środa, 29 lutego 2012

bodowniczy albo grabarz


William Barett w powieści
"Na grzbiecie żółwia"
zapisał trafnie i bez ogródek:
"Bóg zsyła swoje piękno na ziemię
i rozrzuca je wszędzie.
I wszędzie jest ziemia Boga,
tylko, że jeden człowiek
buduje na niej misję,
a inny dom publiczny".

Każdego dnia stoimy przed wyborem
bycia budowniczym - już dziś - nadchodzącego Królestwa
albo bycia jego grabarzem.

poniedziałek, 27 lutego 2012

będę szedł

Parę lat temu napisałem z potrzeby pieśń-wiersz mojej drogi.
Walczyłem z diabelskim oskarżeniem, które niszczyło mnie od środka,
z powodu głupstwa, które popełniłem. To był okropny czas,
zamknięcia się na ludzi i samotności. Słowem-wyzwoleniem,
którym, jakby dosłownie, przemówił do mnie wówczas Bóg
było: 1J.1:9 i Ps.37:23n.

Napisałem wtedy ten wiersz.


będę szedł
choć będę upadał
będę szedł
to będę wstawał
będę szedł
chociaż ponownie będę się przewracał
będę szedł
to powtórnie będę wstawał
będę szedł
będę się zmieniał
będę szedł
chociaż nieraz tak bardzo się oddalam

będę szedł
do Ciebie
który jesteś
MIŁOŚCIĄ


Kiedyś podpisał się pod tym tekstem, mój przyjaciel.
Napisał do ów tekstu muzykę i zaśpiewał ze swoim zespołem.


niedziela, 26 lutego 2012

miłość "niebiblijna"


To miłość Jezusa sprawiła, że grzesznicy, ludzie upadli i zagubieni do Niego się garnęli, a On ich przyjmował i bynajmniej nie pochwalał ich grzechu, ale swoją postawą miłości, tego, że zależało Mu
na nich
(tak naprawdę,
a nie z obowiązku przekazania Dobrej Nowiny
), sprawiło w wielu z nich doznało przemiany, tak, że poszli za Nim i zaczęli Go naśladować.

Paradoksalnie, ta sama miłość Chrystusa sprawiła, że został On odrzucony i nieprzyjęty przez elitę religijną ówczesnego Izraela, przez ludzi religijnych, którzy oczekując przyjścia Mesjasza, czytając o Nim w świętych zwojach Ksiąg Tory i Proroków, nie przyjęli Go, odrzucili i ukrzyżowali.

Zastanawiam się, do której z tych dwóch grup społecznych tamtejszego Izraela nam bliżej? Która charakteryzuje autora tego bloga i nas chrześcijan? Czy ta: zagubieni grzesznicy, oddaleni od Boga; czy ta: ludzie religijni, znający Słowo Boże, spotykający się w świątyni, by czcić Boga? Dziwne, ale ci ówcześni przywódcy religijni, znani i podziwiani, zdyscyplinowani w przestrzeganiu nawet najmniejszej litery Prawa, mieli z Mistrzem na pieńku. Co rusz Jezus wykazywał im, że mijają się z Bogiem.

Doskonale znając zwoje Pism Tory i Proroków, zgubili gdzieś ducha Świętego Tekstu. Jako duchowi przywódcy Izraela, znawcy Boga, zamiast być pomocą dla ludu w przybliżeniu się do Boga, stali się przeszkodą. Jezus wyraził to w twardych słowach: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. (Mat. 23:13)

Kolejnym paradoksem jest to, że uczeni w Piśmie i faryzeusze zapewne byli święcie przekonani, że do tego królestwa niebieskiego, słuszną drogą zmierzają. Jak bardzo różniła się ich opinia z opinią Jezusa!

Wyciągam taki wniosek, pochylając się nad Słowem.
Jeżeli chodzimy do kościoła, jesteśmy członkami wspólnoty chrześcijańskiej (takiej czy innej) to potencjalnie bardziej reprezentujemy tą grupę ludzi, którą Jezus ganił chodząc dwa tysiące lat temu po uliczkach ziemi palestyńskiej.

Dlaczego ganił? Ganił, bo choć może nauczali lud, to jednak, tak w środku, tak na samym dnie serca, nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego nazywając ich „ludem ziemi”. Byli świadomi, że oni czyści, oddzieleni od wszystkiego, co bezbożne i nieczyste, mają społeczność z Bogiem, a lud… który nie znał tak jak oni ksiąg świętych, nie miał takiej słusznej znajomości Pism jak oni, stąd, jeżeli nawet wierzył w Boga, to wierzył niebiblijnie.

Czy czegoś to nam nie przypomina?
- Czy jeżeli głosimy Chrystusa (albo mamy dopiero taki zamiar), chcemy na Niego wskazywać i inspirować Nim, to warto szczerze zadać sobie pytanie: czy czynimy to z przymusu czy z przekonania „bo tak trzeba”, czy robimy to z poczucia tego, że oto Jezus stał się dla nas wszystkim, jest naszym Uratowaniem, dał nowy, lepszy sens dla naszego życia, pokochał i kocha. Kocha także tych, którzy Go jeszcze nie przyjęli, stąd dlatego, chcemy opowiadać o Zbawcy.
- Jakie mamy w sobie uczucia względem wszystkich tych ludzi, którzy wierzą, którzy czytają Biblię, którzy kochają Jezusa, tak jak my, albo może i bardziej, ale wg naszej oceny robią to niebiblijnie? albo wg naszej oceny nie potrafią zrozumieć tak oczywistych prawd biblijnych, które my pojęliśmy i znamy, o czym oczywiście jesteśmy święcie przekonani – w sposób prawidłowy?

wtorek, 21 lutego 2012

potrzeba oczu uleczonych łaską

Poruszył mnie ostatnio fragment listu do Rzymian Pawła apostoła: Bóg zaś okazuje nam swoją miłość przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni. Jeżeli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednani, dostąpimy zbawienia przez Jego życie. (Rzym.5:8-10)

Bóg dał nam swoją
miłość,
usprawiedliwienie,
pojednanie z Sobą,
zbawienie
– mniej więcej o tym traktują powyższe słowa
Pawła apostoła.

Kiedy to zrobił?
Kiedy byliśmy grzesznikami (a w zasadzie, dalej jesteśmy)
i kiedy byliśmy Jego nieprzyjaciółmi.
Na nasz grzech i naszą nieprzyjaźń – Bóg odpowiedział miłością(!!!).

To wszystko Biblia określa jednym słowem: łaska.
Ileż razy dociera do mnie ta prawda,
tyle razy na nowo zadziwia i rodzi wdzięczność.

Chcę napisać jednak o czymś innym.
Mianowicie, człowiek, który się nawrócił, który przyjął łaskę od Boga, nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił, ale za darmo, jako dar, ma nierzadko tendencję – aby po tym, jak tą łaskę przyjął (nie zapracował!), kiedy pozna trochę Biblii, kiedy pozna trochę zwyczajów chrześcijańskich i przyłączy się do jakiegoś kościoła – paradoksalnie żyć nie na obraz Boga, ale na obraz oskarżyciela, wskazując palcem, kto zbawiony, a kto nie zbawiony, sądząc, potępiając tych, którzy są w takim stanie, jakim on był, zanim się nawrócił dzięki łasce Bożej.

Jezus Chrystus, obraz Boga Niewidzialnego, przyszedł na świat nie po to, aby świat potępić, ale po to aby świat zbawić (zob. J.3:17), przyszedł nie do zdrowych, ale do tych, co się źle mają (zob. Łuk.5:31), przyszedł do Tego, co chore, słabe i zagubione. Jezus nie przyszedł, aby nas tylko zbawić, a na resztę świata wydać sąd. Wiemy przecież, że Bóg pragnie, „by WSZYSCY ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy”.

Wracając do przytoczonego fragmentu słów Pawła apostoła, czytamy, że wszyscy byliśmy w tym samym miejscu: byliśmy grzesznikami i nieprzyjaciółmi Boga, nad którymi ulitował się Bóg. Jako ludzie dzielimy się więc na dwie kategorie: nie – jak sądzi, być może, większość z nas – na „winnych” (tych, którzy nie przyjęli Jezusa) i „niewinnych” (tych, którzy Jezusa przyjęli), ale na dwa rodzaje ludzi winnych: winni, którzy przyznają się do swoich przewinień i winni, którzy tego nie czynią.

Nasza więc różnica z ludźmi, którzy Jezusa jeszcze nie przyjęli jest taka, że my mieliśmy to szczęście, że spotkaliśmy ludzi, którzy na Chrystusa nam wskazali, albo jakieś wydarzenie sprawiło, że rozpoznaliśmy w Nim naszego Zbawcę i wyznaliśmy przed nim naszą winę.

Jeżeli więc dzisiaj Chrystus jest w nas, to naszym obowiązkiem, jest to, aby tak, jak nam głoszono, abyśmy i my innym głosili (zaznaczę: z całą cierpliwością, bez rzucania wyroków). Dokładnie z taką samą postawą, jak Bóg reprezentował i reprezentuje względem nas.

