niedziela, 11 listopada 2012

ekumenizm

Dzisiaj chciałbym napisać parę zdań o moim stanowisku nt ekumenizmu, co jest tematem na który jako chrześcijanie różnie się zapatrujemy.

Kiedy organizowałem Tydzień Kultury Chrześcijańskiej w Chrzanowie o charakterze ekumenicznym, którego celem była wspólna modlitwa do Boga i wspólne pochylenie się nad Słowem Bożym, pojawiły się u niektórych dylematy. Jedni, włączyli się aktywnie do powyższego, zachowując jednak dystans i obawy, inni zdecydowali się na początek być obserwatorami, aby później określić swoje stanowisko. Niektórzy zdecydowanie określili, że nie chcą się w to włączyć, inni zdecydowanie taki tydzień potępili wskazując, że nie może mieć nic wspólnego ciemność ze światłością. Generalnie w każdej grupie denominacyjnej znajdowały się powyższe stanowiska. Szanuję każde z nich. Chcę wyrazić jednak swoje zdanie.

Na początek, tak jak z wszystkim, wszystko zależy od definicji.
Wydaje się bowiem, że mówiąc o ekumenii, często mamy różne pojęcie o tym, co ona dla nas oznacza. Próbując zdefiniować, czym ekumenia jest a czym nie jest, moim zdaniem obrosła ona w wiele fałszywych teorii. W niektórych znanych mi kręgach rozumie się ją, jako drogę do powstania jednego wielkiego Kościoła pod zwierzchnictwem papieża. Nierzadko więc, właśnie z powyższym, kojarzona jest wszelka działalność, gdzie pojawia się słowo ekumenia. Inni, radykalnie stojący w przekonaniu, że tylko oni mają rację, definiują ekumenię, jako, cytuję, „duchowe cudzołóstwo z Wielką Nierządnicą”, itp. To jest przykre, tym bardziej, jak obserwuję, jak łatwo takie opinie są wygłaszane. Przykre, bo często osądzamy i oceniamy, nie zanurzając się w serca ludzi, których tak nazywamy. Tak nieraz oceniają protestanci katolików. Tak oceniają nierzadko katolicy protestantów. Tak wreszcie nieraz oceniają protestanci protestantów. Choć tak jest i być może ktoś z nas stanie się obiektem takiego sadu, to zachęcam jednak, aby nigdy nie odpłacać pięknym za nadobne. Abyśmy nigdy nie osądzali na podstawie tego, kto do jakiego kościoła przynależy, nie zadając sobie trudu (a może przyjemności?) poznania drugiego człowieka.

Czym jest ekumenizm dla mnie?
Jest chęcią wzajemnego pochylenia się nad sobą i próbą zrozumienia się, próbą wzajemnego szacunku i wspólnego szukania woli Boga. Moje credo wiary najkrócej wyraża się w zdaniu: Jezus Chrystus jest PANEM. W mojej drodze nieudolnego naśladownictwa Jezusa, On uczy mnie swojej woli przez różnych ludzi, nie tylko przez tzw. ewangelicznych chrześcijan, ale i przez innych chrześcijan. On jest bowiem Panem wszystkich, którzy otwierają dla Niego swoje serce, niezależnie od przynależności denominacyjnej. Ekumenizm jest pozwoleniem Jezusowi, aby mógł nas czegoś nauczyć przez swoje dzieci spoza naszej kongregacji. Jeżeli natomiast założymy, że tylko my (nasza kongregacja) z definicji mamy rację - to niestety nie będziemy mieli ze sobą, o czym rozmawiać i czego się od siebie uczyć (Tak jest łatwiej żyć, ale wybranie takiego modelu życia było przyczyną nieporozumień pomiędzy Mesjaszem a uczonymi w Piśmie około 2 tysiące lat temu, co warto spokojnie przemyśleć). Wówczas nasz brak pokory schowany pod płaszczykiem tzw. "biblijnego chrześcijaństwa" będzie owocował poczuciem wyższości i pogardą. Ja zaś chciałbym zachęcić, że może zamiast wszystko „wiedzieć”, spróbować poznać i szanować naszych bliźnich, którzy nie podzielają naszych prawowitych doktryn. Wówczas, być może i wreszcie, przestaniemy decydować o tym, kto na pewno jest Jego, a komu tylko tak się wydaje. Wówczas zamiast butnego „wiem” będziemy mogli, w pokorze powiedzieć: „Zna Pan tych, którzy są Jego”. TYLKO On wie! Nam może się jedynie wydawać. Dlatego przestrzega Jezus: „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów”, bo sąd na podstawie pozorów, tego, co nam się wydaje, a co niekonieczne jest prawdziwe, jest bardzo niebezpieczny, rodzi fanatyzm. Kiedyś prowadziło to do rozpalania stosów ognia dla heretyków, których my dziś uznajmy świętymi. Dziś może prowadzić do rozpalenia stosów w naszym sercu. Pozostawmy więc sąd Panu, posłuchając rady apostoła: „Kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę?”. Wolę 1000 razy pomylić się w miłosierdziu, aniżeli raz kogoś niesprawiedliwie osądzić. Wolę być tym, kto rozrzutnie kocha, aniżeli być tym, który wzgardzi kimś, kogo Bóg usynowił. Wybieram miłość zamiast sąd. Chcę, aby poprzez miłość właśnie, ktoś mógł rozpoznać we mnie ucznia Chrystusa.

Na koniec, coś co jest w moim sercu.
Pragnę jedności. Tęsknię za tym, po co na ziemię przyszedł Chrystus: „…aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi!" Nie zaniechując swojej tożsamości ani swoich przekonań pragnę jedności, która wyraża się w Duchu i wzajemnym szukaniu woli Bożej, Jego dróg i Jego myśli. Tęsknię do jedności, która zabierze z nas wzajemne oskarżenia, sądy, niechęć, pogardę a zastąpi je szacunkiem, pokorą i wzajemną miłością, po której świat rozpozna, że nosimy coś w naszym sercu co nie jest z tego świata.

Z wyrazem szacunku dla wszystkich, którzy mają odmienne stanowisko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz