wkroczyły na ziemię
w chwili narodzin Zbawiciela
przenikały Wasze serca.
Życzę błogosławionego poczucia braku i zależności,
aby w te przestrzenie mógł wchodzić Mesjasz,
by napełniać nas Sobą.
Aby spełniły się Jego marzenia w nas.


Z serca, Radosław Siewniak. 

sobota, 22 grudnia 2012

Jak przeżyć święta?

Chciałbym podczas świąt 
i w ogóle,
tak przeżyć swoje życie.
Mieć pasję mędrców,
która uzdolni pójść
nawet w nieznane,
by stanąć przed Panem; 

prostotę pasterzy,
by bez mędrkowania
i świętoszkowatości, 

przejść do Króla Królów; 
ufność Marii,
by wznosząc się ponad rozumem,
móc powiedzieć "niech mi się stanie według słowa Twego";
milczenie Józefa, by uczyć się słuchać, a nie tylko mówić; 

oczekiwanie starego Symeona i gorliwość prorokini Anny, 
którym u schyłku życia dano zobaczyć
na własne oczy Bożego Syna. 

Natomiast, jak najmniej faryzejsko-saducyjskiego
szukania dziury w całym, 

bym czasem swoją nadgorliwością 
nikogo nie posłał na krzyż.

czwartek, 20 grudnia 2012

Łatwo przegapić najistotniejsze


Ponad dwa tysiące lat temu urodził się prawie niepostrzeżenie. Nie było tak, jak to przedstawiają na świątecznych kartkach. Nie urodził się w sielankowej szopce, ale w żłobie, w grocie wydrążonej w skale, gdzieś w małej betlejemskiej wiosce na głębokiej prowincji okupowanego państewka, które nic nie znaczyło w wielkim Imperium Rzymskim. Było to miejsce zajęte przez zwierzęta, miejsce mroczne i brudne. W takich warunkach na świat przyszedł Boży Syn, Jezus Chrystus. Największy Król, jaki w ogóle żył na ziemi, nie urodził się w wypełnionym przepychem pałacu, lecz w skalnej grocie. Widocznie Bóg, decydując o miejscu narodzin swojego Syna, nie myślał kategoriami „co ludzie powiedzą” ani „czy tak wypada”. Zupełnie inaczej niż myślimy dzisiaj my.

Wtedy Zbawiciel świata przyszedł na ten świat prawie niezauważony. Kiedy już dorósł i zaczęło się o Nim mówić, ludzie Go zlekceważyli, znienawidzili i ukrzyżowali. Historia zatacza koło i dziś znowu Jezus jest postacią niewygodną, bywa że krępującą. Albo pozostaje niezauważony, albo wzgardzony przez nowoczesnego człowieka, albo też – w dobie, kiedy wszyscy jakoś w Niego wierzą – rozmowa o Nim i z Nim wprawia w zakłopotanie. Jego nauka i osobowość – trudne do przyjęcia dwa tysiące lat temu – zdają się nie przystawać i do naszych czasów. Natomiast tradycyjna atmosfera świąt Jego narodzenia sprawia, że chętnie świętujemy przyjście Jezusa na ziemię jako niewinnego dzieciątka, któremu śpiewamy „lulajże Jezuniu”, które – w pełni zależne od nas, dorosłych – może funkcjonować na naszych warunkach, nie stawiając jednak żadnych wymagań nam.

Zbliżają się święta narodzenia Pańskiego. Przygotowując się do nich, będziesz z pewnością pamiętać o zakupach, o przygotowywaniu smacznych potraw wigilijnych, o przystrojeniu choinki, o prezentach i o rodzinnych spotkaniach przy obficie zastawionych stołach. Jednak skupienie na tym wszystkim powoduje, że łatwo przegapić to, co najistotniejsze – doniosłość faktu, że oto narodził się Zbawiciel świata – tak ówczesnego, jak i naszego, dzisiejszego.

O Nim to bowiem napisano, że „istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A z zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panemku chwale Boga Ojca” (List Pawła apostoła do Filipian 2,6-11).
             
Kiedy jednak faktycznie i zdecydowanie oświadczysz, że Jezus jest Twoim Panem, kiedy zaczniesz żyć tak, jak mówi Jezus, kiedy zastosujesz się do Jego wzorców, kiedy zaczniesz Go naśladować, modlić się do Niego, rozmawiać z Nim i o Nim, oraz zachęcać innych do poznania Go (dokładnie tak, jak robili to pierwsi chrześcijanie), ludzie przestaną traktować Cię serio. Powiedzą, że jesteś dziwakiem, że jesteś nawiedzony. Jeżeli przejmiesz się Nim, jeżeli zaczniesz żyć zgodnie z Jego Ewangelią, to uznają Cię za nienormalnego. I to w kręgu kulturowym powszechnie świętującym Jego narodziny. Dziwne, prawda?

W naszym społeczeństwie mile widziane jest bycie chrześcijaninem i obchodzenie m.in. Świąt Bożego Narodzenia, a jednocześnie z dystansem przyjmuje się duchowe zaangażowanie. Zawodowe czy szkolne środowisko wysyła Ci najczęściej komunikat: „Bądź taki jak my. Nie odcinaj się, ale też nie przesadzaj”. Odczuwamy to ciśnienie i często mu ulegamy. Funkcjonując w fajnym i sympatycznym towarzystwie, w którym nie podchodzi się do duchowości i do Chrystusa nazbyt poważnie, boimy się, że kiedy zaczniemy traktować Go serio, zostaniemy odrzuceni. A przecież chcemy się identyfikować z ludźmi, z którymi na co dzień jesteśmy na wielu płaszczyznach związani.

Pamiętaj jednak, że przyjście Jezusa na ziemię jest potwierdzeniem tego, że Bóg interesuje się Twoim życiem i chce Cię zbawić. On niestrudzenie pochyla się ku Tobie i mówi: „Nie jesteś mi obojętny. W moim Synu daję Ci życie wieczne”.

I teraz problem polega na tym, jakiego Ty dokonasz wyboru. Prawdziwe świętowanie faktu narodzin Zbawiciela świata zaczyna się bowiem wówczas, kiedy człowiek odpowiada Bogu: „Nie jesteś mi obojętny! Tak jak Ty wybrałeś mnie, tak ja chcę wybrać Ciebie”.

Może być jednak inaczej. Bóg mówi: „Umiłowałem i wybieram Ciebie”, ale ty Go nie słyszysz i idziesz własną drogą. Nie słyszysz, że ktoś się nad Tobą pochyla i mówi: „Kocham Cię. Nie musisz żyć już sam, w ciągłym zaganianiu, w lęku, w stresie, w niepewności jutra. Ja Ciebie wybrałem”. Być może szum tego świata zagłusza ten głos, a codzienne (i – paradoksalnie – również to przedświąteczne) zabieganie sprawia, że nie odpowiadasz. A być może świadomie nie masz zamiaru odpowiedzieć? To musi ranić Tego, który nas stworzył i który nas kocha.

Może właśnie dlatego Ewangelista Jan napisał, mówiąc o Chrystusie: „Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał” (Ewangelia wg św. Jana 1,10). Może dlatego Adam Mickiewicz napisał: „Wierzysz, że Jezus narodził się w betlejemskim żłobie, lecz biada ci, jeśli nie narodził się w tobie”.
 
Życzę Ci więc, drogi czytelniku, wszystkiego, co naprawdę dobre, z okazji wspominania narodzin Mesjasza, który przyszedł na świat, aby każdy, kto Go kocha ponad wszystko i ufa Mu, nie zginął, ale miał życie wiecznie.

środa, 19 grudnia 2012

cichość, pokora i uniżenie

Narodzony Mesjasz, dwa tysiące lat temu objawił się światu, odziany w szatę uniżenia i pokory. Ponad trzydzieści lat później powiedział do swoich uczniów: "Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca". Ten który był Kreatorem i Stwórcą rzeczy widzialnych i niewidzialnych, odziany w szatę chwały, mocy i władzy, przeszedł na ziemię odziawszy się w cichość, pokorę
i uniżenie. Dziś, zadaję sobie pytanie, czy pragnąc być Jego naśladowcą, pragnę naśladować Go w powyższym. Tym bardziej,
że cichość, pokora i uniżenie niepopularne dzisiaj, i zdaje się,
że w chrześcijaństwie również.

wtorek, 18 grudnia 2012

Jak to się stanie?

Na to Maria rzekła
do anioła: 

Jakże się to stanie,
skoro nie znam męża?

(Łuk. 1,34)

Bóg w swoim zamyśle
i działaniu przewyższa
nasze pojmowanie. 
My zaś, często to,
czego nie pojmujemy,
uważamy za niemożliwe.

Bóg natomiast jest Bogiem rzeczy niemożliwych.
To co u człowieka jest niemożliwe, możliwe jest u Boga.
To jest wymiar Jego niezgłębionej dla nas WSZECHmocy.
To jest cecha Jego boskości.

Czy Maria wierzyła od początku poselstwu anioła,
że porodzi Syna?
Wydaje się, że tak, ale jednak pyta: "Jak to się stanie?".
To pytanie jest cechą naszego człowieczeństwa.
Możemy wierzyć Bogu, który jest WSZECH...,
ale jednocześnie mogą powstawać w nas pytania: "Ale jak?".
Gdy Jezus mówił do Nikodema, że musi się na nowo narodzić,
usłyszał również: "Ale jak to może się stać?".
My również mamy swoje znaki zapytania względem działania Boga.

Bóg odpowiada na te pytania.
Jezus nie pozostawił Nikodema bez odpowiedzi,
choć nie była to odpowiedź łatwa.
Czy on od razu ją zrozumiał? Wydaje się, że nie.
Anioł Pański nie pozostawił i Marii bez odpowiedzi.

Rodzą się w nas pytania. To normalne.
To stanowi istotę naszego człowieczeństwa.

Stąd mamy dwie możliwości.
Zostawić te pytania w sobie, tłumić je
i nie wyrazić ich Bogu, sądząc, że przecież przed Świętym,
takich pytań mieć nie można,
czym w ostateczności zamkniemy się przed Nim.
Możemy też nasze: "Ale jak?" skierować wprost do Niego,
co być może, stanie się wówczas otwarciem przestrzeni
dla Bożej odpowiedzi, którą usłyszmy, że
"Duch Święty zstąpi na ciebie 
i moc Najwyższego okryje cię cieniem". 

I to nas uspokoi i nada ufności
"Temu, który mocą działającą w nas 
może uczynić nieskończenie więcej niż to, 
o co my prosimy czy rozumiemy".

Tego wszystkim, drodzy Przyjaciele, życzę.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

milczący mąż Ewangelii

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Marii, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego (Mat. 1:18).

Małżeństwo u Żydów składało się dwóch zasadniczych części: pierwsza to „kiduszin”, czyli zaręczyny (zaślubiny), oznaczały „poświęcenie”, „oddzielenie”, czyli wyznaczenie (wyodrębnienie) danej kobiety z myślą o danym mężczyźnie; druga to „nissu’in”, czyli wprowadzenie oblubienicy do pana młodego i zamieszkanie razem (ślub).

Zaręczyny nie były jedynie zwykłym zobowiązaniem się do przyszłego ślubu, jak to ma miejsce w naszej kulturze, ale prawdziwym i prawnym kontraktem ślubnym. Odpowiadały one naszemu małżeństwu formalnemu. W „kiduszin” narzeczona była traktowana, jak żona. Mogła np. otrzymać dokument rozwodowy od swego narzeczonego, a w razie jego śmierci uważano ją za wdowę. W wypadku niewierności karana była nawet ukamienowaniem (zob. Pwt.22:22-24) Przy okresie zaślubin („kaduszin”) narzeczeni pozostawali każdy przy swojej rodzinie przez pewien czas, który przeciągał się zwykle do roku, nie dłużej, jeśli narzeczona była panną; a do miesiąca, jeśli była wdową. Okres ten był przeznaczony na urządzenie nowego domu i jego wyposażenie. Pożycie seksualne między narzeczonymi było wzbronione w tym czasie. Wprowadzenie oblubienicy do pana młodego następowało po upływie czasu zaręczyn i polegało na uroczystym sprowadzeniu narzeczonej do domu narzeczonego. Od tej chwili rozpoczynało się oficjalnie pożycie seksualne.

Na ogół ceremonia zaręczyn odbywała się w czasie, gdy panna osiągała wiek 12-13 lat, a czas ślubu miał miejsce rok później. Mniej więcej taki, prawdopodobnie, był wiek Marii, gdy ukazał się jej anioł Gabriel. Narzeczony natomiast miał zwykle 18-24 lat, i taki był, prawdopodobnie, wiek Józefa.
I właśnie w czasie zaręczyn Maria staje się brzemienna i ten fakt uświadamia sobie Józef. Jak trudna musiała być to sytuacja dla niego? Co wówczas myślał? Ile miał pytań? Nie wiemy. Wiemy, że na żadne nie otrzymał odpowiedzi. Pozostaje tajemnicą, czy Maria opowiedziała Józefowi o tym, że ukazał się jej anioł Gabriel i w jaki sposób stała się brzemienna. Wielce prawdopodobne, że nie, ponieważ zaraz po odwiedzinach anioła Pańskiego, który zapowiedział, że urodzi dziecko, Syna Bożego (zob. Łuk.1:26), co miało miejsce szóstego miesiąca ciąży krewnej Marii, Elżbiety, Maria wybrała się do niej (zob. Łuk.1:36).
W łukaszowym opisie czytamy, że udała się tam z pośpiechem. Zapewne dlatego, aby się przekonać o prawdziwości słów anioła, który zwiastując jej narodzenie Syna Bożego, powiedział, że krewna jej Elżbieta również poczęła w swej starości syna. Śpieszyła się Maria, bo radość rozpierała jej serce. Wielka jest radość, gdy kobieta, która przez wiele lat oczekuje bezskutecznie dziecka staje się brzemienna. Tym bardziej, że w kulturze semickiej dziecko jest potwierdzeniem błogosławieństwa Bożego. Bezdzietność natomiast uważana jest często za karę za grzech, co musiało być powodem wielu krzywdzących domysłów o Zachariaszu i Elżbiecie. Maria była krewną Elżbiety i naturalnie chciała uczestniczyć w wielkiej radości, w podeszłym już wieku swojej krewnej. Dlatego w tym pośpiechu, mogła nic nie mówić Józefowi, tym bardziej, że jeszcze nie mieszkali pod wspólnym dachem, bo byli w okresie narzeczeństwa.

Nie mamy podane w Ewangeliach w jakim mieście zamieszkiwali Zachariasz z Elżbietą. Wiemy natomiast, że mieszkali w mieście, w ziemi Judy (zob. Łuk.1:39). Według tradycji miasto to znajdowało się około 7 km na wschód od Jerozolimy, tam gdzie leży obecnie miasteczko Ain-Karim.
Maria więc musiała pokonać drogę z Nazaretu aż do okolic Jerozolimy, czyli około 150 km. Czytamy, że Maria gościła u Elżbiety około 3 miesięcy (raczej więcej niż mniej; została zapewne parę dni po narodzinach dziecka; zob. Łuk.1:56). Do tych 3 miesięcy, w których Józef nie widział Marii, trzeba dodać przynajmniej kilkanaście dni, bo droga 300 km z Nazaretu do okolic Jerozolimy i z powrotem nie była krótka.

Józef zauważył, że Maria jest brzemienna pewnie dopiero wówczas, kiedy wróciła ona od Elżbiety, czyli gdzieś w jej czwartym miesiącu ciąży. Gdy to spostrzegł, chciał ją potajemnie opuścić, nie chcąc sądzić ją według Prawa, na podstawie którego być może wydano by ją na śmierć poprzez ukamienowanie.
O Bożej intencji w brzemienność Marii, Józef dowiaduje się dopiero od anioła Pańskiego (zob. Mat.1:20). To potwierdza, że od Marii Józef nic nie wiedział o jej ciąży. Dlaczego Maria nic mu nie powiedziała? Nie wiemy. Może chciała uczynić to po powrocie od Elżbiety, a Józef spostrzegł wszystko zanim mu powiedziała. Nie wiemy. To tylko spekulacje.

