piątek, 28 grudnia 2012

u progu Nowego Roku

Z racji tego, że jutro wyjeżdżam,
u progu Nowego Roku,
wszystkim przyjaciołom, 

znajomym i nieznajomym 
gościom tego miejsca, 
życzę przemieniającej
od środka na zewnątrz
łaski Bożej.
Byśmy pokornieli, stawali się mniej pochopni w sądach, 

dostrzegali obraz Boga w każdym człowieku, 
pomiłować więcej chcieli; 
byśmy oczekując przełomów,
stawali się ludźmi czynu, empatii, szlachetności. 

Tylko tyle i aż tyle, życzę Wam i sobie również.
Dziękuję, że jesteście!

czwartek, 27 grudnia 2012

coś więcej niż religia

"Religia, ogólnie mówiąc, stawia człowieka na śliskim gruncie. Każda wpaja swoim wyznawcom, że to dzięki niej poznali "prawdę", co naturalnie wzbudza w nich poczucie wyższości wobec tych, którzy wierzą inaczej. Religia wzbudza również w swych wyznawcach przekonanie, że ich więź z Bogiem i zbawienie są zależne od całkowitego posłuszeństwa tej prawdzie w każdym aspekcie. Wkrótce zaczynają oni unikać wszystkich, którzy nie wiodą równie oddanego i czystego życia. W rezultacie każda grupa religijna z łatwością tworzy stereotypy i karykatury innych wierzeń. Gdy ten proces się rozpocznie, bardzo szubko może doprowadzić do marginalizacji pozostałych lub wręcz do czynnych aktów opresji, agresji lub przemocy przeciw nim wymierzonych" (Timothy Keller).

Paweł apostoł zmierzając się, być może z podobną, dopiero co, rodzącą się rzeczywistością, napisał: "Jeżeli ktoś jest przekonany, że należy do Chrystusa, niechże znów weźmie sobie pod rozwagę i to, że my również, podobnie jako on, jesteśmy Chrystusowi".

Największą moją pasją, której wciąż się uczę, nie jest wyzwalanie aktywności religijnej chrześcijan ale budowanie relacji z Jezusem, pełnej miłości i oddania oraz pokory, szacunku i podziwu do innych ludzi, niekoniecznie podążających za Nim wg moich wyobrażeń

środa, 26 grudnia 2012

Betlejem-Golgota-Syjon

Z Betlejem na Golgotę. Taką drogę przemierzył Jezus.
Droga powiodła jednak dalej - do niebieskiego Syjonu.
Stąd możemy mieć dzisiaj pewność, że choć znajdujemy się
w przestrzeni naszego Betlejem-Golgota,
to celem naszej drogi jest coś więcej.
I za to dziękuję Bogu.


poniedziałek, 24 grudnia 2012

życzenia świąteczne

Z okazji świąt
wspomnienia
Narodzin Pańskich,
wszystkim moim
blogowym gościom życzę,
by Boży pokój i łaska,
które wkroczyły na ziemię
w chwili narodzin Zbawiciela
przenikały Wasze serca.
Życzę błogosławionego poczucia braku i zależności,
aby w te przestrzenie mógł wchodzić Mesjasz,
by napełniać nas Sobą.
Aby spełniły się Jego marzenia w nas.


Z serca, Radosław Siewniak. 

sobota, 22 grudnia 2012

Jak przeżyć święta?

Chciałbym podczas świąt 
i w ogóle,
tak przeżyć swoje życie.
Mieć pasję mędrców,
która uzdolni pójść
nawet w nieznane,
by stanąć przed Panem; 

prostotę pasterzy,
by bez mędrkowania
i świętoszkowatości, 

przejść do Króla Królów; 
ufność Marii,
by wznosząc się ponad rozumem,
móc powiedzieć "niech mi się stanie według słowa Twego";
milczenie Józefa, by uczyć się słuchać, a nie tylko mówić; 

oczekiwanie starego Symeona i gorliwość prorokini Anny, 
którym u schyłku życia dano zobaczyć
na własne oczy Bożego Syna. 

