poniedziałek, 26 marca 2012

nieporozumienia: Bóg - człowiek


Zastanawiam się, jak wiele razy
dochodziło i dochodzi
do nieporozumień
między Bogiem a człowiekiem.
Już prorokowi Izajaszowi
Bóg oznajmił, że Jego myśli nie są naszymi myślami,
ani nasze drogi Jego drogami (zob. Iz. 55:8).
Bóg wybiera często inny sposób przemawiania do nas
niż byśmy chcieli.
On jest Bogiem, Wszechpotężnym, Wszechwiedzącym,
Odwiecznym, Duchem, Stworzycielem i Ojcem
wszystkiego co istnieje i co istnieć będzie.
To nie On musi poznawać nas, ponieważ jako Stworzyciel
zna nas lepiej niż my siebie sami,
ale to my musimy uczyć się poznawać Jego.
Dlatego tak ważne jest pochylanie się nad Jego Słowem
i pochylenie się przed Nim, by uczyć się ścieżek, myśli i dzieł Jego.
Nawet wówczas, gdy Ojciec przemówił do człowieka
przez Syna człowiek musiał uczyć się
pojmowania języka Bożego.
I tak, kiedy Samarytanka usłyszała o wodzie żywej,
pomyślała o wodzie źródlanej kojącej
pragnienie w upalne popołudnie.
Tymczasem Jezus mówił o źródle łaski Bożej.
Kiedy uczniowie usłyszeli o chlebie żywota,
pomyśleli o chlebie, który się piecze i spożywa.
Jezus, mówił natomiast o pokarmie,
który duszę posila.
Innym zaś razem miał na myśli samego siebie.
Kiedy faryzeusze usłyszeli o świątyni,
którą w trzy dni odbuduje Chrystus,
pomyśli o świątyni jerozolimskiej budowanej
przez czterdzieści sześć lat.
Jezus z kolei mówił o świątyni swego ciała.
Nie został zrozumiany przez nikogo.
Dopiero po latach, kiedy po trzech dniach zmartwychwstał,
najbliżsi uczniowie zrozumieli.
Kiedy Jezus został ukrzyżowany,
uczniowie rozpierzchli się, doznając zawodu:
A myśmy się spodziewali, że On miał wyzwolić Izraela (J.24:21).
A Jezus ukrzyżowany odkupił nie tylko Izrael,
ale cały rodzaj ludzki.
Jak baranek na rzeź prowadzony,
nie otworzył ust swoich a zwyciężył.
Moglibyśmy mnożyć przykłady,
kiedy słowo Boże pozostawało niezrozumiałe.
Więcej!
Ile jeszcze ze słów pochodzących
z ust Boga naszego pozostaje niepojętych?
Wystarczy pokusić się tylko i zechcieć,
dogłębnie zrozumieć Boże proroctwa,
by zobaczyć małość swoją przed ogromem Bożej myśli.
Trudno jest tłumaczyć język grecki na polski,
jeszcze trudniej tłumaczyć język hebrajski na polski,
być może jeszcze trudniej byłoby
tłumaczyć język anielski na człowieczy,
ale najtrudniej jest przetłumaczyć język Boga na język ludzki.
Cała Biblia uczy tego.
Cały Natchniony Tekst uczy nas myśleć po Bożemu.
Dlatego tak ważne jest – również dla swojego dobra –
znajdować czas, by w pokorze i uniżeniu pochylać się
nad Słowem pochodzącym z ust Odwiecznego.
Dziś, choć przytrafiają się rzeczy,
których nie zawsze do końca rozumiem
(czasami w ogóle nie rozumiem),
chce przyjmować je z wiarą, że w przyszłości,
zobaczę całe moje życie z perspektywy Bożego zamysłu,
dokładnie tak, jak stojąc na szczycie wysokiej góry
widzę całą drogę, którą przebyłem
i "świat", który mnie otacza.

sobota, 24 marca 2012

ból głowy

We wtorek w nocy naszedł mnie dziwny, nagły ból głowy;
towarzyszyło mu spowolnienie, przymglenie świadomości,
senność i zaburzenie koncentracji. Nigdy wcześniej
nie miałem takiego bólu. Ból utrzymywał się przez dwa dni.
W badaniu neurologicznym wszystko było w porządku.
Natomiast nagłe pojawienie się bólu
i towarzyszące mu otępienie niepokoiły.
Po konsultacji z neurologiem, położyłem się
na oddziale neurologicznym w celu diagnostyki bólu,
a przede wszystkim wykluczenia najgorszego.
Dzięki Bogu, diagnostyka wykluczyła krwawienia podpajęczynówkowe.

Po przeprowadzonej punkcji lędźwiowej
musiałem leżeć 24 godziny w łóżku
nie mogąc wstawać ani siadać.
Miało to zmniejszyć ryzyko zespołu popunkcyjnego,
który charakteryzuje się mocnym bólem głowy.
Niestety, ale, kiedy wstałem, odczułem ten nie do opisania ból
z towarzyszącą sztywnością karku.
Musiałem leżeć więc następne 24 godziny.
Dopiero wówczas, ból ustąpił, ale pojawił się
od zbyt długiego leżenia – ból kręgosłupa.

Jako fizjoterapeuta zobaczyłem wszystko z innej perspektywy
– leżącej i bolesnej.
Wystarczą dwa dni w bezruchu, by zdrowy człowiek
musiał usilnie koncentrować się, jak dobrze krok wykonać.
Kruchym jesteśmy stworzeniem. Nasze życie i zdrowie jest z łaski.
Z Bożej łaski.

Przytrafiło mi się znaleźć w szpitalu, tym razem w roli pacjenta,
gdzie jednak, otoczony modlitwami, odwiedzinami, telefonami,
sms-ami, myślami i westchnieniami czułem się jakbym
spoczywał na „noszach modlitwy” pod opieką Opiekuna.
Kolejny raz, dobry Bóg ukazał jak to jest być
odbiorcą wstawienniczej modlitwy wielu.
Co poniedziałek mam szczególny czas w kościele,
gdzie z grupką przyjaciół staramy się wstawiać się tymi,
których Bóg kładzie nam na serce.
Modlimy się, wierząc, że suwerenny,
dobry Bóg dał nam tą możliwość
upraszania Go o wspomożenie
dla potrzebujących, świadomi,
że On o wszystkim wie i wszystko widzi.
Nierzadko zadziwia nas swymi odpowiedziami,
karmi naszą małą, wychudziałą wiarę
i posila utrudzonych i osłabionych.
Tym razem ta ubogacająca i podnosząca do życia woń modlitwy
i Jego błogosławieństwa była moim udziałem.
Pokój i poczucie obecności Niewidzialnego.

Złożyło się również tak, że rozmyślałem
– przed opisanym powyżej zdarzeniem –
nad pytaniem „czy jestem gotów?”.
To pytanie pozostawiłem również w kościele,
pochylając się nad Księgą Estery przy niedzielnej posłudze.
To pytanie pozostawiłem także w szpitalu
na stoliku przy kaplicy, z literaturą.
W moim pobycie w szpitalu, podłączony pod kroplówkę,
poddawany wielu badaniom, to pytanie „czy jesteś gotów?”
dotyczyło mojego tu i teraz: „Czy jestem gotów właśnie teraz?,
w tym momencie?"

Choć badania wykluczyły najgorsze,
ale nie zdiagnozowały bólu,
wierzę, że pobyt w szpitalu, rozmowy w nim i moja słabość
ma swój sens, może na dziś zakryty przede mną, ale wierzę,
że to Bóg wie co dla mnie najlepsze, a nie ja.

Dziś czuję się już znacznie lepiej.

poniedziałek, 19 marca 2012

prawda głodna odwagi




Idąc za Jezusem, nie sposób nie zadać sobie pytań: „Jakim jestem uczniem Chrystusa? Co to oznacza, że On mieszka we mnie? Na ile zrozumiałem Jego słowa i na ile zapisały się one w moim sercu? Czy je tylko znam i cytuję, czy zgodnie z nimi żyję i postępuję?”.


Sumienie podpowiada, że słowa Jezusa dość łatwo zadomowiły się w moim umyśle. Trudniej jednak Boże słowo zamienić w osobistą rzeczywistość. Ciągle się uczę, by jak Paweł apostoł nie bać się dokładnie przyjrzeć swojemu obliczu w lustrze: Jestem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę[1]. Wielki apostoł dał przykład życia w prawdzie. Nie pisał tylko o tryumfach swego chrześcijańskiego życia, pisał też o porażkach. Uznał swą zależność od Ojca. Dzięki zachowaniu autentyczności przed sobą, przed ludźmi i przed Bogiem rozwijał się w Chrystusie. A według moich obserwacji (jestem fizjoterapeutą) swą zależność od Boga najczęściej uznają ci, którzy nie mają innego wyboru: niepełnosprawni, cierpiący, chorzy i ubodzy. Podobnie ma się rzecz w chrześcijaństwie. Najchętniej uznają swą zależność od Boga ci, którzy dostrzegają swoje braki i niedomagania w naśladowaniu Pana, ci, którzy zadają pytania o praktyczną stronę swego chrześcijaństwa i dostrzegają, że potrzebują łaski. Stąd właśnie ta książka – zapis niektórych moich rozmyślań nad tym, kim jestem/jesteśmy, a kim powinienem/powinniśmy być.