Jak zachowuje się jednak Józef zanim Anioł Pański wszystko mu wyjaśnia?
Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie (Mat. 1:19).
Józef sam dostrzegł, że jego małżonka znajduje się w ciąży. Wskazywało to więc, że Maria dopuściła się względem niego wiarołomstwa małżeńskiego, w czasie 4-miesiecznej jej nieobecności w Nazarecie.
Jak dużo musiał on zadawać sobie pytań: „Co się stało?", Co ja mam zrobić?”. Widział, że jest w ciąży i wiedział, że na pewno nie z nim. Nie było w nim zazdrości, ani gniewu, ale na pewno cierpiał. Może zadawał sobie pytania: „Może ktoś zadał jej gwałt? Jednak jeżeli doznała gwałtu, to przecież Prawo mówi, że kobieta ma być ukamienowana za to, że nie krzyczała będąc w mieście (zob. Pwt.22:24). A może ktoś zrobił jej tą krzywdę w polu i nikt jej nie słyszał.” O tym też mówiło Prawo (Pwt.22:26). „Ale czemu Maria nic mi nie powiedziała? Czemu milczy?” Pewnie Józef zadawał sobie te czy podobne pytania. Czemu sam jej nie spytał? Nie wiemy.

W takiej sytuacji, w jakiej znalazł się Józef, gdzie Maria o niczym go nie poinformowała, a on zobaczył, że jest w ciąży, Prawo nakazywało wręczyć wiarołomnej małżonce list rozwodowy i rozstać się z nią na zawsze (zob. Pwt.24:1). W ten sposób oddaliłby ją i wydał na publiczne zniesławienie. Mogłoby też dojść do kary ukamienowania, bo i również taką karę w tamtym czasie egzekwowano, o czym czytamy w Ew. wg św. Jana, który opisuje, jak przyprowadzono do Jezusa kobietę złapano na cudzołóstwie (zob. J.8:3-11).
Józef pragnął jednak tego wszystkiego zaoszczędzić Marii, i chciał ją potajemnie opuścić, nikomu o tym nie mówiąc. Ewangelista Mateusz nazywa tą postawę Józefa sprawiedliwością.

Rodzi się pytanie. Dlaczego Mateusz nazywa postawę Józefa sprawiedliwością, skoro ani nie trzymał się on Prawa, nie dając jej listu rozwodowego, ani z drugiej strony nie został u boku swojej przyszłej żony, którą kochał i mógł przyjąć dziecko, jako swoje. Czy opuszczając Marię chciał wziąć winę na siebie, że opuścił kobietę z którą miał dziecko, zniesławienie przyjmując na siebie? Np. dla ówczesnego przywódcy religijnego, pierwszego z rzędu faryzeusza, sprawiedliwością w postępowaniu Jozefa, byłoby gdyby wydał małżonce list rozwodowy i ją zniesławił; ponieważ milcząca tolerancja uchodzi za pochwałę zła i współuczestnictwo z nim.

Józef jednak tego nie zrobił; zapobiegł karze Marii.
Nie chciał jej ani karać, ani nie chciał jej zniesławić.

Mateusz nazywa jego postawę sprawiedliwością, ponieważ wykazał się on sprawiedliwością, która nie polega tylko na skrupulatnym przestrzeganiu Prawa, ale kieruje się przede wszystkim dobrocią Boga, która niesie ludziom z góry pochodzącą sprawiedliwość, która poprzedza miłosierdzie; nie skażoną ludzkim osądem. Józef żył, jakby ponad Prawem. Jan Chryzostom ładnie to skomentował w swoich rozważaniach nad Ewangelią Mateusza: „Jak słońce, które oświeca świat, jeszcze zanim wzejdzie, tak dzięki Chrystusowi ujawniła się w Józefie doskonała cnota jeszcze przed urodzeniem Chrystusa”.
Postawa Józefa zapowiadała sprawiedliwość, jakiej uczył dopiero sam Jezus Chrystus. Sprawiedliwość, która nie polega na sądzie, a na wglądnięciu w serce człowieka, by mu pomóc. Sprawiedliwość, która nie sądzi na podstawie naszych domysłów i wyobrażeń, a szuka nie własnej woli, lecz woli Ojca w Niebie (por. J.5:30). Sprawiedliwość, która pozostawia sprawiedliwy sąd tylko Bogu.
Józef uniósł się nad faryzejsko-legalistycznym duchem wypełniania Zakonu, który stawiał przepisy, nakazy i zakazy ponad Boga i ponad serce ludzkie. Legalizmem wykazywali się niektórzy faryzeusze, którzy postawili Zakon nad miłość do człowieka, kiedy sprzeciwiali się np. cudom czynionym przez Jezusa w szabat. Duch legalizmu oferuje bezwzględność dla tych, którzy żyją pod jego mocą. Duch Chrystusa jest Duchem łaski i przebaczenia.
Józef wykroczył poza ramy myślenia ówczesnej religii. Patrzył na człowieka, o którym wiedział, że nie może być winny, ale fakty jednak temu zaprzeczały. Nie kierował się ludzką, bezwzględną i okrutną sprawiedliwością, ale Bożą sprawiedliwością, przed która idzie miłosierdzie (por. Ps.89:15, wg BG).
Józef nie powiedział nikomu o swym podejrzeniu, nawet samej podejrzanej, lecz sprawę rozważył tylko w sobie.

Lekcja dla nas. Sprawiedliwy sąd zostawmy Bogu. Nie oceniajmy czyjegoś postępowania, nie osądzajmy czyjegoś sługi, innych wierzących; nieraz coś co wygląda w naszych oczach na zło, może być to tylko zewnętrznym pozorem, na który my patrzymy swoimi skażonymi oczami. Fakty mogą być zupełnie inne.
Nieraz nasz wyrok może być zgodny wg nas ze Słowem Bożym, ale możemy zgrzeszyć w imię prawdy. Zawzięcie udowadniając komuś złe zrozumienie np. jakiejś nauki teologicznej zburzyć czyjeś niepoprawne zrozumienie, powiedzieć o kimś w sposób przykry i odejść, nie pozostawiając nic w zamian; zabić wiarę człowieka w Boga, poprzez poprzez bezwzględność w udowadnianiu racji.
Dobrze zaś jest uczyć się wstrzymać swój osąd. Józef nie mówił i nie myślał źle o Marii. My możemy wydać osąd na ludzi, ich życie, zachowanie, które podoba się Bogu, tylko nie mieści się w naszych wyobrażeniach służby dla Niego. Wy wydajecie sąd według zasad tylko ludzkich. Ja nie sądzę nikogo (J.8:15).
Uczmy się nie mówić źle o ludziach.

Józef to mąż milczenia. Nie znajdziemy żadnego jego słowa zapisanego w Ewangelii. Obyśmy zapamiętali lekcję, którą niesie nam milczący mąż Ewangelii – nie mówmy, ani nie myślmy źle o ludziach.

czwartek, 13 grudnia 2012

miłość

Józef i Janina.
On - 82 lata. Ona - 75.
On urodzony 24 września.
Ona - 23 września.
Parę tygodni temu
ona doznała udaru mózgu.
Trafiła do nas na oddział
rehabilitacji neurologicznej
z całkowitym niedowładem lewostronnym.
On jest codziennym gościem naszego oddziału,
będąc blisko przy swojej żonie.
- "Nie potrafię sobie wyobrazić żyć bez mojej żony.
Zrobiłbym wszystko, aby jej pomóc" - mówi ze wzruszeniem.
Codziennie, punkt 8.00 jest już na oddziale.
Kiedy wychodzę z pracy, on zostaje.
Przypuszczam, że do późnych godzin wieczornych.
Robi wszystko, by pomóc żonie. Umilić czas rekonwalescencji.
Ona po udarze już nie nadąża za wszystkim.
Oprócz ograniczenia fizycznego,
ciężko przychodzą jej również najprostsze czynności logiczne. 
Ale on jest cierpliwy, z troską przy żonie,
zakochany, jakby to początek ich znajomości,
a są ze sobą już 55 lat.
Miłość.
O taką miłość musieli, Józef z Janiną się troszczyć, pielęgnować.
Dziś ich uczucie, po tylu latach, wciąż żywe i piękne,
ociepla nasz oddział.

Dzisiaj, kiedy Janina zrobiła całkiem nieźle parę kroków,
oczywiście przy solidnej asekuracji z mojej strony,
dumny mąż, ucałował żonę w czoło.

Dziękuję Józefie i Janino.

kobieta i Biblia

Nocna myśl:
Jaką wspólną cechę mają kobieta i Biblia?
Nigdy nie można ich do końca zgłębić.

Z pozdrowieniami
dla wszystkich piękniejszych połówek człowieka.

środa, 12 grudnia 2012

Co to znaczy "sam jest sobie winien"?

"Co to znaczy "sam jest sobie winny"? 
Czy mówiący te słowa sam jest bez grzechu? 
Czy chrześcijanin może tak po prostu wzruszyć ramionami? 
Są oczywiście owce zdrowe i owce słabsze, 
ale Pan Jezus nie mówi o tych słabszych, 
że same są sobie winne;
przeciwnie - każę ich szukać".

s.Małgorzata Chmielewska, 

przełożona Wspólnoty Chleb Życie 
wychodzącej na przeciw
osobom bezdomnym.

(cyt. z książki
"Wszytko, co uczyniliście...",
wyd.Znak)


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Od milionera do pucybuta

Fascynują i ujmują nas historie,
o których zwykliśmy mówić:
„Od pucybuta do milionera”. Historie ludzi, którzy nie mając nic, doszli na szczyty. Fascynuje nas ich determinacja
i wytrwałość w osiągnięciu celu. Rzetelna
i konsekwentna droga do sukcesu; do osiągnięcia czegoś(!) w życiu. Podziwiamy takich ludzi. O takich postaciach kręcone są filmy
w Hollywood. Niektóre z nich, wzruszają.
Wydaje się również, że historia tego świata ukazuje, że niezmiennie, tak jak kiedyś, tak i dzisiaj, istotą jest, aby dostać się na szczyt, a potem pozostać tam jak najdłużej lub postarać się wspiąć jeszcze wyżej. Większość z nas, gdzieś tam w głębi tego pragnie (gdyby tylko dokładnie i szczerze się sobie przyjrzeć), w wymiarze swoich możliwości i zainteresowań, oczywiście.  

Natomiast zbliżające się święta Bożego Narodzenia wskazują na kogoś, kto obrał odwrotną drogę; wskazują na Tego, kto był już na szczycie – wszak był Synem Bożym, Kreatorem, Panem i Bogiem, mającym chwałę, moc i władzę. Ale postanowił On zstąpić na sam dół, by stać się sługą.

Boży Syn, Jezus Chrystus zstąpił na ziemię, stawszy się człowiekiem. Ileż razy już o tym słyszeliśmy?! Jednak dwa tysiące lat temu stała się rzecz nie do pomyślenia. Ten, który był Stwórcą wszystkiego, przybrał postać człowieka. Ten, którego niebiosa ani cały niezbadany wszechświat nie może objąć, skurczył się tak niewyobrażalnie, że stał maleńkim zarodkiem w łonie Marii, potem małym dzieckiem, które rozwijało się i dorastało, jak każdy z nas. „Ogołocił samego siebie…Wyparł się samego siebie… Uniżył się” – powiedział bardziej prozaicznie Paweł apostoł.
Boży Syn, odsunął na bok swoją władzę i chwałę w niebie, by zająć miejsce pośród nas, ludzi, których sam stworzył, i o których widział, że ci Go w większości, nie tylko nie rozpoznają, ale i ukrzyżują.

Mamy tu przeciwną drogę, o której pisaliśmy wcześniej:
"Od milionera do pucybuta". Od mającego wszystko, po mającego nic. Od tego, który nie był ograniczony niczym, bo był Wszechobecnym Panem, do tego, który z własnej woli ograniczył się ciałem. Od tego, który był nieśmiertelny, do tego, którego można było skrzywdzić i ukrzyżować.    

Co było przyczyną wyboru takiej drogi Jezusa Chrystusa? 
Dlaczego Bóg-Ojciec posłał Swego umiłowanego Syna, wiedząc,
jakie spotka Go tam cierpienie?
W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować - odpowiada Jan apostoł (1J. 4,10n).

piątek, 7 grudnia 2012

Chanuka

Rozpoczyna się dzisiaj święto Chanuka, 
upamiętniające zwycięstwo wiary 
w prawdziwego, niepojętego i dobrego Boga.
Za wszystkie nadesłane życzenia 

od moich przyjaciół z Gmin Mesjańskich, dziękuję. 
I Wam, drodzy, wszystkiego co najlepsze, w tym święcie. 

Niech światło Jezusa Mesjasza 
oświeca wszystkich ludzi 
i toruję drogę do Ojca. 

Amen!

wtorek, 4 grudnia 2012

Opowieść o narodzeniu - koncert Syloe

W najbliższą sobotę, 8 grudnia, o godzinie 18.30 w chrzanowskim MOKSiR, w sali teatralnej zaśpiewa krakowski zespół Syloe. To będzie drugi występ Syloe w Chrzanowie. Poprzednio gościli z repertuarem „Znaki. Zapytania” (http://zrodlo.blogspot.com/2012/01/syloe-wspomnienie-koncertu.html). Tym razem zespół zaśpiewa utwory z repertuaru: „Opowieść o narodzeniu”. Będzie to koncert kompozycji nawiązujących do zbliżających się świąt narodzin Pańskich; teksty zaśpiewanych utworów będą "łączyć" cudowne betlejemskie narodziny Mesjasza z naszym obecnym "tu i teraz".


Zespół Syloe powstał w 2005, z pomysłu grupy muzyków, pasjonatów muzyki skłaniającej do refleksji nad życiem i jego sensem. Od tamtego czasu spotykał się na comiesięcznych próbach w Chrzanowie, gdzie powstawały nowe repertuary, z którymi chór zapraszany był na koncerty do takich miast jak Kraków, Poznań, Białystok, Nowy Sącz, Kołobrzeg i wielu innych. Od początku 2010 roku chór przeniósł swoje próby z Chrzanowa do Wieliczki, a obecnie w Krakowie doskonali swoje nowe programy.

Syloe to niekonwencjonalne aranżacje, świetni soliści i teksty nie wprost, nasycone przesłaniem, które porusza, zdumiewa. Ich muzyka zastanawia i pobudza. Zachęca, by z nadzieją patrzeć na przyszłość.

Po koncercie Syloe odbędzie się dobrowolna zbiórka na pooperacyjne leczenie serca 4-letniego Piotrusia Konefała.

http://piotrusioweserduszko.blogspot.com/ - adres bloga, prowadzony przez rodziców Piotrusia.


Stowarzyszenie "Do Źródła" zaprasza.
zrodlo.blogspot.com

sobota, 1 grudnia 2012

przywiązanie

Mamy na oddziale
75-letniego p.Antoniego.
Pacjent, który został
przywieziony do nas
ze specyficzną starą,
trochę już zużytą
beretką na głowie.
Na pytania, dlaczego ją nosi,
odpowiada:
- "Żona mi zrobiła".
Przywiązanie.
Dzisiaj p. Antonii zapytał mnie,
czy może zadzwonić z mojego telefonu. Było wczesne rano.
- "Do kogo chce Pan dzwonić tak wcześnie?" - zapytałem.
- "Do żony. Chcę spytać, jak się czuje." - w tym momencie
zleciała mu łza po policzku.
Przywiązanie.
Piękne.

czwartek, 29 listopada 2012

determinacja


Tadeusz przeszedł
głęboki udar mózgu.
Trafił do nas na odział, 
całkowicie zależny
od osób trzecich. 
Zaczynaliśmy od podstaw:
nauki siadu i pionizacji, 
prób chodu przy barierce
(z bardzo dużą
pomocą fizjoterapeuty). 
Tak to jest.
Nieraz człowiek w kwiecie wieku 
musi uczyć się chodzić,
tak jak małe dziecko.
Kiedy po intensywnym okresie
ponad dwóch miesięcy rehabilitacji
pozwoliłem Tadeuszowi iść samemu, 
bez mojej asekuracji (choć byłem obok) i bez laski, 
szedł chwiejnym krokiem, ale samodzielnie. 
Podekscytowany, patrzył na swoją żonę 
(nie ma dnia, aby nie była przy nim), 
i cieszył się, jak dziecko. 
Dumnie, jakby chciał wykrzyczeć: „Patrz! Chodzę! Sam!”