Natomiast, jak najmniej faryzejsko-saducyjskiego
szukania dziury w całym, 

bym czasem swoją nadgorliwością 
nikogo nie posłał na krzyż.

czwartek, 20 grudnia 2012

Łatwo przegapić najistotniejsze


Ponad dwa tysiące lat temu urodził się prawie niepostrzeżenie. Nie było tak, jak to przedstawiają na świątecznych kartkach. Nie urodził się w sielankowej szopce, ale w żłobie, w grocie wydrążonej w skale, gdzieś w małej betlejemskiej wiosce na głębokiej prowincji okupowanego państewka, które nic nie znaczyło w wielkim Imperium Rzymskim. Było to miejsce zajęte przez zwierzęta, miejsce mroczne i brudne. W takich warunkach na świat przyszedł Boży Syn, Jezus Chrystus. Największy Król, jaki w ogóle żył na ziemi, nie urodził się w wypełnionym przepychem pałacu, lecz w skalnej grocie. Widocznie Bóg, decydując o miejscu narodzin swojego Syna, nie myślał kategoriami „co ludzie powiedzą” ani „czy tak wypada”. Zupełnie inaczej niż myślimy dzisiaj my.

Wtedy Zbawiciel świata przyszedł na ten świat prawie niezauważony. Kiedy już dorósł i zaczęło się o Nim mówić, ludzie Go zlekceważyli, znienawidzili i ukrzyżowali. Historia zatacza koło i dziś znowu Jezus jest postacią niewygodną, bywa że krępującą. Albo pozostaje niezauważony, albo wzgardzony przez nowoczesnego człowieka, albo też – w dobie, kiedy wszyscy jakoś w Niego wierzą – rozmowa o Nim i z Nim wprawia w zakłopotanie. Jego nauka i osobowość – trudne do przyjęcia dwa tysiące lat temu – zdają się nie przystawać i do naszych czasów. Natomiast tradycyjna atmosfera świąt Jego narodzenia sprawia, że chętnie świętujemy przyjście Jezusa na ziemię jako niewinnego dzieciątka, któremu śpiewamy „lulajże Jezuniu”, które – w pełni zależne od nas, dorosłych – może funkcjonować na naszych warunkach, nie stawiając jednak żadnych wymagań nam.

Zbliżają się święta narodzenia Pańskiego. Przygotowując się do nich, będziesz z pewnością pamiętać o zakupach, o przygotowywaniu smacznych potraw wigilijnych, o przystrojeniu choinki, o prezentach i o rodzinnych spotkaniach przy obficie zastawionych stołach. Jednak skupienie na tym wszystkim powoduje, że łatwo przegapić to, co najistotniejsze – doniosłość faktu, że oto narodził się Zbawiciel świata – tak ówczesnego, jak i naszego, dzisiejszego.

O Nim to bowiem napisano, że „istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A z zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panemku chwale Boga Ojca” (List Pawła apostoła do Filipian 2,6-11).
             
Kiedy jednak faktycznie i zdecydowanie oświadczysz, że Jezus jest Twoim Panem, kiedy zaczniesz żyć tak, jak mówi Jezus, kiedy zastosujesz się do Jego wzorców, kiedy zaczniesz Go naśladować, modlić się do Niego, rozmawiać z Nim i o Nim, oraz zachęcać innych do poznania Go (dokładnie tak, jak robili to pierwsi chrześcijanie), ludzie przestaną traktować Cię serio. Powiedzą, że jesteś dziwakiem, że jesteś nawiedzony. Jeżeli przejmiesz się Nim, jeżeli zaczniesz żyć zgodnie z Jego Ewangelią, to uznają Cię za nienormalnego. I to w kręgu kulturowym powszechnie świętującym Jego narodziny. Dziwne, prawda?

W naszym społeczeństwie mile widziane jest bycie chrześcijaninem i obchodzenie m.in. Świąt Bożego Narodzenia, a jednocześnie z dystansem przyjmuje się duchowe zaangażowanie. Zawodowe czy szkolne środowisko wysyła Ci najczęściej komunikat: „Bądź taki jak my. Nie odcinaj się, ale też nie przesadzaj”. Odczuwamy to ciśnienie i często mu ulegamy. Funkcjonując w fajnym i sympatycznym towarzystwie, w którym nie podchodzi się do duchowości i do Chrystusa nazbyt poważnie, boimy się, że kiedy zaczniemy traktować Go serio, zostaniemy odrzuceni. A przecież chcemy się identyfikować z ludźmi, z którymi na co dzień jesteśmy na wielu płaszczyznach związani.

Pamiętaj jednak, że przyjście Jezusa na ziemię jest potwierdzeniem tego, że Bóg interesuje się Twoim życiem i chce Cię zbawić. On niestrudzenie pochyla się ku Tobie i mówi: „Nie jesteś mi obojętny. W moim Synu daję Ci życie wieczne”.

I teraz problem polega na tym, jakiego Ty dokonasz wyboru. Prawdziwe świętowanie faktu narodzin Zbawiciela świata zaczyna się bowiem wówczas, kiedy człowiek odpowiada Bogu: „Nie jesteś mi obojętny! Tak jak Ty wybrałeś mnie, tak ja chcę wybrać Ciebie”.

Może być jednak inaczej. Bóg mówi: „Umiłowałem i wybieram Ciebie”, ale ty Go nie słyszysz i idziesz własną drogą. Nie słyszysz, że ktoś się nad Tobą pochyla i mówi: „Kocham Cię. Nie musisz żyć już sam, w ciągłym zaganianiu, w lęku, w stresie, w niepewności jutra. Ja Ciebie wybrałem”. Być może szum tego świata zagłusza ten głos, a codzienne (i – paradoksalnie – również to przedświąteczne) zabieganie sprawia, że nie odpowiadasz. A być może świadomie nie masz zamiaru odpowiedzieć? To musi ranić Tego, który nas stworzył i który nas kocha.

Może właśnie dlatego Ewangelista Jan napisał, mówiąc o Chrystusie: „Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał” (Ewangelia wg św. Jana 1,10). Może dlatego Adam Mickiewicz napisał: „Wierzysz, że Jezus narodził się w betlejemskim żłobie, lecz biada ci, jeśli nie narodził się w tobie”.
 
Życzę Ci więc, drogi czytelniku, wszystkiego, co naprawdę dobre, z okazji wspominania narodzin Mesjasza, który przyszedł na świat, aby każdy, kto Go kocha ponad wszystko i ufa Mu, nie zginął, ale miał życie wiecznie.

środa, 19 grudnia 2012

cichość, pokora i uniżenie

Narodzony Mesjasz, dwa tysiące lat temu objawił się światu, odziany w szatę uniżenia i pokory. Ponad trzydzieści lat później powiedział do swoich uczniów: "Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca". Ten który był Kreatorem i Stwórcą rzeczy widzialnych i niewidzialnych, odziany w szatę chwały, mocy i władzy, przeszedł na ziemię odziawszy się w cichość, pokorę
i uniżenie. Dziś, zadaję sobie pytanie, czy pragnąc być Jego naśladowcą, pragnę naśladować Go w powyższym. Tym bardziej,
że cichość, pokora i uniżenie niepopularne dzisiaj, i zdaje się,
że w chrześcijaństwie również.

wtorek, 18 grudnia 2012

Jak to się stanie?

Na to Maria rzekła
do anioła: 

Jakże się to stanie,
skoro nie znam męża?

(Łuk. 1,34)

Bóg w swoim zamyśle
i działaniu przewyższa
nasze pojmowanie. 
My zaś, często to,
czego nie pojmujemy,
uważamy za niemożliwe.

Bóg natomiast jest Bogiem rzeczy niemożliwych.
To co u człowieka jest niemożliwe, możliwe jest u Boga.
To jest wymiar Jego niezgłębionej dla nas WSZECHmocy.
To jest cecha Jego boskości.

Czy Maria wierzyła od początku poselstwu anioła,
że porodzi Syna?
Wydaje się, że tak, ale jednak pyta: "Jak to się stanie?".
To pytanie jest cechą naszego człowieczeństwa.
Możemy wierzyć Bogu, który jest WSZECH...,
ale jednocześnie mogą powstawać w nas pytania: "Ale jak?".
Gdy Jezus mówił do Nikodema, że musi się na nowo narodzić,
usłyszał również: "Ale jak to może się stać?".
My również mamy swoje znaki zapytania względem działania Boga.

Bóg odpowiada na te pytania.
Jezus nie pozostawił Nikodema bez odpowiedzi,
choć nie była to odpowiedź łatwa.
Czy on od razu ją zrozumiał? Wydaje się, że nie.
Anioł Pański nie pozostawił i Marii bez odpowiedzi.

Rodzą się w nas pytania. To normalne.
To stanowi istotę naszego człowieczeństwa.

Stąd mamy dwie możliwości.
Zostawić te pytania w sobie, tłumić je
i nie wyrazić ich Bogu, sądząc, że przecież przed Świętym,
takich pytań mieć nie można,
czym w ostateczności zamkniemy się przed Nim.
Możemy też nasze: "Ale jak?" skierować wprost do Niego,
co być może, stanie się wówczas otwarciem przestrzeni
dla Bożej odpowiedzi, którą usłyszmy, że
"Duch Święty zstąpi na ciebie 
i moc Najwyższego okryje cię cieniem". 

I to nas uspokoi i nada ufności
"Temu, który mocą działającą w nas 
może uczynić nieskończenie więcej niż to, 
o co my prosimy czy rozumiemy".

Tego wszystkim, drodzy Przyjaciele, życzę.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

milczący mąż Ewangelii

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Marii, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego (Mat. 1:18).

Małżeństwo u Żydów składało się dwóch zasadniczych części: pierwsza to „kiduszin”, czyli zaręczyny (zaślubiny), oznaczały „poświęcenie”, „oddzielenie”, czyli wyznaczenie (wyodrębnienie) danej kobiety z myślą o danym mężczyźnie; druga to „nissu’in”, czyli wprowadzenie oblubienicy do pana młodego i zamieszkanie razem (ślub).

Zaręczyny nie były jedynie zwykłym zobowiązaniem się do przyszłego ślubu, jak to ma miejsce w naszej kulturze, ale prawdziwym i prawnym kontraktem ślubnym. Odpowiadały one naszemu małżeństwu formalnemu. W „kiduszin” narzeczona była traktowana, jak żona. Mogła np. otrzymać dokument rozwodowy od swego narzeczonego, a w razie jego śmierci uważano ją za wdowę. W wypadku niewierności karana była nawet ukamienowaniem (zob. Pwt.22:22-24) Przy okresie zaślubin („kaduszin”) narzeczeni pozostawali każdy przy swojej rodzinie przez pewien czas, który przeciągał się zwykle do roku, nie dłużej, jeśli narzeczona była panną; a do miesiąca, jeśli była wdową. Okres ten był przeznaczony na urządzenie nowego domu i jego wyposażenie. Pożycie seksualne między narzeczonymi było wzbronione w tym czasie. Wprowadzenie oblubienicy do pana młodego następowało po upływie czasu zaręczyn i polegało na uroczystym sprowadzeniu narzeczonej do domu narzeczonego. Od tej chwili rozpoczynało się oficjalnie pożycie seksualne.

Na ogół ceremonia zaręczyn odbywała się w czasie, gdy panna osiągała wiek 12-13 lat, a czas ślubu miał miejsce rok później. Mniej więcej taki, prawdopodobnie, był wiek Marii, gdy ukazał się jej anioł Gabriel. Narzeczony natomiast miał zwykle 18-24 lat, i taki był, prawdopodobnie, wiek Józefa.
I właśnie w czasie zaręczyn Maria staje się brzemienna i ten fakt uświadamia sobie Józef. Jak trudna musiała być to sytuacja dla niego? Co wówczas myślał? Ile miał pytań? Nie wiemy. Wiemy, że na żadne nie otrzymał odpowiedzi. Pozostaje tajemnicą, czy Maria opowiedziała Józefowi o tym, że ukazał się jej anioł Gabriel i w jaki sposób stała się brzemienna. Wielce prawdopodobne, że nie, ponieważ zaraz po odwiedzinach anioła Pańskiego, który zapowiedział, że urodzi dziecko, Syna Bożego (zob. Łuk.1:26), co miało miejsce szóstego miesiąca ciąży krewnej Marii, Elżbiety, Maria wybrała się do niej (zob. Łuk.1:36).
W łukaszowym opisie czytamy, że udała się tam z pośpiechem. Zapewne dlatego, aby się przekonać o prawdziwości słów anioła, który zwiastując jej narodzenie Syna Bożego, powiedział, że krewna jej Elżbieta również poczęła w swej starości syna. Śpieszyła się Maria, bo radość rozpierała jej serce. Wielka jest radość, gdy kobieta, która przez wiele lat oczekuje bezskutecznie dziecka staje się brzemienna. Tym bardziej, że w kulturze semickiej dziecko jest potwierdzeniem błogosławieństwa Bożego. Bezdzietność natomiast uważana jest często za karę za grzech, co musiało być powodem wielu krzywdzących domysłów o Zachariaszu i Elżbiecie. Maria była krewną Elżbiety i naturalnie chciała uczestniczyć w wielkiej radości, w podeszłym już wieku swojej krewnej. Dlatego w tym pośpiechu, mogła nic nie mówić Józefowi, tym bardziej, że jeszcze nie mieszkali pod wspólnym dachem, bo byli w okresie narzeczeństwa.

Nie mamy podane w Ewangeliach w jakim mieście zamieszkiwali Zachariasz z Elżbietą. Wiemy natomiast, że mieszkali w mieście, w ziemi Judy (zob. Łuk.1:39). Według tradycji miasto to znajdowało się około 7 km na wschód od Jerozolimy, tam gdzie leży obecnie miasteczko Ain-Karim.
Maria więc musiała pokonać drogę z Nazaretu aż do okolic Jerozolimy, czyli około 150 km. Czytamy, że Maria gościła u Elżbiety około 3 miesięcy (raczej więcej niż mniej; została zapewne parę dni po narodzinach dziecka; zob. Łuk.1:56). Do tych 3 miesięcy, w których Józef nie widział Marii, trzeba dodać przynajmniej kilkanaście dni, bo droga 300 km z Nazaretu do okolic Jerozolimy i z powrotem nie była krótka.

Józef zauważył, że Maria jest brzemienna pewnie dopiero wówczas, kiedy wróciła ona od Elżbiety, czyli gdzieś w jej czwartym miesiącu ciąży. Gdy to spostrzegł, chciał ją potajemnie opuścić, nie chcąc sądzić ją według Prawa, na podstawie którego być może wydano by ją na śmierć poprzez ukamienowanie.
O Bożej intencji w brzemienność Marii, Józef dowiaduje się dopiero od anioła Pańskiego (zob. Mat.1:20). To potwierdza, że od Marii Józef nic nie wiedział o jej ciąży. Dlaczego Maria nic mu nie powiedziała? Nie wiemy. Może chciała uczynić to po powrocie od Elżbiety, a Józef spostrzegł wszystko zanim mu powiedziała. Nie wiemy. To tylko spekulacje.

Jak zachowuje się jednak Józef zanim Anioł Pański wszystko mu wyjaśnia?
Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie (Mat. 1:19).
Józef sam dostrzegł, że jego małżonka znajduje się w ciąży. Wskazywało to więc, że Maria dopuściła się względem niego wiarołomstwa małżeńskiego, w czasie 4-miesiecznej jej nieobecności w Nazarecie.
Jak dużo musiał on zadawać sobie pytań: „Co się stało?", Co ja mam zrobić?”. Widział, że jest w ciąży i wiedział, że na pewno nie z nim. Nie było w nim zazdrości, ani gniewu, ale na pewno cierpiał. Może zadawał sobie pytania: „Może ktoś zadał jej gwałt? Jednak jeżeli doznała gwałtu, to przecież Prawo mówi, że kobieta ma być ukamienowana za to, że nie krzyczała będąc w mieście (zob. Pwt.22:24). A może ktoś zrobił jej tą krzywdę w polu i nikt jej nie słyszał.” O tym też mówiło Prawo (Pwt.22:26). „Ale czemu Maria nic mi nie powiedziała? Czemu milczy?” Pewnie Józef zadawał sobie te czy podobne pytania. Czemu sam jej nie spytał? Nie wiemy.

W takiej sytuacji, w jakiej znalazł się Józef, gdzie Maria o niczym go nie poinformowała, a on zobaczył, że jest w ciąży, Prawo nakazywało wręczyć wiarołomnej małżonce list rozwodowy i rozstać się z nią na zawsze (zob. Pwt.24:1). W ten sposób oddaliłby ją i wydał na publiczne zniesławienie. Mogłoby też dojść do kary ukamienowania, bo i również taką karę w tamtym czasie egzekwowano, o czym czytamy w Ew. wg św. Jana, który opisuje, jak przyprowadzono do Jezusa kobietę złapano na cudzołóstwie (zob. J.8:3-11).
Józef pragnął jednak tego wszystkiego zaoszczędzić Marii, i chciał ją potajemnie opuścić, nikomu o tym nie mówiąc. Ewangelista Mateusz nazywa tą postawę Józefa sprawiedliwością.

Rodzi się pytanie. Dlaczego Mateusz nazywa postawę Józefa sprawiedliwością, skoro ani nie trzymał się on Prawa, nie dając jej listu rozwodowego, ani z drugiej strony nie został u boku swojej przyszłej żony, którą kochał i mógł przyjąć dziecko, jako swoje. Czy opuszczając Marię chciał wziąć winę na siebie, że opuścił kobietę z którą miał dziecko, zniesławienie przyjmując na siebie? Np. dla ówczesnego przywódcy religijnego, pierwszego z rzędu faryzeusza, sprawiedliwością w postępowaniu Jozefa, byłoby gdyby wydał małżonce list rozwodowy i ją zniesławił; ponieważ milcząca tolerancja uchodzi za pochwałę zła i współuczestnictwo z nim.

Józef jednak tego nie zrobił; zapobiegł karze Marii.
Nie chciał jej ani karać, ani nie chciał jej zniesławić.

Mateusz nazywa jego postawę sprawiedliwością, ponieważ wykazał się on sprawiedliwością, która nie polega tylko na skrupulatnym przestrzeganiu Prawa, ale kieruje się przede wszystkim dobrocią Boga, która niesie ludziom z góry pochodzącą sprawiedliwość, która poprzedza miłosierdzie; nie skażoną ludzkim osądem. Józef żył, jakby ponad Prawem. Jan Chryzostom ładnie to skomentował w swoich rozważaniach nad Ewangelią Mateusza: „Jak słońce, które oświeca świat, jeszcze zanim wzejdzie, tak dzięki Chrystusowi ujawniła się w Józefie doskonała cnota jeszcze przed urodzeniem Chrystusa”.
Postawa Józefa zapowiadała sprawiedliwość, jakiej uczył dopiero sam Jezus Chrystus. Sprawiedliwość, która nie polega na sądzie, a na wglądnięciu w serce człowieka, by mu pomóc. Sprawiedliwość, która nie sądzi na podstawie naszych domysłów i wyobrażeń, a szuka nie własnej woli, lecz woli Ojca w Niebie (por. J.5:30). Sprawiedliwość, która pozostawia sprawiedliwy sąd tylko Bogu.
Józef uniósł się nad faryzejsko-legalistycznym duchem wypełniania Zakonu, który stawiał przepisy, nakazy i zakazy ponad Boga i ponad serce ludzkie. Legalizmem wykazywali się niektórzy faryzeusze, którzy postawili Zakon nad miłość do człowieka, kiedy sprzeciwiali się np. cudom czynionym przez Jezusa w szabat. Duch legalizmu oferuje bezwzględność dla tych, którzy żyją pod jego mocą. Duch Chrystusa jest Duchem łaski i przebaczenia.
Józef wykroczył poza ramy myślenia ówczesnej religii. Patrzył na człowieka, o którym wiedział, że nie może być winny, ale fakty jednak temu zaprzeczały. Nie kierował się ludzką, bezwzględną i okrutną sprawiedliwością, ale Bożą sprawiedliwością, przed która idzie miłosierdzie (por. Ps.89:15, wg BG).
Józef nie powiedział nikomu o swym podejrzeniu, nawet samej podejrzanej, lecz sprawę rozważył tylko w sobie.

Lekcja dla nas. Sprawiedliwy sąd zostawmy Bogu. Nie oceniajmy czyjegoś postępowania, nie osądzajmy czyjegoś sługi, innych wierzących; nieraz coś co wygląda w naszych oczach na zło, może być to tylko zewnętrznym pozorem, na który my patrzymy swoimi skażonymi oczami. Fakty mogą być zupełnie inne.
Nieraz nasz wyrok może być zgodny wg nas ze Słowem Bożym, ale możemy zgrzeszyć w imię prawdy. Zawzięcie udowadniając komuś złe zrozumienie np. jakiejś nauki teologicznej zburzyć czyjeś niepoprawne zrozumienie, powiedzieć o kimś w sposób przykry i odejść, nie pozostawiając nic w zamian; zabić wiarę człowieka w Boga, poprzez poprzez bezwzględność w udowadnianiu racji.
Dobrze zaś jest uczyć się wstrzymać swój osąd. Józef nie mówił i nie myślał źle o Marii. My możemy wydać osąd na ludzi, ich życie, zachowanie, które podoba się Bogu, tylko nie mieści się w naszych wyobrażeniach służby dla Niego. Wy wydajecie sąd według zasad tylko ludzkich. Ja nie sądzę nikogo (J.8:15).
Uczmy się nie mówić źle o ludziach.

Józef to mąż milczenia. Nie znajdziemy żadnego jego słowa zapisanego w Ewangelii. Obyśmy zapamiętali lekcję, którą niesie nam milczący mąż Ewangelii – nie mówmy, ani nie myślmy źle o ludziach.

czwartek, 13 grudnia 2012

miłość

Józef i Janina.
On - 82 lata. Ona - 75.
On urodzony 24 września.
Ona - 23 września.
Parę tygodni temu
ona doznała udaru mózgu.
Trafiła do nas na oddział
rehabilitacji neurologicznej
z całkowitym niedowładem lewostronnym.
On jest codziennym gościem naszego oddziału,
będąc blisko przy swojej żonie.
- "Nie potrafię sobie wyobrazić żyć bez mojej żony.
Zrobiłbym wszystko, aby jej pomóc" - mówi ze wzruszeniem.
Codziennie, punkt 8.00 jest już na oddziale.
Kiedy wychodzę z pracy, on zostaje.
Przypuszczam, że do późnych godzin wieczornych.
Robi wszystko, by pomóc żonie. Umilić czas rekonwalescencji.
Ona po udarze już nie nadąża za wszystkim.
Oprócz ograniczenia fizycznego,
ciężko przychodzą jej również najprostsze czynności logiczne. 
Ale on jest cierpliwy, z troską przy żonie,
zakochany, jakby to początek ich znajomości,
a są ze sobą już 55 lat.
Miłość.
O taką miłość musieli, Józef z Janiną się troszczyć, pielęgnować.
Dziś ich uczucie, po tylu latach, wciąż żywe i piękne,
ociepla nasz oddział.

Dzisiaj, kiedy Janina zrobiła całkiem nieźle parę kroków,
oczywiście przy solidnej asekuracji z mojej strony,
dumny mąż, ucałował żonę w czoło.

Dziękuję Józefie i Janino.

kobieta i Biblia

Nocna myśl:
Jaką wspólną cechę mają kobieta i Biblia?
Nigdy nie można ich do końca zgłębić.

Z pozdrowieniami
dla wszystkich piękniejszych połówek człowieka.

środa, 12 grudnia 2012

Co to znaczy "sam jest sobie winien"?

"Co to znaczy "sam jest sobie winny"? 
Czy mówiący te słowa sam jest bez grzechu? 
Czy chrześcijanin może tak po prostu wzruszyć ramionami? 
Są oczywiście owce zdrowe i owce słabsze, 
ale Pan Jezus nie mówi o tych słabszych, 
że same są sobie winne;
przeciwnie - każę ich szukać".

s.Małgorzata Chmielewska, 

przełożona Wspólnoty Chleb Życie 
wychodzącej na przeciw
osobom bezdomnym.

(cyt. z książki
"Wszytko, co uczyniliście...",
wyd.Znak)


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Od milionera do pucybuta

Fascynują i ujmują nas historie,
o których zwykliśmy mówić:
„Od pucybuta do milionera”. Historie ludzi, którzy nie mając nic, doszli na szczyty. Fascynuje nas ich determinacja
i wytrwałość w osiągnięciu celu. Rzetelna
i konsekwentna droga do sukcesu; do osiągnięcia czegoś(!) w życiu. Podziwiamy takich ludzi. O takich postaciach kręcone są filmy
w Hollywood. Niektóre z nich, wzruszają.
Wydaje się również, że historia tego świata ukazuje, że niezmiennie, tak jak kiedyś, tak i dzisiaj, istotą jest, aby dostać się na szczyt, a potem pozostać tam jak najdłużej lub postarać się wspiąć jeszcze wyżej. Większość z nas, gdzieś tam w głębi tego pragnie (gdyby tylko dokładnie i szczerze się sobie przyjrzeć), w wymiarze swoich możliwości i zainteresowań, oczywiście.  

Natomiast zbliżające się święta Bożego Narodzenia wskazują na kogoś, kto obrał odwrotną drogę; wskazują na Tego, kto był już na szczycie – wszak był Synem Bożym, Kreatorem, Panem i Bogiem, mającym chwałę, moc i władzę. Ale postanowił On zstąpić na sam dół, by stać się sługą.

Boży Syn, Jezus Chrystus zstąpił na ziemię, stawszy się człowiekiem. Ileż razy już o tym słyszeliśmy?! Jednak dwa tysiące lat temu stała się rzecz nie do pomyślenia. Ten, który był Stwórcą wszystkiego, przybrał postać człowieka. Ten, którego niebiosa ani cały niezbadany wszechświat nie może objąć, skurczył się tak niewyobrażalnie, że stał maleńkim zarodkiem w łonie Marii, potem małym dzieckiem, które rozwijało się i dorastało, jak każdy z nas. „Ogołocił samego siebie…Wyparł się samego siebie… Uniżył się” – powiedział bardziej prozaicznie Paweł apostoł.
Boży Syn, odsunął na bok swoją władzę i chwałę w niebie, by zająć miejsce pośród nas, ludzi, których sam stworzył, i o których widział, że ci Go w większości, nie tylko nie rozpoznają, ale i ukrzyżują.

Mamy tu przeciwną drogę, o której pisaliśmy wcześniej:
"Od milionera do pucybuta". Od mającego wszystko, po mającego nic. Od tego, który nie był ograniczony niczym, bo był Wszechobecnym Panem, do tego, który z własnej woli ograniczył się ciałem. Od tego, który był nieśmiertelny, do tego, którego można było skrzywdzić i ukrzyżować.    

Co było przyczyną wyboru takiej drogi Jezusa Chrystusa? 
Dlaczego Bóg-Ojciec posłał Swego umiłowanego Syna, wiedząc,
jakie spotka Go tam cierpienie?
W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować - odpowiada Jan apostoł (1J. 4,10n).

piątek, 7 grudnia 2012

Chanuka

Rozpoczyna się dzisiaj święto Chanuka, 
upamiętniające zwycięstwo wiary 
w prawdziwego, niepojętego i dobrego Boga.
Za wszystkie nadesłane życzenia 

od moich przyjaciół z Gmin Mesjańskich, dziękuję. 
I Wam, drodzy, wszystkiego co najlepsze, w tym święcie. 

Niech światło Jezusa Mesjasza 
oświeca wszystkich ludzi 
i toruję drogę do Ojca. 

Amen!

wtorek, 4 grudnia 2012

Opowieść o narodzeniu - koncert Syloe

W najbliższą sobotę, 8 grudnia, o godzinie 18.30 w chrzanowskim MOKSiR, w sali teatralnej zaśpiewa krakowski zespół Syloe. To będzie drugi występ Syloe w Chrzanowie. Poprzednio gościli z repertuarem „Znaki. Zapytania” (http://zrodlo.blogspot.com/2012/01/syloe-wspomnienie-koncertu.html). Tym razem zespół zaśpiewa utwory z repertuaru: „Opowieść o narodzeniu”. Będzie to koncert kompozycji nawiązujących do zbliżających się świąt narodzin Pańskich; teksty zaśpiewanych utworów będą "łączyć" cudowne betlejemskie narodziny Mesjasza z naszym obecnym "tu i teraz".


Zespół Syloe powstał w 2005, z pomysłu grupy muzyków, pasjonatów muzyki skłaniającej do refleksji nad życiem i jego sensem. Od tamtego czasu spotykał się na comiesięcznych próbach w Chrzanowie, gdzie powstawały nowe repertuary, z którymi chór zapraszany był na koncerty do takich miast jak Kraków, Poznań, Białystok, Nowy Sącz, Kołobrzeg i wielu innych. Od początku 2010 roku chór przeniósł swoje próby z Chrzanowa do Wieliczki, a obecnie w Krakowie doskonali swoje nowe programy.

Syloe to niekonwencjonalne aranżacje, świetni soliści i teksty nie wprost, nasycone przesłaniem, które porusza, zdumiewa. Ich muzyka zastanawia i pobudza. Zachęca, by z nadzieją patrzeć na przyszłość.

Po koncercie Syloe odbędzie się dobrowolna zbiórka na pooperacyjne leczenie serca 4-letniego Piotrusia Konefała.

http://piotrusioweserduszko.blogspot.com/ - adres bloga, prowadzony przez rodziców Piotrusia.


Stowarzyszenie "Do Źródła" zaprasza.
zrodlo.blogspot.com

sobota, 1 grudnia 2012

przywiązanie

Mamy na oddziale
75-letniego p.Antoniego.
Pacjent, który został
przywieziony do nas
ze specyficzną starą,
trochę już zużytą
beretką na głowie.
Na pytania, dlaczego ją nosi,
odpowiada:
- "Żona mi zrobiła".
Przywiązanie.
Dzisiaj p. Antonii zapytał mnie,
czy może zadzwonić z mojego telefonu. Było wczesne rano.
- "Do kogo chce Pan dzwonić tak wcześnie?" - zapytałem.
- "Do żony. Chcę spytać, jak się czuje." - w tym momencie
zleciała mu łza po policzku.
Przywiązanie.
Piękne.