W naszym postępowaniu i nastawieniu nie powinno być nic z sądu, bo sąd nie należy do nas, a do Boga. Kiedy my dziś wkraczamy w tą sferę, wyrokując kogo Bóg przyjmuje do nieba, a kogo nie przyjmie, kogo zbawia, a kogo odrzuca (czasami wyrokują tak względem siebie chrześcijanie na podstawie innej interpretacji Świętego Tekstu. O zgrozo!) wkraczamy w sam autorytet Boga, czego, jak sądzę Bóg nie lubi.

Zgodnie bowiem ze słowem Jakuba apostoła:
Jeden jest Prawodawca i Sędzia,
w którego mocy jest zbawić lub potępić.
A ty kimże jesteś, byś osądzał bliźniego? (Jak.4:12)

Początkowy stan wszystkich ludzi był jednakowy: byliśmy takimi samymi grzesznikami, niezależnie od tego, kto co zrobił, wszak grzech jest grzechem i prowadzi na śmierć.
Dlatego nie mamy prawa sądzić i potępiać grzeszników żyjących obok nas (czy innych niepodobających się nam chrześcijan), bo sami byliśmy takimi samymi nędznikami, którzy z łaski Bożej rozpoznali w Jezusie swego Zbawiciela. Teraz naszym powołaniem jest wskazywać na Chrystusa innym, obdarzając ludzi taką miłością, jaką sami zostaliśmy obdarzeni.

Jezus Chrystus poprzez taką właśnie postawę
zdobywał serca nierządnic, zbirów i łotrów.

Jak to robił?
Potrafił On przebić się przez zewnętrzną skorupę grzechu, tych pogubionych i nieraz wynaturzonych, ale jednak ludzi, których stworzył Bóg (!), w których ukrywał się Boży pierwiastek dobra.

To jest dzisiaj wyzwanie dla kościoła!

W każdym człowieku, na różne sposoby, kryje się obraz naszego Boga, może gdzieś mocno przykryty brudem grzechu i odstępstwa, ale możliwy do wydobycia. To wyzwanie dla nas, aby odróżnić człowieka od jego grzechu i zobaczyć grzech w nim, jako coś co go zniewala i nad nim panuje. My byliśmy tacy sami, a może w pewnych aspektach grzechów (np. nie czynieniu dobra, grzechów języka) jesteśmy na tym samym miejscu albo może i gorszym („Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”).

Potrzebujemy więc „oczu uleczonych łaską”, abyśmy zobaczyli w innych ludziach potencjał tej samej Bożej łaski, którą Bóg nas tak szczodrze obdarzył.

Myślę, że folgowanie sobie w wydawaniu sądów na ludziach świadczy o braku zrozumienia albo zapomnieniu o tym, że zbawienie i wszelka przemiana człowieka jest z łaski, darmo otrzymana i nie ma w niej żadnych zasług człowieka. Przyjęcie tej prawdy zdejmie z nas niezdrowe napięcie bycia „potępiaczem ludzi” i może pobudzi do refleksji, że my sami bez Chrystusa jesteśmy takimi samymi nędznikami, jak ci, których tak pochopnie posyłamy na zatracenie.

czwartek, 16 lutego 2012

adoracja

Pocieszające są słowa Jezusa:
„Wie Ojciec, czego wam potrzeba,
zanim Go poprosicie” (Mat.6:8).
Nie potrzebujemy przekonywać
ani prosić Boga-Ojca,
aby nam błogosławił,
troszczył się o nas,
był przy nas blisko.
Wszak On nam błogosławi,
bardziej niż jesteśmy w stanie to zauważyć.
Troszczy się o nas,
bardziej niż jesteśmy w stanie to pojąć.
Jest tak blisko nas,
że bliżej niż my siebie sami.
Nie musimy Mu o tym mówić,
o to prosić, martwić się „czy tak jest?”,
"czy, aby na pewno?"
Zamiast przedstawiać Mu nasze prośby,
raczej powinniśmy powiedzieć:
„Ty wiesz, Ojcze, najlepiej, czego mi potrzeba”
i chwalić i czcić Tego, który jest godzien chwały i czci.

Nieraz zakładam sobie, modląc się,
że ta modlitwa będzie tylko uwielbieniem Najwyższego,
gdzie nie będzie mnie (w postaci próśb choćby),
a tylko On, w myśli i słowie sławiących Jego przymioty i dzieła.
Tak mało takich modlitw.
(A i okazuje się, że powyższa chęć,
nie jest prosta, ponieważ prośby stanowią znaczną część
mojego zwracania się do Tronu Łaski).

Chcę nieraz zdystansować się od siebie.
Zwrócić w pełni swoją uwagę na Niego.
Przez chwilę "zamknąć" prośby i błagania,
które nieraz zamazują Jego obraz.

Zachęcam się (może również kogoś z Was, drodzy czytelnicy),
by od czasu do czasu uchwyciwszy się obietnicy
"wie Ojciec czego nam potrzeba"
oddać się (tylko) adoracji Przedwiecznego, Ojca Świętego.

sobota, 11 lutego 2012

Gdzie się podział Bóg?

Tym razem, zapraszam
do przeczytania dłuższego tekstu,
podejmującego próbę odpowiedzi
na ważne, ludzkie pytania:
"Gdzie jest Bóg, kiedy człowiek cierpi, umiera, kiedy zło zwycięża?
Czy On faktycznie istnieje?
Jeżeli tak, to czemu nie reaguje?
Czemu dozwala na niesprawiedliwość?"
Tekst pierwotnie powstał, jako 8-stronicowa książeczka,
o tytule "Gdzie się podział Bóg?".
Pod względem objętości nie jest więc tekstem blogowym,
zachęcam jednak do przeczytania.

Czy nigdy nie zadawałeś pytań, dlaczego ludzie chorują, cierpią, umierają?Dlaczego wszechmogący i wszechobecny Bóg na to wszystko pozwala?Dlaczego w ciele ludzkim sieją spustoszenie nowotwory, zawały serca, udary mózgu? Dlaczego choroby przedwcześnie zakańczają ludzkie życie?Dlaczego wojny wciąż wybuchają na świecie?Dlaczego w fali terroryzmu giną niewinni ludzie? Dlaczego co roku w samej tylko Polsce w wypadkach samochodowych ginie ok. 5 tys. osób, nie licząc przechodniów ginących z winy nierozważnych, nierzadko pijanych kierowców?Dlaczego zło dziś triumfuje? Jeżeli Bóg istnieje, to dlaczego na to wszystko pozwala?Dlaczego nie interweniuje, patrząc na cierpienie niewinnych ludzi?

By odpowiedzieć na te pytania, musimy przenieść się w czasie do ogrodu Eden. Bóg uczynił Adama i Ewę, którzy zamieszkali w ogrodzie, by panować nad wszystkim, co stworzył. Wszystko było do ich dyspozycji, z każdego drzewa mogli spożywać owoce, z wyjątkiem jednego – z wyjątkiem drzewa poznania dobra i zła. Znasz ciąg dalszy, prawda? Ewa zrywa owoc. Częstuje męża. Na świecie pojawia się grzech. Człowiek musi opuścić rajski ogród Eden.

Dlaczego Pan Bóg dał człowiekowi możliwość zakosztowania grzechu?

Przecież z psalmu 139 dowiadujemy się, że Bóg zna nasze myśli i zamiary. Zanim powiemy słowo, On zna już całe zdanie. Zatem, stwarzając pierwszych ludzi i nakładając na nich zakaz spożywania owocu z rajskiego drzewa poznania dobra i zła, Bóg wiedział, że człowiek okaże się nieposłuszny, zerwie i zje zakazany owoc.

Czy drzewo z zakazanym owocem nie mogło rosnąć poza ogrodem? Nie, gdyż stawiając je w Edenie, Bóg dał człowiekowi możliwość buntu i nieposłuszeństwa względem Niego.

Tylko po co?

By to zrozumieć, musimy się zastanowić, czego Bóg chce od człowieka.

Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję (Księga Powtórzonego Prawa 6:5n).

Czego chce od nas Bóg?
Miłości.
Z miłości i dla miłości stworzył bowiem Bóg człowieka.
Z miłości i dla miłości ludzie decydują się, by mieć dzieci.
Człowiek chce być kochany. Chce przekazywać najbliższym dorobek,

który wypracowuje przez całe życie (także ten materialny, choć przede wszystkim dorobek duchowy, miłość i ciepło).
Człowiek chce to komuś przekazać. Chce przekazać to swoim dzieciom. Bóg również.
Stworzył nas, by dać nam siebie. W zamian chce
więzi i bliskości z człowiekiem.

Tak jak rodzic, których kocha swe dziecko.

Kiedyś podeszła do mnie 3-letnia córka moich przyjaciół, uśmiechnęła się i powiedziała: „Psecytaj mi bajke!”. Czytałem,
a Deborka, siedząc mi na kolanach, przekładała strony książeczki. Potem wstała i wyciągnęła do mnie ręce, mówiąc: „Kocham Cieeee!”.

Szczere, prawdziwe, czyste wyznanie.

Poczułem się wspaniale, choć nie jestem jej ojcem. Pomyślałem wówczas, jak wspaniale czuje się nasz Ojciec, kiedy szczerze i spontanicznie mówimy:
„Kocham Cię, Tato!”.

Naszemu Ojcu zależy właśnie na tym. Na naszej nieprzymuszonej miłości.