To jego sukces!

Udar mózgu go uziemił,
ale dziś Tadeusz pozostawia chorobę w tyle. 
Systematyczną, konsekwentną i rzetelną pracą, odniósł sukces. 
Wstał na nogi i chodzi!

Determinacja. 
Konsekwencja i rzetelność w dążeniu do wyznaczonego celu. 
Usilna, nieustanna praca z nadzieją,
że kolejny dzień przybliży zwycięstwo. 
Tego potrzebuje Kościół.
Tego można nauczyć się nieraz w szpitalu. 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Pochyl się nad sobą

Pochyl się nad sobą
i pochyl się w sobie 

i dowiedz się teraz od siebie 
co jest obłędem.
Obłędem jest udawać,
że jest się kimś innym niż tym, którym jest się.

Obłędem jest dawać się 

bezwładnie ponosić słowom nie słysząc ich.
Obłędem jest przymykać powieki na to, 
co skacze do oczu żeby być zobaczone.
Obłędem jest być nieprawym 
będąc prawym ciałem obdarzonym,
albowiem ciało każde jest prawe.

Obłędem jest głosić rzeczy 
przez siebie samego nie odkryte
i dlatego nieoczywiste, dlatego nieszczęsne.

Obłędem jest nie liczyć się z drugim człowiekiem.

Edward Stachura 

piątek, 23 listopada 2012

strzec życia


I wziął Pan Bóg człowieka
i osadził go
w ogrodzie Eden,
aby go uprawiał i strzegł
(1 Moj. 2:15; BW)

- ciekawy zapis
(cyt. tym razem z przekładu
Biblii Warszawskiej
z racji tego,
że wydaje mi się,
najlepiej oddaje
treść hebrajskiego zapisu).
Bóg posadził Adama w ogrodzie Eden,
aby go nie tylko uprawiał, ale również go strzegł!

Autor Księgi Rodzaju oddał to
hebrajskim terminem „szamar”, które oznacza:
„strzec”, „chronić”, „zwracać uwagę”, „pilnować”,
„bronić”, „ratować życie”, „stróżować”.

Przed czym Adam miał chronić i strzec ogrodu?

Jednym wówczas zagrożeniem dla Edenu był wąż – szatan.
Bóg dał pierwszemu człowiekowi ostrzeżenie: „Strzeż ogrodu, który ci daję”. Adam nie wypełnił tego zadania. Przysnął. Może się zagapił? Może, akurat, zajęty był czymś innym? Może zbagatelizował ostrzeżenie? Nie wiemy. Wiemy natomiast, że przez to, wąż ukąsił jadem grzechu najpierw jego żonę, Ewę, potem Adama, tak, że oboje musieli opuścić bezpieczne granice Edenu. Skutek tego widzimy do dziś.

Lekcja na dziś:
Naszym zadaniem jest „trzymać węża z dala od naszego ogrodu – ogrodu ducha i ciała”, aby nas nie ukąsił. Naszym zadaniem jest strzec życia, które przyniósł nam Chrystus, abyśmy czasami nie opuścili bezpiecznych granic Bożej łaski i miłosierdzia.

czwartek, 22 listopada 2012

pechowa 13?

Dla niektórych pechowa liczba 13,
rzeczywiście jest liczbą MIŁOŚCI

Miłość z języka hebrajskiego,
"ahawa", ma wartość liczbową 13

13 rozdział 1Listu Pawła apostoła do Koryntian
jest hymnem o miłości 

i ten 13 rozdział
zawiera 13 wersetów, gdzi
e w 13 czytamy:
"Tak więc trwają nadzieja, wiara i miłość - te trzy:
największa jednak z nich jest miłość".
Kiedy więc ktoś mówi o pechowej 13,
ja mówię o 13 jako liczbie miłości :)
Może to zainspiruje kogoś do dalszych poszukiwań :)

poniedziałek, 19 listopada 2012

wiara dzieci

Wczoraj odwiedziłem w Poznaniu, moich przyjaciół,
Iwonkę i Tomka. Parę miesięcy temu,
u ich 3-letniego synka wykryto
zaćmę dziecięcą, która polega na częściowym
(niekiedy całkowitym) zmętnieniu soczewki oka.
W związku z tym chłopczyk był operowany
w jednej z warszawskich klinik,
gdzie wszczepiono mu sztuczną soczewkę.
W oczekiwaniu na operację Nikodem zapoznał się
z innym chłopcem. Zapytany chłopczyk,
z kim przyjechał, ładnie odpowiedział, że z rodzicami.
Chcą wprowadzić w konwersację synka,
tata Nikodema, zapytał:
- "A ty Nikodemku, z kim przyjechałeś?" - oczekując
podobnej odpowiedzi, co powyższa.
Nikodem z dziecięcą prostotą odpowiedział krótko:
- "Z Panem Jeziusiem".

Śliczne.

…zamykam oczy. Widzę dzieci przyprowadzane do Jezusa.
Trzymają mamkę, za nóżkę. Wychylają główkę zza kolan niepewnie.
Cudowny jest widok zaciekawionego dziecka.
Widzę Jezusa i dzieci, które siedzą Mu na kolanach.
Widzę, dorosłych, zabierających się, by je odgonić.
Słyszę spokojne, ciepłe
ale wyraźnie i stanowczo wypowiedziane słowa:
Kto nie przyjmie królestwa Bożego, jak dziecko, 
ten nie wejdzie do niego. Do takich należy bowiem królestwo Boże.

środa, 14 listopada 2012

dziękuję Ci

Dziękuję Ci po prostu za to,
że Jesteś
za to, że nie mieścisz się
w naszej głowie,
która jest za logiczna
za to, że nie sposób Cię ogarnąć sercem,
które jest za nerwowe
za to, że Jesteś tak bliski
i daleki, że we wszystkim inny
za to, że jesteś już odnaleziony
i nie odnaleziony jeszcze
że uciekamy od Ciebie do Ciebie
za to, że nie czynimy niczego dla Ciebie,
ale wszystko dzięki Tobie
za to, że to
, czego pojąć nie mogę - nie jest nigdy złudzeniem
za to, że milczysz.
Tylko my - oczytani analfabeci
chlapiemy językiem

ks. Jan Twardowski

niedziela, 11 listopada 2012

ekumenizm

Dzisiaj chciałbym napisać parę zdań o moim stanowisku nt ekumenizmu, co jest tematem na który jako chrześcijanie różnie się zapatrujemy.

Kiedy organizowałem Tydzień Kultury Chrześcijańskiej w Chrzanowie o charakterze ekumenicznym, którego celem była wspólna modlitwa do Boga i wspólne pochylenie się nad Słowem Bożym, pojawiły się u niektórych dylematy. Jedni, włączyli się aktywnie do powyższego, zachowując jednak dystans i obawy, inni zdecydowali się na początek być obserwatorami, aby później określić swoje stanowisko. Niektórzy zdecydowanie określili, że nie chcą się w to włączyć, inni zdecydowanie taki tydzień potępili wskazując, że nie może mieć nic wspólnego ciemność ze światłością. Generalnie w każdej grupie denominacyjnej znajdowały się powyższe stanowiska. Szanuję każde z nich. Chcę wyrazić jednak swoje zdanie.