[1] Rzym. 7:18n


(Powyższy refleksja jest wstępniakiem, "od autora",
do książki "Prawda głodna odwagi")

niedziela, 18 marca 2012

Babia Góra

Wróciłem wczoraj z Babiej Góry, pięknie zaśnieżonej
(miejscami jeszcze ponad metr śniegu),
mocno osłonecznionej dzisiaj i jak zawsze - wietrznej.
Wspaniały czas odpoczynku, kontemplacji
i zachwytu nad dziełem Boga gór, śniegu, wiatru
i każdego człowieczego kroku.

środa, 14 marca 2012

przyglądając się Jezusowi

Czytając Ewangelię, patrząc na życie Jezusa, obserwuję, że bardziej niż stereotypy czy ludzkie sądy dla Jezusa ważniejszy był sam człowiek. Ważniejsza niż religijna poprawność była miłość. Ważniejsze od tego "co o mnie ludzie powiedzą" było życie zgodne z Bożym powołaniem. Zachowanie Jezusa nie podobało się wielu, bo wychodziło poza wierzchnie i etykietowe ramy; zawsze było w nim coś więcej niż ustalona forma i obowiązujące zasady. To było kamieniem potknięcia, o dziwo(!), dla ludzi religijnych, szczycących się znajomością Boga i dróg Bożych.

To ważna lekcja na dziś. Chcąc naśladować Chrystusa, powinna fascynować nas ta droga, ujmować i zachęcać, by uczyć się tak żyć i być Mu podobnym.

niedziela, 11 marca 2012

czy jesteś gotów?

Wracając dziś do domu,
wyjechałem z Warszawy
pociągiem na tej samej linii
i o tej samej godzinie,
który tydzień temu
nie dojechał do celu,
ulegając zderzeniu
z nadjeżdżającym
z naprzeciwka pociągiem pod Szczekocinami.

Wróciłem szczęśliwie do domu.
Tamtejszej soboty pasażerowie planowo
do swych domów nie wrócili.
Niektórzy w ogóle już nie wrócą.

Wpatrzony w ciemną przestrzeń za szybą, wsłuchany we wspaniałą trzyczęściową symfonię op.36 „Symfonię pieśni żałosnych” Henryka Góreckiego, rozmyślałem o kruchości ludzkiego życia;
o tych, którzy zginęli i tych, którzy szczęśliwie przeżyli
w katastrofie kolejowej; myślałem o myślach rodzin pasażerów, którzy usłyszeli informację o zderzeniu się pociągów w telewizji,
w radiu. Przerażenie, płacz, nie przespana noc, niekończące się telefony w celu zdobycia informacji „czy mój mąż (żona, mama, tata, syn, córka) żyje? Zamyślony, wzdychałem do dobrego Ojca, aby strzegł nas od takich wiadomości.

Kiedy zaś z naprzeciwka mijały nas pociągi, pomyślałem:
„Czy jestem gotów?”

Śmierć zrównuje wszystkich.
Niezależnie od tego, kim jesteś, umrzesz.
„Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Każdy umrze.
Nie wiemy tylko jak i kiedy; w jakich okolicznościach. Czy dożyjemy lat starości czy wsiadając do pociągu, samochodu – choćby i dziś – nie dotrzemy do celu. Nie wiesz, kiedy umrzesz.

Tak, więc, czy jesteś gotów?
Czy jesteś gotów, właśnie dziś stanąć przed Bogiem i zdać rachunek z tego, kim oraz jakim byłeś człowiekiem? Czy Jezus rozpoznałby
w Tobie swego ucznia, naśladowcę i przyjaciela?

To fundamentalne pytania dotyczące możliwości znalezienia się w świecie, w którym każdy chciałby się znaleźć, choć nie każdy do tego chce się przyznać i to wyznać.

środa, 7 marca 2012

modlitwa zobowiązuje do działania


Dziś o zachodzie słońca rozpoczyna się
najradośniejsze święto żydowskie
– Purim,
o którym czytamy w Księdze Estery.
W związku ze zbliżającym się świętem,
refleksja purimowa.

Estera poleciła,
aby Żydzi mieszkający w Persji
pościli i wstawienniczo modlili się
za nią, po to, by zaraz ufna w opatrzność Bożą,
udać się odważnie z prośbą do króla,
z wiarą w uratowanie Izraela
(zachęcam do lektury Księgi Estery).