Ojciec Niebieski chce, abyśmy przychodzili do Niego, rozmawiali z Nim, wyznawali Mu nasze uczucia i prośby, wyrażali naszą wdzięczność. Chce, byśmy robili to nie dlatego, że tak nas nauczono, nie dlatego, że tak trzeba, ale dlatego, że sami tego chcemy.
Do miłości nie można bowiem nikogo zmusić.

I tu najważniejsze.

Aby zaistniała miłość, musi być wybór.
Aby był wybór, musi być wolność.

Aby mogła istnieć MIŁOŚĆ musi więc istnieć WOLNOŚĆ.

Dlatego Bóg postawił w ogrodzie Eden drzewo poznania dobra i zła, i dał człowiekowi wolność wyboru: „Możesz zerwać ten owoc, okazać nieposłuszeństwo i odejść ode mnie albo możesz mi zaufać i zachować miłość do mnie”.

Do miłości nie można nikogo zmusić. Nie możemy wziąć małego dziecka i powiedzieć:
„Powiedz, że mnie kochasz, albo dostaniesz klapsa!”. Jeśli nawet usłyszymy wówczas owo wyznanie, nie będzie w nim żadnej miłości tylko lęk.

W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk
(1 list św. Jana 4:18).


Aby zaistniała miłość, musi istnieć wolność.
Dlatego Bóg dał człowiekowi wolną wolę i możliwość wyboru między posłuszeństwem a nieposłuszeństwem, ufnością a nieufnością. Natomiast dając ludziom wolną wolę, Bóg dał jednocześnie możliwość zaistnienia zła i niesprawiedliwości.

Dając nam wolną wolę, Bóg wiedział, że umożliwi nam zło, przez które będziemy wyrządzać sobie krzywdę i oddalimy się od Niego, ale była to jedyna droga, by umożliwić człowiekowi świadomy wybór miłości i dobra. Mógł stworzyć nie człowieka, lecz podporządkowane Mu automaty. Mógł uczynić człowieka bardziej podobnym do procesora komputera, bez możliwości kierowanie się własną wolą. Patrząc na zwierzęta, wydaje się, że są zadowolone, wiodąc żywot polegający na dążeniu do jednego tylko celu, jakim jest przetrwanie. Nie potrzebują rozmyślać nad sobą czy poszukiwać celów wyższych. My, ludzie, potrzebujemy. Tylko człowiek zna takie pojęcia, jak „chcieć” i „kochać”. Do tego potrzebna jest jednak wolna wola i możliwość wyboru.

Bóg wiedział i przewidział, co się stanie, gdy człowiek użyje swojej wolnej woli w zły sposób. Ewa zerwała owoc, zjadła. Podała go też Adamowi. Człowiek poznał dobro i zło. Kain zabił Abla. Człowiek zaczął się deprawować i wciąż obserwujemy skutki tego procesu. Ale to jedyny sposób, by miłość i dobro mogły w ogóle istnieć.

Może jednak nie zgadzasz się z Bogiem? Może nie zgadzasz się z taką decyzją? W kwestii niezgody z Bogiem tkwi jednak zasadnicza trudność, bowiem to Bóg jest źródłem, z którego pochodzi cała twoja zdolność myślenia. Ty nie możesz mieć racji, a On nie może być w błędzie, tak samo, jak niemowlę nie może pouczać swego ojca.

Tak więc Bóg dał człowiekowi wolną wolę. Kiedy to zrozumiesz, sam stwierdzisz niedorzeczność pytania o to, dlaczego Bóg dozwolił na zło.

Adresatem pytania „Dlaczego?” nie powinien zatem być Bóg, lecz człowiek! Człowiek, który odrzuca wyciągniętą do niego przez Boga rękę. A przecież Bóg mówi w prostych słowach: zbliżcie się do Mnie, a ja zbliżę się do was (list św. Jakuba 4:8). My jednak nie jesteśmy zainteresowani Jego osobą, Jego życiowymi wskazówkami. Żyjemy według własnej woli, z dala od realnej społeczności z Bogiem, a potem mamy wyrzuty.

Grzech (plotka, obmowa, obojętność, egoizm, puste rozmowy, brak przebaczenia, zazdrość, zawiść, chciwość, narzekanie, uzależnienia, nieczystość seksualna) czyha na nas jak jakiś dziki zwierz. Czai się, by nas zaatakować i zniewolić, zmanipulować i oddalić nas od Boga.

Grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować (Księga Rodzaju 4:7).

Słowa, które Bóg niegdyś skierował do Kaina, dziś skierowane są także do nas.