Na początek, tak jak z wszystkim, wszystko zależy od definicji.
Wydaje się bowiem, że mówiąc o ekumenii, często mamy różne pojęcie o tym, co ona dla nas oznacza. Próbując zdefiniować, czym ekumenia jest a czym nie jest, moim zdaniem obrosła ona w wiele fałszywych teorii. W niektórych znanych mi kręgach rozumie się ją, jako drogę do powstania jednego wielkiego Kościoła pod zwierzchnictwem papieża. Nierzadko więc, właśnie z powyższym, kojarzona jest wszelka działalność, gdzie pojawia się słowo ekumenia. Inni, radykalnie stojący w przekonaniu, że tylko oni mają rację, definiują ekumenię, jako, cytuję, „duchowe cudzołóstwo z Wielką Nierządnicą”, itp. To jest przykre, tym bardziej, jak obserwuję, jak łatwo takie opinie są wygłaszane. Przykre, bo często osądzamy i oceniamy, nie zanurzając się w serca ludzi, których tak nazywamy. Tak nieraz oceniają protestanci katolików. Tak oceniają nierzadko katolicy protestantów. Tak wreszcie nieraz oceniają protestanci protestantów. Choć tak jest i być może ktoś z nas stanie się obiektem takiego sadu, to zachęcam jednak, aby nigdy nie odpłacać pięknym za nadobne. Abyśmy nigdy nie osądzali na podstawie tego, kto do jakiego kościoła przynależy, nie zadając sobie trudu (a może przyjemności?) poznania drugiego człowieka.

Czym jest ekumenizm dla mnie?
Jest chęcią wzajemnego pochylenia się nad sobą i próbą zrozumienia się, próbą wzajemnego szacunku i wspólnego szukania woli Boga. Moje credo wiary najkrócej wyraża się w zdaniu: Jezus Chrystus jest PANEM. W mojej drodze nieudolnego naśladownictwa Jezusa, On uczy mnie swojej woli przez różnych ludzi, nie tylko przez tzw. ewangelicznych chrześcijan, ale i przez innych chrześcijan. On jest bowiem Panem wszystkich, którzy otwierają dla Niego swoje serce, niezależnie od przynależności denominacyjnej. Ekumenizm jest pozwoleniem Jezusowi, aby mógł nas czegoś nauczyć przez swoje dzieci spoza naszej kongregacji. Jeżeli natomiast założymy, że tylko my (nasza kongregacja) z definicji mamy rację - to niestety nie będziemy mieli ze sobą, o czym rozmawiać i czego się od siebie uczyć (Tak jest łatwiej żyć, ale wybranie takiego modelu życia było przyczyną nieporozumień pomiędzy Mesjaszem a uczonymi w Piśmie około 2 tysiące lat temu, co warto spokojnie przemyśleć). Wówczas nasz brak pokory schowany pod płaszczykiem tzw. "biblijnego chrześcijaństwa" będzie owocował poczuciem wyższości i pogardą. Ja zaś chciałbym zachęcić, że może zamiast wszystko „wiedzieć”, spróbować poznać i szanować naszych bliźnich, którzy nie podzielają naszych prawowitych doktryn. Wówczas, być może i wreszcie, przestaniemy decydować o tym, kto na pewno jest Jego, a komu tylko tak się wydaje. Wówczas zamiast butnego „wiem” będziemy mogli, w pokorze powiedzieć: „Zna Pan tych, którzy są Jego”. TYLKO On wie! Nam może się jedynie wydawać. Dlatego przestrzega Jezus: „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów”, bo sąd na podstawie pozorów, tego, co nam się wydaje, a co niekonieczne jest prawdziwe, jest bardzo niebezpieczny, rodzi fanatyzm. Kiedyś prowadziło to do rozpalania stosów ognia dla heretyków, których my dziś uznajmy świętymi. Dziś może prowadzić do rozpalenia stosów w naszym sercu. Pozostawmy więc sąd Panu, posłuchając rady apostoła: „Kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę?”. Wolę 1000 razy pomylić się w miłosierdziu, aniżeli raz kogoś niesprawiedliwie osądzić. Wolę być tym, kto rozrzutnie kocha, aniżeli być tym, który wzgardzi kimś, kogo Bóg usynowił. Wybieram miłość zamiast sąd. Chcę, aby poprzez miłość właśnie, ktoś mógł rozpoznać we mnie ucznia Chrystusa.

Na koniec, coś co jest w moim sercu.
Pragnę jedności. Tęsknię za tym, po co na ziemię przyszedł Chrystus: „…aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi!" Nie zaniechując swojej tożsamości ani swoich przekonań pragnę jedności, która wyraża się w Duchu i wzajemnym szukaniu woli Bożej, Jego dróg i Jego myśli. Tęsknię do jedności, która zabierze z nas wzajemne oskarżenia, sądy, niechęć, pogardę a zastąpi je szacunkiem, pokorą i wzajemną miłością, po której świat rozpozna, że nosimy coś w naszym sercu co nie jest z tego świata.

Z wyrazem szacunku dla wszystkich, którzy mają odmienne stanowisko.

sobota, 10 listopada 2012

ostatnie słowo należy do Boga

Jutro szczególny dzień modlitwy za dotkniętych terroryzmem islamskim czy komunistycznym aparatem bezpieczeństwa czy demoniczną nienawiścią człowieka do człowieka. Dzień modlitwy za prześladowany kościół. Chcę dziękować Bogu, że w glebie tego świata, pogrążonego w chaosie, pełnego przemocy i panoszącego się zła, może rozwijać się ponad tym wszystkim Jego Kościół. Chcę dziękować Bogu, że możemy wypatrywać dnia wyzwolenia. Chce dziękować Bogu, że ostatnie słowo nie należy do reżimów totalitarnych czy to jakiś, lepszych czy gorszych religii, ale należy do Boga, który "tak umiłował świat, że Syna swojego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne". Za to chcę dziękować Bogu!

piątek, 9 listopada 2012

Międzynarodowy Dzień Modlitwy za Prześladowany Kościół


Istnieją kraje, w których za wiarę w Chrystusa
płaci się cenę prześladowań
– utraty pracy, wykluczenia ze społeczeństwa,
bólu, cierpienia, tortur, wiezienia, nieraz nawet śmierci.
O tym dzisiejsze media milczą.
W Arabii Saudyjskiej za samo wspomnienie o Biblii
można dostać kilkaset batów i kilka lat więzienia.
W komunistycznej Korei Północnej wyznawanie 
chrześcijaństwa karane jest śmiercią.
Tam państwo narzuciło religię, którą jest czczenie przywódcy.
Jeśli tego nie robisz, jesteś zdrajcą i trafiasz do więzienia.
Egzekucja grozi nawet za posiadanie Biblii.

Statystycznie, co 3 minuty ginie chrześcijanin.


Paradoksalnie jednak to właśnie w takich krajach
obserwuje się największy rozwój chrześcijaństwa.
Ktoś zapyta, skąd w tych ludziach taka determinacja?
Czemu nie powiedzą: „Nie wierzę w Jezusa”?
Przecież, to jedno zdanie, spowodowałoby,
że prześladowania miną.
Prześladowany Paweł apostoł napisał:

Zewsząd cierpienia znosimy, 
lecz nie poddajemy się zwątpieniu;
żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy;
znosimy prześladowania, 
lecz nie czujemy się osamotnieni,
obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy.
Nosimy nieustannie w ciele naszym śmierć Jezusa,
aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele.
Nie można powiedzieć, że się w kogoś nie wierzy,
kiedy kogoś się spotkało, poznało i pokochało.
Kiedy Ten ktoś wpierw nas pokochał i oddała za nas swoje życie.
Tu tkwi tajemnica chrześcijaństwa: Intymna relacja z Chrystusem,
która zwycięża wszystko. 
 
Najbliższa niedziela, 11 listopada, jest
Międzynarodowym Dniem Modlitwy Za Prześladowany Kościół.
Ten dzień jest zachętą, do tego, abyśmy społecznie, w jedności,
jako Kościół, stanęli w modlitwie za naszymi siostrami i braćmi. 

 
To jest właśnie to, co jako cały Kościół, możemy zrobić wspólnie:
modlić się do Tego, który jest i który nadchodzi. 

Marana tha!

wtorek, 6 listopada 2012

Kunszt chrześcijańskiego życia


Jako chrześcijanie rozmyślamy nad sprawami wielkimi, pociągają nas czyjeś świadectwa, osiągnięcia, tęsknimy za duchowymi przeżyciami, za szczególnymi interwencjami Boga w naszym życiu, za wielkimi ewangelizacjami, za poprawnością poznania najskrytszych prawd biblijnych.