Modlitwa zobowiązuje nas do działania
– do wyjścia Bogu naprzeciw
z postanowieniem realizacji tego, o co prosimy.
Jeżeli bowiem modlę się o coś, a nic w tym aspekcie nie robię,
to uprawiam przed Bogiem słowotok i pustosłowie,
czego - podobnie jak człowiek - Bóg nie lubi.
Jeżeli więc proszę o to, aby nawracali się ludzie
w moim mieście, a nie inspiruję nikogo Dobrą Nowiną
i moi współbracia też nie, to raczej nic się nie wydarzy.
Poza wzniosłymi słowami nie ma w nich naszego poświęcenia.
Nie dajemy się wyprawić (dosł. wypędzić) Jezusowi na „żniwo”.
Kiedy modlę się o Bożą wolę dla mojego życia,
a trwam w ukrytym nieprzebaczeniu
i niechęci do kogoś, to moja prośba jest tylko
skrywaniem się przed Bogiem z grzechem,
z którym nie chcę nic zrobić,
paradoksalnie, zwracając się do Boga w modlitwie.
Kiedy proszę o jedność dla kościoła, a trwam w sądach
i wyrokowaniu wobec innych chrześcijan,
interpretujących Słowo inaczej niż ja, to jestem tym,
który sprawia, że tej jedności nie ma
(notabene, czy jedność chrześcijan ma wyrażać się
w rozumieniu Słowa dokładnie w taki sam sposób?).
Kiedy modlę się do Boga o pomoc dla mojej sąsiadki,
a nie kwapię się sam jej pomóc,
to jakbym bardziej wierzył w czarną magię niż w Boga.
Kiedy modlę się o kogoś, kto przeżywa problem,
a nie robię nic, aby mu pomóc, to czy zastanawiam się
nad tym, że to właśnie mnie, być może, chce użyć Bóg,
by On we mnie – przeze mnie mu pomógł?

Kiedy modlimy się,
czynnie nie stojąc za wypowiadanymi słowami,
okrywamy relację z Bogiem jałowością
– najgorszą, bo względem Najwyższego.
Czy nie kreujemy wówczas przed sobą
i przed ludźmi fałszywego obrazu samych siebie?

Nie możemy tylko się modlić, a potem czekać,
aż Bóg zrobi resztę.
Nasze życie wymaga zarówno modlitwy
jak i wspartego modlitwą działania.
Modlić się o coś, ale do tego nie dążyć,
to tak jakby wcale się nie modlić,
albo modlić się okrywszy relacje z Bogiem religijną hipokryzją.

Uczmy się aktywnej postawy królowej Estery.

poniedziałek, 5 marca 2012

"słucha" czy "słuchaj"?


Pamela Grey poczyniła kiedyś
mądrą obserwację:
"Na jedną osobę, która woła:
'Mów, Panie,
bo Twój sługa słucha',
przypada dziesięć,
które mówią:
'Słuchaj Panie!
Bo Twój sługa mówi'".

Zastanawiam się, jak często reprezentuje postawę pierwszą,
a jak często postawę drugą?

.

Jesteśmy dotknięci sobotnią tragedią kolejową na Śląsku.
Módlmy się o pociechę dla rodzin,
które straciły swoich najbliższych
i za uratowanymi - rannymi przebywającymi w szpitalach.

piątek, 2 marca 2012

powściągliwość



Ile potrzeba nam starań
i zmagań z samym sobą,
wysiłku, tolerancji
i miłosierdzia,
by mając być "światłem świata" nie stać się
przykrym dla otoczenia
z naszymi wadami i słabościami
wyrażonymi różnego rodzaju krytykanctwem wszystkiego tego,
co nie jest według naszego wyobrażania i myśli?
Brak umiejętności, by w czyichś wypowiedziach,
zachowaniach, interpretacji Słowa, czy wreszcie w samej osobie,
nawet "odległej" od nas samych
nie umieć zobaczyć nic frapującego jest naszą małością.
Na nic wielkie słowa!
Czasami bohaterstwem i cnotą jest brak "celnego"
- w naszym mniemaniu - skomentowania
czyjejś wypowiedzi czy zachowania,
wszak nasze "celne" uwagi nierzadko są tendencyjne.
Uczmy się sztuki roztropności i powściągliwości,
szczególnie w ocenie inności.
Zdecydowanie prościej wówczas
zmierzyć się ze słowem Chrystusa:
"Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów,
lecz wydajcie wyrok sprawiedliwy".