To, że Bóg nie reaguje na zło, nie oznacza, że go nie dostrzega i nie osądza. Jego zamiarem nie jest jednak automatyczne i mechaniczne usunięcie zła ze świata, bo musiałby wówczas pozbawić człowieka wolnej woli, przemienić go w marionetkę, odebrać mu rozum i serce.

Bóg dał człowiekowi wspaniałą możliwość dokonywania własnego wyboru i dobrowolnego zjednoczenia z Nim samym. Wolni, obdarzeni wolną wolą ludzie mogą pójść zarówno dobrą, jak i złą drogą, mają wybór, czy żyć z Bogiem, czy obok Niego.

Szatan natomiast wmówił naszym rodzicom i wmawia nam, że możemy być „jak bogowie” (żyć niezależnie od Boga) i że jest możliwe znalezienie szczęścia bez Boga. Człowiek uwierzył zaś szatanowi i tak powstało to, co nazywamy historią ludzkości: wojny, terroryzm, morderstwa, prostytucja, alkoholizm, nikotynizm, niewolnictwo, nienawiść, brak potrzeby spotkania z żywym Bogiem – długa i straszliwa historia człowieka szukającego swojego szczęścia poza Bogiem.

Człowiek pyta, gdzie jest Bóg, a sam żyje poza Bogiem. Nie interesuje się Nim na co dzień, skutecznie Go omija, rani, ale jednocześnie pyta, gdzie się podział?

Nie pytajmy więc, gdzie się podział Bóg. Zapytajmy raczej, gdzie się podział człowiek.
To nie człowiek szuka Boga. To Bóg szuka człowieka.

Nasze życie jest darem. Żyjemy z łaski. Każdy dzień jest tak cenny i ważny, a jednocześnie tak kruchy, że warto powierzać go Bogu. Warto powierzać Mu każdy nasz krok, każdy plan, każdą drogę.

Planujemy, zamierzamy, a możemy nie dożyć jutra. Nie obudzić się rano. Nie dojechać do celu albo dojechać, ale nie wrócić. Żyjemy z łaski.

Każdego dnia na całym świecie umiera średnio 100 tys. ludzi. W dowolnej chwili to możesz być i ty. Czy masz pewność, że kiedy umrzesz i staniesz przed Bogiem, Bóg obdaruje Cię życiem w niebie, a nie skaże na potępienie?

Zadziwia nas powściągliwość, jaką Bóg okazywał na przestrzeni dziejów, pozwalając ludziom pokroju Hitlera czy Stalina robić, co chcą. Także dzisiejsza Boża powściągliwość budzi u wielu wątpliwości, czy Bóg w ogóle istnieje. Jednak nic – absolutnie nic – nie dorównuje powściągliwości, jaką Bóg okazał w dniu, kiedy krzyżowano Jego umiłowanego Syna. Bóg milczał, gdy Jezus Chrystus dobrowolnie cierpiał za nasze grzechy. Kiedy był wyśmiewany, smagany biczem, opluwany i ostatecznie przybity gwoźdźmi do krzyża. Cierpiał z miłości, by przez swoją śmierć pokonać zło. Dźwigał na swoich ramionach całe zło tego świata. By oczyścić cię z grzechu, wziął na siebie twoje winy. Poniósł je na krzyż.

To było prawdziwe niezawinione cierpienie!

Zginął, zawisł na krzyżu, ale zwyciężył. Trzeciego dnia zmartwychwstał i dzisiaj wyciąga do nas ręce. A wszystko dlatego, że nas kocha i przygotował dla nas miejsce w nadchodzącym Bożym Królestwie, gdzie nie będzie ani płaczu, ani łez, ani chorób, ani cierpienia, ani śmierci. To właśnie w Chrystusie objawiła się Boża wola dla ludzkości.

On, Boży Syn, obraz Boga niewidzialnego, przyszedł na ziemię i nie przyniósł choroby, ale uzdrowienie, nie przyniósł bólu, ale ukojenie, nie przyniósł śmierci, ale życie.
W ten sposób pokazał, czego chce dla świata Bóg. Kiedy zaś wstąpił do nieba, obiecał, że powróci, by odnowić skażoną ziemię i przywrócić ją do stanu zamierzonego przez Boga.

Od Jezusa dowiadujemy się, że to, jak wygląda dzisiejszy świat, nie jest wolą Bożą. To, co dzieje się na świecie, nie podoba się Bogu, podobnie jak nam. Gdy spojrzysz na życie Jezusa, zobaczysz, co czuje Bóg, gdy patrzy na nieszczęścia, przez które przechodzą ludzie. Kiedy otworzysz Ewangelię, zobaczysz, jak Jezus spogląda na siostry opłakujące śmierć brata, zobaczysz, jak reaguje na wdowę, która utraciła jedynego syna. Zobaczysz wreszcie spływające po Jego policzkach łzy, smutek i wzruszenie. Twarz Jezusa to twarz Boga, a twarz ta jest zalana łzami.

Na to wszystko Jezus reagował natychmiast. Uzdrawiał, wskrzeszał i darował nowe życie. Za to wszystko świat Go ukrzyżował. Ukrzyżowali Go nie tylko źli ludzie, ale także nasze grzechy – moje i twoje – które wbijały gwoździe w Jego ciało. Zbawca przyszedł na świat, ale świat Go nie przyjął.

Nie pytaj więc już: „Dlaczego?”. Zadaj natomiast pytanie, czy jesteś gotów przyjąć Jezusa do swojego serca. On jest bowiem jedyną drogą do szczęścia w zbliżającym się Królestwie Bożym.

Dzisiaj zdecyduj więc, czy żyjesz z Jezusem czy obok Jezusa.

Proste, prawda? A jednak strach powstrzymuje cię przed upamiętaniem i otwartym opowiedzeniem się za Chrystusem. Szatan, który przychodzi kraść, zabijać i niszczyć, manipuluje tobą, oszukując cię dobrobytem tego świata, karmiąc podawanym na tacy życiem poza realną bliskością Boga. Próbuje cię przekonać, że możesz być panem swego losu. Ale czy na pewno? Co stanie się, gdy umrzesz? A umrzesz na pewno!

Bóg oferuje ci życie wieczne, powrót do rajskiego ogrodu, wejście do Królestwa, które nie jest z tego świata. Bramą do tego wspaniałego miejsca jest Jezus Chrystus.
Dla własnego dobra, wybierz właściwie.

I pamiętaj, że brak decyzji także jest decyzją.

Jezus Chrystus mówi dziś:
Przyjdźcie do mnie
wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a
ja was pokrzepię (Ew. wg św. Mateusza 11:28).


środa, 8 lutego 2012

poświęcenie


Środa jest ostatnim dniem pobytu na oddziale rehabilitacji neurologicznej kilkunastoletniej Moniki, dziewczynki z rzadkim zespołem Pradera – Williego. Choroba ta objawia się upośledzeniem umysłowym, niskim wzrostem, otyłością, niedorozwojem narządów płciowych i niepohamowanym poczuciem głodu. Dziewczynka jest całkowicie zależna od swojej mamy, która opiekuje się nią 24 godziny na dobę. Nawet, kiedy córka jest w szpitalu, przychodzi o 7 rano na oddział i wychodzi nocą. Trzyma Monikę za rękę, dopóki nie uśnie.

Zdumiewa mnie, że w mamie chorej dziewczynki nie ma żadnego narzekania na los, na Boga ani nie ukazuje zmęczenia, tylko miłość do córki i radość z najdrobniejszych gestów czy samodzielnie wypowiedzianych słów. Troska i miłość do dziecka, którego choroba, nie pozwala, by te uczucia świadomie odwzajemnić. Taka jest miłość matki. Nieugięta. Zadziwiająca. Wzruszająca.

Kiedy patrzę na Monikę i jej mamę, myślę o poświęceniu Boga i poświęceniu człowieka.

Kiedy Bóg mówi: „Daję wszystko”, daje nawet swoje umiłowane, jednorodzone Dziecko. Wszystko oznacza wszystko.

Kiedy my mówimy: „Daję wszystko”, życie weryfikuje nasze zapewnienia, niestety, najczęściej obnażając miałkość naszych słów, przekonań, idei i haseł. Potem, w chwilach szczerej refleksji myślimy: „Oby nasze „wszystko” stanowiło choćby dziesięcinę ze słów pochopnie wypowiadanych”.

Oddzielnie, jeszcze, trzeba mówić o poświęceniu matki
wobec dziecka.

A jednak Bóg zapewnił:

„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie”.

sobota, 4 lutego 2012

to miłość przemienia

Dlaczego zwracamy się
do Ojca w modlitwie
i jesteśmy w stanie
powiedzieć Mu
o najgorszych rzeczach,
które zrobiliśmy?
Dlaczego zwierzamy się
tylko najbliższym przyjaciołom?

Ponieważ jesteśmy przekonani, że nas zrozumieją.
Wyznajemy Bogu nasze grzechy, bo wierzymy,
że On widzi nasze zmagania z ciałem i wierzymy,
że nas rozumie. Nie potępi.
Zrozumie, może przytuli mówiąc „już dobrze moje dziecko”
i wskaże drogę do zmiany.

Tym co nas przemienia, nie jest kara, a MIŁOŚĆ.
Ewangelia przemienia ludzi,
bo Ewangelia nie jest prawem zakazów i nakazów.
Ewangelia jest dobrą nowiną o miłości Boga do człowieka.
Tak bowiem Bóg umiłował świat,
że Syna swego Jednorodzonego dał…(J.3:16)


To jedno zdanie przemienia.
Kiedy człowiek uświadomi sobie,
co zrobił dla niego Bóg, pęka serce,
łamie się zapora oddzielająca Boga od człowieka.

Ja się nie zmieniam, nie tęsknię za tym,
by Duch Święty mnie napełniał, z obawy przed Boża karą;
mojego życia nie stymuluje strach, a Boża miłość.
Bóg mnie kocha. To czyni moje życie szczęśliwym
i mobilizuje mnie, bym pięknie żył.

Dlatego Pan Jezus pochylając się nad cudzołożnicą,
którą przyprowadzili faryzeusze, po to by wypróbować Jezusa
a kobietę ukamienować, doskonale odpowiada:
kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci w nią kamieniem,
tak że każdy odchodzi z poruszonym sumieniem.
Pozostaje tylko Jezus i ta kobieta.
Jezus jej nie potępia, bo zna jej życie.
Ta cała sytuacja w której się znalazła nie wymaga kary,
a miłości, Bożej łaski.
I Ja cię nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej.
To są słowa miłości,
która wyczuwa, że smagania słowem tu nie potrzeba.

Dziś zaś Jezus nas zachęca do miłości.
Na tym polega miłość, byśmy siebie wzajem obdarzyli
chociaż częścią tej miłości, którą obdarzył nas Bóg.

W tym przejawia się miłość,
że nie my umiłowaliśmy Boga,
ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego
jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.
Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował,
to i my winniśmy się wzajemnie miłować.
(1J. 4:10-11)


Zrozumienie drugiej osoby, jej słabości,
tego co nas razi, może i co od niej odpycha,
zrozumienie powodu jej zachowań, jest przejawem miłości.
To spojrzenie na człowieka z miłością…
myśli, słowa, gesty z miłością… mogą coś zmienić
w drugim człowieku na lepsze.
Nie nakazy i zakazy, nie lęk i strach
a miłość właśnie jest tym, co podbija serce.

środa, 1 lutego 2012

szerokie i głębokie Słowo

Zdumiewa mnie, jak często,
Paweł apostoł, ten,
który zakosztował
tajemnic trzeciego nieba
podkreślał cząstkowość
naszego poznania
(w tym również własnego
- co za pokora!)
Pisząc do Koryntian zanotował,
że "gdyby ktoś mniemał, że coś "wie",
to jeszcze nie wie, jak wiedzieć należy".

Potem dodał, że "po części tylko poznajemy
i po części prorokujemy".

Przeczuwając ważność takich obserwacji, zanotował jeszcze:
"Niech przeto ten, komu się zdaje,
że stoi, baczy aby nie upadł".


Myślę, że dobrze jest sobie uświadomić,
że o wielu Prawdach Słowa Bożego,
tak naprawdę niewiele wiemy,
a na pewno wiemy mniej od tego,
który znalazłszy się w trzecim niebie,
pisze o sobie, że "po części poznał".
(Ciekawe, czy chętnie, pod tym względem
bierzemy przykład z Pawła?)
Wiele z nich okraszamy naszą, uproszczoną interpretacją
szerokiego i głębokiego Tekstu Świętego,
szufladkujemy i tłumaczymy to,
co pochodzi spoza tego świata,
po ludzku, wg naszych, wąskich i płytkich wyobrażeń.
Dobrze, od czasu do czasu zdać sobie z tego sprawę,
by nisko pochylić się przed Zasiadającym na tronie,
uświadomionym, że wszelkie poznanie jest Jego łaską.
Polecam w tym względzie, spojrzeć,
jak apostoł Paweł wyjaśnia niektóre
wersy Starego Przymierza w Nowym.
Gdyby nie Jego natchnione przez Ducha objaśnienia,
nigdy o wielu takich powiązaniach nawet byśmy nie pomyśleli.
Dlatego we wszelkich dyskusjach warto uczyć się słów:
"moim zdaniem", "tak ja to rozumiem", "tak to widzę"
czy ewentualnie "nie wiem".

Clive S. Lewis w związku z powyższym tematem, napisał:
"Chrześcijanie zadają pytania, na które moim zdaniem
nie otrzymaliśmy jeszcze odpowiedzi.
Być może nigdy nie poznamy odpowiedzi na niektóre z nich
- gdybym je nawet zadał, choćby i w przyszłym,
lepszym świecie, kto wie, czy Ktoś większy ode mnie
nie zapytałby mnie wtedy: "Co tobie do tego? Ty pójdź za Mną".