To nas pociąga.

Ale czy pociąga nas codzienne życie, a w nim staranie się o to, aby nie być przykrym dla otoczenia z naszymi wadami i słabościami. Na nic wielkie idee i słowa – czasami bohaterstwem i rzeczą wielką jest zamilknięcie, brak „celnego” skomentowanie tego, co się dzieje obok. Czasami cnotą jest uciszyć swoją nadgorliwość krytycznej riposty wszystkiego tego, co nie jest wg naszych subiektywnych wyobrażeń. Czasami wielkością jest pohamowanie się w nieuprzejmym recenzowaniu cudzych poglądów.

Owszem, niekiedy życie wymaga stanowczej reakcji na zło, niekiedy konstruktywnej uwagi, czy krzepiącego napomnienia.

Reasumując jednak, potrzeba nam mądrości, by uważnie dobierać słowa i przemyśliwać nasze reakcje i zachowania; by uczyć się, że nierzadko lepiej jest po prostu nie zabierać głosu, kiedy nie ma się nic sensownego do powiedzenia aniżeli fundować zgorzkniałe uwagi; by uczyć się, że zamiast pouczać, lepiej inspirować, zamiast nakazywać, lepiej wskazywać; by uczyć się, że nie warto pochopnie i publicznie zbyt histerycznie reagować na rzeczy, z którymi się nie zgadzamy, lepiej jest się zamyślić i spróbować odnaleźć „drugie dno”, które można łatwo przeoczyć; by uczyć się kunsztu chrześcijańskiego codziennego życia.

Na koniec warto pochylać się nad mądrością Biblii. Mędrzec Salomona poczynił taką obserwację: „Cierpliwy jest bogaty
w rozwagę, a porywczy ujawnia głupotę” (Przy. 14,29)  
Niechby nasza porywczość w wydawaniu „słusznych”
ocen i komentarzy nigdy nie ujawniła powyższego. 

niedziela, 4 listopada 2012

większość nie zawsze ma rację

Większość
nie zawsze ma rację.


Przykład: 
Bóg wyprowadzając swój
ukochany lud Izrael,
wyprowadza go
przemawiając do jednostki. 
Na pustyni, kiedy lud występował 
większością głosów przeciwko Mojżeszowi, 
Bóg również stawał po stronie jednostki, tj. Mojżesza.
Podobnie było ze wszystkimi prorokami i apostołami. 
Przeglądając Biblię można stwierdzić, 
że stosunkowo częściej Bóg przemawiał 
przez mniejszość niż przez większość.

To, ciekawa obserwacja w perspektywie naszego „tu i teraz”.
Nie ma co pochopnie stawać na większość, 
nie pochylając się dokładnie nad pojedynczym głosem 
być może opozycji czy innowacyjności. 
Tym bardziej, pamiętając o tzw. psychologii tłumu.

czwartek, 1 listopada 2012

Refleksja na Wszystkich Świętych

Czy zdarzają Ci się
takie sytuacje?

Stoisz w sklepie z zakupami,
w którym są dwie czynne kasy
i do każdej z nich jest
nie mała kolejka.
Co robisz nim wypakujesz zakupy na ladę?
Czy nie liczysz szybko ilość osób w każdej kolejce
i mnożysz przez ilość artykułów w wózku,
by po szybkiej analizie podejść do kolejki,
w której zdaje Ci się, najszybciej zapłacisz za zakupy?
A kiedy masz już zakupy w reklamówce,
to czy nie rzucasz jeszcze szybko okiem na osobę,
która byłaby Tobą w tej drugiej kolejce,
by ocenić, czy dokonałeś dobrego wyboru
i wyszedłeś szybciej niż ona.
Czy zdarza ci się tak?


Żyjemy w pośpiechu!
Dużo biegamy, mamy dużo spraw do załatwienia,
dużo pracy, zmartwień, obowiązków!
To sprawia, że nawet w takich miejscach jak sklep,
myślimy kategoriami: „aby szybciej!”
Mamy poczucie, że ciągle brakuje nam czasu,
stąd musimy żyć szybciej!
Dlatego wypracowaliśmy już takie zdolności,
że potrafimy jednocześnie jeść, czytać gazetę,
jeżeli trzeba, rozmawiać przez telefon
i rzucać jeszcze okiem na telewizor!
Nie wiem jak Ty, ale ja tak potrafię.

Brakuje nam zatrzymania się.
Grawitacja codzienności sprawia, że ciężko o chwilę postoju,  
by odpocząć, zrelaksować się i być może,
pomyśleć też o rzeczach ważnych.
Jaki jest cel i sens mojego życia?
Co jest w życiu naprawdę ważne?
Kim oraz jakim jestem człowiekiem?
Dokąd zmierzam?

Dzisiaj jest Dzień Wszystkich Świętych.
Dzień, który zmusza nas do zatrzymania się
(też tego najważniejszego – w naszym środku)
i do refleksji nad sednem, celem i końcem życia?
Dzień, który prowokuje do refleksji
nad sprawami ostatecznymi i najważniejszymi.
Dokąd zmierzam?
Dokąd idę?
Czy jestem gotów spotkać się z Bogiem?
Dzisiejszy dzień przypomina,
że – czy wierzysz w to, czy nie – kiedyś to nastanie. 


Zachęcam do przeczytania w kontekście dzisiejszego święta, 
tekstu z poniższego linku:


środa, 31 października 2012

Święto Reformacji - S.Castellion

Dziś święto reformacji. W związku z tym zachęcam do refleksji jednego z najmniej znanych reformatorów, a jednocześnie najbardziej niezwykłego, Sebastiana Castelliona, znienawidzonego i prześladowanego zarówno przez katolików jak i przywódców Reformacji. Swoje krótkie, bo 48-letnie życie spędził na nawoływaniu do tolerancji i wzajemnego szacunku między chrześcijanami
i wzajemnej miłości ponad wyznawane doktryny.

"Przyznaję, że nie wystarczy przykładnie żyć, że trzeba również posiadać dobrą i zdrową naukę, podczas gdy wielu ludzi bogobojnych i uczciwych żyje w błędach. Ale należy również zgodzić się ze mną, że kto boi się Boga i prowadzi przykładne życie, ten jest w posiadaniu dobrej nauki przynajmniej w tym, co dotyczy wzorowego życia, gdyż życie jest owocem nauki. Co zaś do błędów, to gdybyśmy chcieli potępić tych wszystkich, którzy błądzą, nie wiem czy znalazłby się ktoś nie zasługujący na potępienie. Wszystko, co jest konieczne do zbawienia, wszystko, co dotyczy przepisów postępowania, wypełniania obowiązków, to wszystko jest pewne. Ale usiłowanie przeniknięcia wszelkich tajemnic, jakbyśmy wchodzili w skład Rady Bożej, nie do nas należy. Zamiast więc oskarżać się wzajemnie o herezję, należy raczej pogodzić się z tą wielką odmiennością przekonań wśród ludzi, którzy wiodą życie prawdziwie chrześcijańskie". Sebastian Castillion

wtorek, 30 października 2012

świąteczna inspiracja


Wydaje się, że zbliżające się święta Pańskiego Narodzenia są wyśmienitą okazją, aby w sposób naturalny wskazywać na sedno tych świąt - Jezusa Chrystusa. Tym bardziej, że jako społeczność polska zagubiliśmy sens tych świąt. Stąd piszę właśnie krótki tekścik inspirujący do przemyśleń w tym temacie. Będę go przyozdabiał odpowiednią grafiką i drukował na ładnym papierze kredowym. Celem tego projektu jest, aby móc taką ładną karteczkę z - mam nadzieję - prowokującym do refleksji tekstem wręczyć komuś wraz ze świątecznymi rozmowami i życzeniami w pracy, szkole, rodzinie... Jeżeli ktoś byłby zainteresowany (zobaczyć tekst), proszę pisać na priva. Jeżeli ktoś się zainteresuje, będziemy drukować więcej.

poniedziałek, 29 października 2012

pozory

Jeśli wasza sprawiedliwość
nie będzie większa
niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów,
nie wejdziecie do królestwa niebieskiego

- nauczał Jezus.
Faryzeusze i uczeni w Piśmie doskonale znali Pisma,
skrupulatnie przestrzegali nakazów i zakazów,
wygłaszali płomienne mowy,
głośno było o nich na ulicach.
Byli wzorowymi obywatelami… z zewnątrz.
W zetknięciu się z Jezusem ich czyny okazały się hipokryzją.
Modlitwy, jałmużny, posty – martwą pobożnością.
Swoim uduchowieniem robili wrażenie na ludziach,
ale nie robili wrażenia na Synu Bożym.

Jezus przestrzega:
z takim życiem nie wejdziecie/nie wejdę do królestwa niebieskiego.

Co jest przyczyną życia w hipokryzji?
Brak szczerości względem Boga
i względem samego siebie.
Zakłamanie!
Zamydlanie swoich grzechów,
a wyznawanie grzechów cudzych.
Tworzenie wyidealizowanego obrazu samego siebie.

A Jezus nie szuka pozorności, szuka autentyczności.
Nie szuka ludzi bezbłędnych, szuka ludzi szczerych.

Wyznaję, Jezu,
wielokrotnie upadałem.
Dalej grzeszę.
Zdarza mi się do dzisiaj.
Wybaw mnie Panie jednak od tego,
bym czasem nie stworzył w sobie sprawiedliwości faryzejskiej.
To byłoby o wiele gorsze niż moje upadki.

(z książki "Prawda głodna odwagi")

sobota, 27 października 2012

piątek, 26 października 2012

co słychać w Stowarzyszeniu "Do Źródła"?

Dzisiaj dwa konstruktywne spotkania odnośnie występu Balletu Magnificat w Krakowie. Wszystko zaczyna nabierać kształtu i kolorytu. Oprócz chęci zainspirowania Chrystusem, będziemy chcieli poprzez spektakl "Syn Marnotrawny" wskazać na problem bezdomności w dwóch wymiarach: bezdomność fizyczna oraz bezdomność duchowa, kiedy człowiek żyje bez Boga. Wraz z tym kwietniowym wydarzeniem, jako Stowarzyszenie "Do Źródła" chcemy wesprzeć działalność domu dla bezdomnych, "Dom Łazarza". Polecamy się modlitwie. 
Ballet Magnificat wystąpi również w Wodzisławiu Śląskim i Chrzanowie. Na ich występach, po prostu, trzeba być. Choć to w dalekim kwietniu przyszłego roku, całym serce zapraszam i POLECAM, już dziś.


A tymczasem, w niedzielę zapraszamy na koncert Tomka Żółtko, do chrzanowskiej Starej Kotłowni. 
Informacje odnoście koncertu można znaleźć na stronie: zrodlo.blogspot.com
W grudniu zaś zagra z pięknym repertuarem "Opowieść o Narodzeniu" zespół Syloe. O tym koncercie, szczegóły niebawem.  

środa, 24 października 2012

żyć w imię Jezusa


A cokolwiek mówicie 
czy czynicie, 
wszystko niech będzie 
w imię Pana Jezusa 
– napisał Paweł apostoł.

Myślę, że żyć w imię Jezusa 
to nie znaczy postępować tak, 
jak postąpiłby Jezus, 
bo On zawsze postąpiłby inaczej, 
bo jest Bogiem, Synem Najwyższego.

Żyć w imię Chrystusa 
to żyć wg Jego charakteru, 
to żyć wg Jego zamysłu 
dla naszego osobniczego życia. 
Bogu nie chodzi o to, abyśmy wszyscy byli tacy sami. 

wtorek, 23 października 2012

Piotrusiowe serce

Drodzy czytelnicy haszamajim, kto jeszcze nie nabył, a chciałby nabyć napisaną przez autora tego bloga książkę "Prawda głodna odwagi" to jest ku temu dobra okazja. Można ją kupić drożej niż w księgarniach internetowych. Jej ostateczna cena będzie zależała od Was. Mianowicie książka została wystawiona na aukcję (http://allegro.pl/prawda-glodna-odwagi-radek-siewniak-dla-piotrusia-i2774721231.html) w celu dołożenia małej cegiełki do pomocy małemu chłopczykowi z chorym sercem. Cały dochód z aukcji przeznaczony będzie na ratowanie Piotrusiowego serduszka.

 
Piotruś urodził się 20.05.2009 r. w Łodzi. Wadę serca zdiagnozowano prenatalnie, zatem jego narodziny zaplanowano w specjalistycznej klinice w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki, gdzie od narodzin był pod kontrolą specjalistów. 

Wada Piotrusia jest złożona. Fachowy termin to: dwunapływowa pojedyńcza komora lewa, z przełożeniem wielkich naczyn i atrezją zastawki płucnej. Z powodu złożoności wady posługuje się w praktyce stwierdzeniem, że Piotruś ma serce jednokomorowe (druga komora serce się nie wykształciła).
Dziecko żyje z połową serca.

Aby przeżyć, dziecko musi być operowane. Operacja ma odbyć się w styczniu 2013 r. Jej koszt oszacowano wstępnie na ok. 36.000 euro. NFZ nie finansuje tego leczenia. Stąd rodzice Piotrusia zbierają fundusze, aby ratować swoje kochane dziecko. 
Więcej o Piotrusiu można dowiedzieć się na stronie:
 http://piotrusioweserduszko.blogspot.com/

O książce "Prawda głodna odwagi" na:
http://prawdaglodnaodwagi.blogspot.com/

Zachęcam do modlitwy, też do wsparcia finansowego; do pomocy. 

niedziela, 21 października 2012

Ewangelia


Wartość i znaczenie chrześcijan nie opiera się na wykluczeniu kogokolwiek, lecz na Chrystusie, który został wykluczony ze względu na nas. Jego łaska napełnia mnie głębszą pokora niż może to uczynić jakakolwiek religia, ponieważ jestem zbyt wypaczony, by zyskać zbawienie własnymi uczynkami i jest jednocześnie źródłem daleko silniejszej afirmacji niż jakakolwiek religia, gdyż mogę być całkowicie pewien Bożej bezwarunkowej akceptacji. A to znaczy, że nie mogę pogardzać tymi, którzy nie wierzą tak jak ja. Ponieważ moje zbawienie nie jest rezultatem poprawnej doktryny lub zachowania - to muszę mieć świadomość, że osoba posiadająca choćby błędne przekonania, może pod wieloma względami przewyższać mnie moralnie. To znaczy również, że nie muszę nikogo się obawiać. Nie jestem już tak niepewny siebie, abym bał się władzy, sukcesu lub talentu tych, którzy się ode mnie różnią. Ewangelia sprawia, że mogę wyzwolić się z nadwrażliwości, obronnego nastawienia i potrzeby krytykowania innych. Tożsamość chrześcijańska nie opiera się na potrzebie bycia uważanym za dobrego człowieka, lecz na wartości, jaką mamy w Chrystusie przed Bogiem.
Religia i ewangelia prowadzą również do odmiennych sposobów radzenia sobie z problemami i cierpieniem. Moralistyczna religia skłania swoich wyznawców do przekonania, że jeżeli będą wiedli życie prawe, to Bóg (i inni) będzie im winny szacunek i szczególne względy. Wierzą, że zasługują na godne i szczęśliwe życie. Jeśli jednak ich życie potoczy się źle, zacznie ich trawić wyniszczający gniew. I albo wtedy zwrócą się przeciw Bogu (lub światu), gdyż uważają, że skoro żyją lepiej niż inni, powinni mieć lepsze życie, albo też skierują gniew przeciw sobie, nie mogąc uwolnić się od uczucia, że nie żyli tak jak powinni i nie sprostali standardom. Ewangelia jednak pozwala człowiekowi uciec od błędnej spirali zgorzknienia, oskarżania siebie i rozpaczy, gdy życie potoczy się źle. Osoba wierząca wie, że główne założenie tradycyjnej religii: „Jeżeli prowadzisz dobre życie, wszystko się dobrze ułoży”- jest błędne. Jezus był najbardziej prawą i moralną osobą, jaka kiedykolwiek istniała, a mimo to w życiu spotkało Go ubóstwo, odrzucenie, niesprawiedliwość i tortury.

Timothy Keller