wtorek, 21 lutego 2012

potrzeba oczu uleczonych łaską

Poruszył mnie ostatnio fragment listu do Rzymian Pawła apostoła: Bóg zaś okazuje nam swoją miłość przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni. Jeżeli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednani, dostąpimy zbawienia przez Jego życie. (Rzym.5:8-10)

Bóg dał nam swoją
miłość,
usprawiedliwienie,
pojednanie z Sobą,
zbawienie
– mniej więcej o tym traktują powyższe słowa
Pawła apostoła.

Kiedy to zrobił?
Kiedy byliśmy grzesznikami (a w zasadzie, dalej jesteśmy)
i kiedy byliśmy Jego nieprzyjaciółmi.
Na nasz grzech i naszą nieprzyjaźń – Bóg odpowiedział miłością(!!!).

To wszystko Biblia określa jednym słowem: łaska.
Ileż razy dociera do mnie ta prawda,
tyle razy na nowo zadziwia i rodzi wdzięczność.

Chcę napisać jednak o czymś innym.
Mianowicie, człowiek, który się nawrócił, który przyjął łaskę od Boga, nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił, ale za darmo, jako dar, ma nierzadko tendencję – aby po tym, jak tą łaskę przyjął (nie zapracował!), kiedy pozna trochę Biblii, kiedy pozna trochę zwyczajów chrześcijańskich i przyłączy się do jakiegoś kościoła – paradoksalnie żyć nie na obraz Boga, ale na obraz oskarżyciela, wskazując palcem, kto zbawiony, a kto nie zbawiony, sądząc, potępiając tych, którzy są w takim stanie, jakim on był, zanim się nawrócił dzięki łasce Bożej.

Jezus Chrystus, obraz Boga Niewidzialnego, przyszedł na świat nie po to, aby świat potępić, ale po to aby świat zbawić (zob. J.3:17), przyszedł nie do zdrowych, ale do tych, co się źle mają (zob. Łuk.5:31), przyszedł do Tego, co chore, słabe i zagubione. Jezus nie przyszedł, aby nas tylko zbawić, a na resztę świata wydać sąd. Wiemy przecież, że Bóg pragnie, „by WSZYSCY ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy”.

Wracając do przytoczonego fragmentu słów Pawła apostoła, czytamy, że wszyscy byliśmy w tym samym miejscu: byliśmy grzesznikami i nieprzyjaciółmi Boga, nad którymi ulitował się Bóg. Jako ludzie dzielimy się więc na dwie kategorie: nie – jak sądzi, być może, większość z nas – na „winnych” (tych, którzy nie przyjęli Jezusa) i „niewinnych” (tych, którzy Jezusa przyjęli), ale na dwa rodzaje ludzi winnych: winni, którzy przyznają się do swoich przewinień i winni, którzy tego nie czynią.

Nasza więc różnica z ludźmi, którzy Jezusa jeszcze nie przyjęli jest taka, że my mieliśmy to szczęście, że spotkaliśmy ludzi, którzy na Chrystusa nam wskazali, albo jakieś wydarzenie sprawiło, że rozpoznaliśmy w Nim naszego Zbawcę i wyznaliśmy przed nim naszą winę.

Jeżeli więc dzisiaj Chrystus jest w nas, to naszym obowiązkiem, jest to, aby tak, jak nam głoszono, abyśmy i my innym głosili (zaznaczę: z całą cierpliwością, bez rzucania wyroków). Dokładnie z taką samą postawą, jak Bóg reprezentował i reprezentuje względem nas.

W naszym postępowaniu i nastawieniu nie powinno być nic z sądu, bo sąd nie należy do nas, a do Boga. Kiedy my dziś wkraczamy w tą sferę, wyrokując kogo Bóg przyjmuje do nieba, a kogo nie przyjmie, kogo zbawia, a kogo odrzuca (czasami wyrokują tak względem siebie chrześcijanie na podstawie innej interpretacji Świętego Tekstu. O zgrozo!) wkraczamy w sam autorytet Boga, czego, jak sądzę Bóg nie lubi.

Zgodnie bowiem ze słowem Jakuba apostoła:
Jeden jest Prawodawca i Sędzia,
w którego mocy jest zbawić lub potępić.
A ty kimże jesteś, byś osądzał bliźniego? (Jak.4:12)

Początkowy stan wszystkich ludzi był jednakowy: byliśmy takimi samymi grzesznikami, niezależnie od tego, kto co zrobił, wszak grzech jest grzechem i prowadzi na śmierć.
Dlatego nie mamy prawa sądzić i potępiać grzeszników żyjących obok nas (czy innych niepodobających się nam chrześcijan), bo sami byliśmy takimi samymi nędznikami, którzy z łaski Bożej rozpoznali w Jezusie swego Zbawiciela. Teraz naszym powołaniem jest wskazywać na Chrystusa innym, obdarzając ludzi taką miłością, jaką sami zostaliśmy obdarzeni.

Jezus Chrystus poprzez taką właśnie postawę
zdobywał serca nierządnic, zbirów i łotrów.

Jak to robił?
Potrafił On przebić się przez zewnętrzną skorupę grzechu, tych pogubionych i nieraz wynaturzonych, ale jednak ludzi, których stworzył Bóg (!), w których ukrywał się Boży pierwiastek dobra.

To jest dzisiaj wyzwanie dla kościoła!

W każdym człowieku, na różne sposoby, kryje się obraz naszego Boga, może gdzieś mocno przykryty brudem grzechu i odstępstwa, ale możliwy do wydobycia. To wyzwanie dla nas, aby odróżnić człowieka od jego grzechu i zobaczyć grzech w nim, jako coś co go zniewala i nad nim panuje. My byliśmy tacy sami, a może w pewnych aspektach grzechów (np. nie czynieniu dobra, grzechów języka) jesteśmy na tym samym miejscu albo może i gorszym („Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”).

Potrzebujemy więc „oczu uleczonych łaską”, abyśmy zobaczyli w innych ludziach potencjał tej samej Bożej łaski, którą Bóg nas tak szczodrze obdarzył.

Myślę, że folgowanie sobie w wydawaniu sądów na ludziach świadczy o braku zrozumienia albo zapomnieniu o tym, że zbawienie i wszelka przemiana człowieka jest z łaski, darmo otrzymana i nie ma w niej żadnych zasług człowieka. Przyjęcie tej prawdy zdejmie z nas niezdrowe napięcie bycia „potępiaczem ludzi” i może pobudzi do refleksji, że my sami bez Chrystusa jesteśmy takimi samymi nędznikami, jak ci, których tak pochopnie posyłamy na zatracenie.

1 komentarze: